AUTOPORTRET


Herbata z  imbirem i miodem to ostatnio moja miłość. Trzyma mnie przy życiu, jak i spokojne teksty, na blogach, w książkach. Nie potrzebuje głośnych tłumów, wystarczają mi poduszki.

I powoli zaczynam się zastanawiać, jak to się dzieje. Nie chce mi się pisać, nie chce mi się malować, nie chce mi się widzieć innych ludzi. W którymś odcinku Gilmore Girls Rory zostaje sama na cały weekend. Nie chce się spotkać ze swoim chłopakiem, urządzić hucznej imprezy, po prostu marzy, żeby zrobić po swojemu pranie i zamówić ulubione jedzenie. Ja poszłam gdzieś krok dalej, gdzie to zaczyna uwierać, a jednocześnie nie obchodzi mnie to wcale. Jakby przestało mi się nagle chcieć.

Wszystkiego.

Więc gdy wykrzeszę z siebie resztkę sił, próbuje coś nowego. Zdjęcia, sporty, inne książki.
Tak trafiłam na „Wróć, jeśli pamiętasz”. To nie jest jakaś specjalna książka. Tonie w morzu innych, krótka, prosta, banalna. Historia jest kontynuacją tragicznych i wzruszających wydarzeń pierwszej części, do których mnie nawet nie ciągnie. Jednak ta książka urzekła mnie jednym – ma w sobie tak duży spokój. Chociaż główny bohater ma depresję, cały czas przeżywa rozstanie,  a dziewczyna pojawia się i znika, to nie wiem jak to się stało, że ta książka mnie uspokoiła.

Powoli. Małe kroki, nawet nie każdego dnia. Nie planuje tak jak kiedyś.  Nie mam rozpisek, tabelek, staram się sobie nie wyrzucać, że strony z kolejnymi datami zostają puste. Bardzo dużo śpię.
I od nowa próbuje wszystko układać, w całkowicie innym miejscu. W inny sposób.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz