Sylwester z babcią


źródło
Będąc małym brzdącem, jako pierworodna, zostawałam pod opieką nianiek. Powód był prosty - moje babcie pracowały wtedy jak szalone. Jednak dobrze pamiętam ostatnie dni roku. Rodzice wychodzili na zabawę, a my (czyli czwórka rozwrzeszczanych dzieciaków) zostawaliśmy ułożeni grzecznie w pokoju i staraliśmy się zasnąć. Wtedy to babcia śpiewała nam wspaniałe kołysanki, a za oknem czaiła się ciemność. Mój brat i kuzyni szybciutko zapadali w sen, ze mną było gorzej. Schodziłam wtedy do babci na dół i razem z nią oglądałam koncerty w telewizji. Dopiero w tym salonie przy babci czułam się spokojna.

Dzisiaj też jest Sylwester, moje plany wzięło w łeb całkiem nie dawno i ten nieuchronnie zbliżający się nowy rok powitam najprawdopodobniej w łóżku, czy przy komputerze. Jednak jest coś, co rozświetla widmo nadchodzącej nocy - kolejna babcia. Babcia przyszywana, jednak prawdziwa jak obydwie mieszkające niedaleko mnie. Babcię ową poznałam będąc w przedszkolu - najpierw za sprawą "Dzieci z Bullerbyn", potem "Karlssona z dachu" czy "Nilsa Paluszka". I od razu ją polubiłam.

Dzisiaj poznałam ją trochę lepiej, chociaż co odzwierciedla ją tak dobrze jak piękne historie, którymi uraczyła mój dziecięcy świat? Nic tego nie odda. Może te piękne zdjęcia...

Zanim moja babcia stała się wielką Astrid Lindgren, matką Ronji i Emila, była małym urwisem. Biegała, pływała, wspinała się na drzewa (zresztą, potem też nie zrezygnowała z tej rozrywki) i miała wiele szalonych pomysłów. W pewnej chwili zauważyła, że jednak to już koniec tego szaleństwa, że dorosła. Okropne uczucie.
W wieku lat 18 babcia zaszła w ciążę z człowiekiem, którego nawet nie chciała znać. Musiała opuścić rodzinę, ukochane Vimmerby, brata, siostrę, rodziców (by nie przynieść im wstydu, to były bowiem inne czasy). Wyjechała, urodziła cudownego chłopczyka imieniem Lasse, skończyła jakiś kurs i pracowała. Niestety, pensja za wysoka nie była, dziecko musiała oddać do zastępczej rodziny. Jako, że rodzina ta mieszkała w Danii, młoda mama przez trzy lata, żyjąc na skraju ubóstwa, jeśli tylko mogła odwiedzała synka. W końcu zabrała Lassego do Vimmerby gdzie zostawiła go pod opieką rodziny.

Jednak dalej było już tylko lepiej. W 1931 roku babcia wychodzi za mąż za Sture - szefa biura, kilka lat później na świat przychodzi Karin. To ona wymyśli imię dla Pipi Pończoszanki, to dzięki niej poznamy tę rezolutną dziewuszkę.
Potem jeszcze wiele się dzieje, książki stają się bestsellerami, niektórzy odchodzą z tego świata, babcia dostaje tysiące listów i na każdy stara się odpowiedzieć. Walczy o prawa ludzi i zwierząt.
Na zdjęciach nie zmienia się i jak dowiadujemy się ze wspomnień - w duszy tak samo. Chociaż ma osiemdziesiąt lat wspina się na drzewa, pływa rankiem w jeziorze, pisze, bawi się na cmentarzu. I kocha swoje dzieci tak, że aż trzeszczy.

Każde z tych zdjęć, zamieszczonych w tej książce to próba uchwycenia tego charakteru Astrid, jej wspaniałego serca i postrzelenia z którego nie wyrosła.
Jak głosił podpis pod jednym ze zdjęć:
W dni powszednie chłopca dogląda właścicielka mieszkania, ale w święta oboje: mama i syn bawią się w parku na całego, wdrapują się na drzewa, huśtają i zjeżdżają na zjeżdżalniach. W dorosłym wieku Lasse opowiada: "Nie była jak inne mamy. Nie siedziała na ławce przy piaskownicy, patrząc, jak dziecko się bawi. Chciała też się bawić."

Książka składa się ze wspaniałych portretów Astrid, chociaż i tak te wszystkie zdjęcia zamykają się w tym jedynym:
źródło
Dziękuję, babciu, że tak jak dwie pozostałe jesteś przy mnie w tej książce i wszystkich innych. Wiecie, lubię mieć dużo babć. Chociaż moje dwie wystarczyły by mi za wszystkie babcie świata, to dobrze wiedzieć, że jest jeszcze kilka innych...

* * *
"Portrety Astrid Lindgren" , , Węgleńska Anna

Przepraszam, za tak niewiele zdjęć, (blogspot się zbuntował), za tak chaotyczny  tekst (czas się zbuntował) i w ten nadchodzący nowy rok życzę sobie i wam, byśmy jak najczęściej czuli się tak jak w obecności babci Astrid i jej bohaterów. Zapewne ci, co czytali tę książkę, wytkną mi pominięcie pewnego rozdziału. Doszłam do wniosku, że zasługuje on na oddzielną notkę i w oddzielnej notce go umieszczę. A na razie pozdrawiam wszystkich noworocznie (już niedługo!).

Rudowłosy paradoks na koniec roku ("Ania z Zielonego Wzgórza" L.M.Montgomery)


Gdy Maud pisała o Ani Shirley zapewne nie przypuszczała, że ta rudowłosa dziewczynka zawojuje świat. Nawet teraz widzę piszącą panią pastorową siedzącą przy oknie, przez które wpada światło księżyca. Przez głowę tej kobiecie przebiegają raczej zabawne incydenty, odżywają dawne pragnienia o dzieciństwie wręcz doskonałym, a jednocześnie tak naznaczonym bólem. Pośród takich myśli, nie ma miejsca na marzenia o sławie, pisaniu pod publiczkę. Nie w pierwszym tomie…

Jak donoszą biografowie, dzieciństwo i późniejsze życie Maud do najszczęśliwszych nie należało. Idealnym kontratakiem dla realnego życia autorki były więc powieści, w których przekazywała tyle miłości swoim bohaterkom, ile się dało. Nie zabrakło też cierpienia i srogiego losu.

Chociaż tych bohaterek było wiele, to nie Buba, nie Emilka, nie Jana, a rudowłosa Ania podbiła serca milionów. Wychowanka Cuthbertów nie dość, że szokowała swoim zachowaniem współczesnych autorce czytelników (zresztą, nas przecież też) to w dodatku bawiła do łez.

Gdy dziewczynka sięga pierwszy raz po Anię z Zielonego Wzgórza, chłonie jej przygody nie zwracając uwagi na detale. Razem z uroczym rudzielcem przeżywa chwile niepewności przed pierwszym spotkaniem z Dianą, wścieka się na panią Linde, skacze do łóżka zawierającego ciotkę Józefinę, płacze po śmierci Mateusza. W dziewięćdziesięciu procentach książka tak oryginalna, a jednocześnie tak zwyczajna, zostaje ulubioną.

Powroty do lektury są tylko kwestią czasu i pokazują (nie boję się tego słowa, no może troszkę…) geniusz tej książki.  Za każdym razem bowiem i tak przeżywamy wszystko równie silnie. Chociaż już wtedy, gdy Maryla uchyla drzwi facjatki, wiemy że zastanie Anię z zielonymi włosami, i tak wybuchniemy śmiechem. Chociaż wiemy, że Ania zda celująco egzaminy, i tak się denerwujemy.  W dodatku, z Anią związanych jest wiele wspomnień, wiele rozmów. I tak, podczas lektury, wybuchasz śmiechem, bo przypomina ci się pamiętna rozmowa na temat Ani. Powroty mają jeszcze jeden plus – odkrywamy wymuskane detale tej powieści, widzimy wspaniałą kreację małej bohaterki, dynamikę z jaką zachodzą w niej zmiany i świeżość jaką książka zachowuje mimo upływu tylu lat od pierwszego wydania.

Sięgając po tę książkę po latach, już na wstępie otula nas coś jeszcze – poczucie bezpieczeństwa. Nie wiadomo, ile przeszłaś w życiu, ilu ludzi odeszło, ilu nowych się pojawiło – u Ani nic się nie zmieniło. Ona wbrew wszystkim twoim rozterkom rozbije tabliczkę na głowie Gilberta, upije Dianę winem porzeczkowym. A że czasem poczujesz zazdrość, bo ona z tym Gilbertem się pogodziła (nawet masz świadomość, że za chwilę wezmą ślub!), a tobie nie wyszło. To nic, tak ma być, wszystko przeminie, a u niej nic się nie zmieni, zawsze będzie oazą spokoju, bezpieczeństwa oraz niepewności i wielu wzruszeń.
Ot, paradoks. Jak i cała Ania.

Tylko cały czas się zastanawiam, po co ja Wam to piszę? Przecież Wy to wiecie… Prawda? 

pisząca Maud Montgomery
źródło
"Ania z Zielonego Wzgórza" L.M.Montgomery, Nasza Księgarnia, 1990, tł.Rozalia Bernsteinowa 

Pocztówka z Krainy Andersena

Chciałabym, by Wasze Święta były spędzone w gronie rodziny, pośród śmiechów, uśmiechów i wrzawy. Żeby gdzieś w oddali grały  kolędy i biły dzwony, w pokoju roznosił się zapach choinki i dwunastu potraw, a po dywanie przewracały się papierki po prezentach. Chciałabym, by było ciepło i spokojnie.
Tego Wam życzę, Wesołych Świąt, po prostu.

Nowy rok... Nie musi wkraczać hucznie. Ja nawet nie lubię. Jednak... to jak wy wolicie. Ja ze swojej strony życzę Wam ciekawego, pełnego wrażeń i doświadczeń nowego roku. Takiego z przewagą słonecznych dni, z przewagą papierowych literek przekładających się na strony czy godziny, takiego który zostawi dobre wspomnienie.
Nie lubię nowych lat, wolę te dawne. Jednak jeśli Wy lubicie, to życzę, by były owocne. Ja też postaram się je polubić.

Mery

O pewnej podróży... ("Pocztówki z Kresów przedwojennej Polski" P.J.Jamski)

Z czy kojarzą wam się Kresy? 
Mnie ze spokojem i prawdziwie polskim klimatem.
Pamiętam jedną z opowieści, którą kiedyś słyszałam. „Pewien Niemiec przyjechał kiedyś na Kresy podczas wakacji i odtąd wracał tam co roku. Któregoś dnia mieszkaniec tejże wsi zadał mu banalne pytanie:
-Dlaczego pan akurat tutaj przyjeżdża? Wiem, że jest pięknie, jednak kilka lat z rzędu? W dodatku, za te pieniądze można spokojnie wybrać się do Egiptu czy Tajlandii…
-To miejsce – odparł cudzoziemiec – kojarzy mi się z dzieciństwem. Te chałupy, słupy telefoniczne… Tam gdzie mieszkam, tego praktycznie nie ma. Tutaj jakby czas się zatrzymał.”

I tak naprawdę jest. Spokojnie, jakbyśmy powracali do przeszłości.
W przeszłości bowiem, te ziemie należały do Polski. Tutaj urodził się nasz Wieszcz, tutaj akcje swoich książek umieścili najwięksi polscy pisarze, tutaj wszystko płynie spokojniej.

Chcielibyście to zobaczyć na własne oczy? Wsiądźcie razem ze mną do pociągu sprzed kilkudziesięciu lat.
Dwudziestolecie międzywojenne. Pewien poznański inżynier musi zostawić rodzinę i wyruszyć na Kresy, by tam zająć się pracą na kolei. Zwiedza całą wschodnią część Polski, a z każdego ciekawszego miejsca śle swej córce pocztówki z opisami dawnych wiosek, z miejscowymi legendami, pomnikami i świetnymi lekcjami patriotyzmu wplecionymi między wersy.

Do tych pocztówek i my mamy okazję zajrzeć. Od razu ciepło robi nam się na sercu, czytając piękne opowieści. Przynajmniej niektóre. Znajdziemy tutaj bowiem te potraktowane z geograficznego czy historycznego punktu widzenia, jak i chwytające za serce czytelnika, zapadające na długo w pamięci. Pocztówka opowiadająca o Orzeszkowej, Bojkach, dzwonnicy, Franciszku Karpińskim…  Trochę ich było.

Pan inżynier jednak posługuje się niełatwym językiem. Polskim językiem. Teraz, gdy upraszczamy wszystko, ograniczamy ten wydaje się cięższy do przyswojenia. Jednak przyznam, że mi sprawiał on przyjemność. I spokojnie delektowałam się – po jednej pocztówce wieczorem. Jako uwieńczenie dnia. Czasem jednak miałam dość, czasem niektóre z pocztówek były nudne… Jak jednak wspomniałam, były też perełki.

Dlatego też czasem serce mi się krajało: panie Piotrze, trzeba było tak naukowo potraktować tę książkę? Niestety, zamiast pocztówki ułożyć chronologicznie, według daty, mam je ułożone geograficznie. Te z 1937 roku przeplatają się z tymi z 1939 i chociaż wszystkie poukładane są województwami, to mamy wrażenie nieładu, chaosu. I niektóre literówki… Przykro.

Nasza podróż jednak się skończyła. Pociąg stanął, kres Kresów. Czy szkoda? Po części. Jednak cały czas wiem, że będzie można wrócić. Jeszcze raz wsiąść do pociągu byle jakiego….



"Pocztówki z Kresów przedwojennej Polski" P.J.Jamski, PWN, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu PWN.

Podaję, rozdaję, oddaję.

Zbliżają się Święta. A raczej biegną sprintem, którego Bolt może im jedynie pozazdrościć. A jak Święta, to i podarki. Dla książkoholika oczywiście książkowe. Więc postanowiłam Was obdarować, bo i mnie obdarowano. Otóż, pewna przemiła pani (tędy do jej bloga) podarowała mi Atrofię. A ja obdarowuję w ślad za nią.


Książkowy narkotyk ("Portret Doriana Graya" O.Wilde)

Nie jest to książka jak każda inna. Ot, zaczyna się i finiszuje zgrabnie, bohaterów lubimy bądź nie, wywołują oni nasze uczucia bądź nie.

To jest książka niezwykła. Jedna z tych, które czyta się łapczywie, chłonąc wszystko z przerażeniem, czasem zdziwieniem, studiując dokładnie każde słowo, a jednak mając wrażenie, że i tak coś gdzieś się ominęło.
Potem zamyka się ją, siada się, a w głowie ma się zamęt. Wszystko się miesza, jednocześnie będąc wyraźne i zamazane. Gdzieś z tyłu głowy ma się portret Doriana, ma się lorda Henryka... tylko ich. Bazyli, Alan, Sybilia, księżna - oni są pionkami, niewidocznym tłem, statystami grającymi tylko swoje statystyczne role. Liczą się tylko Dorian i Harry.

Jednak to wystarcza, by wbić Czytelnika w fotel, uwięzić jego myśli. Wywołać gniew czy nienawiść?  Może zażenowanie lub obrazę? Czy jedynie chłodną, naukową ciekawość? Zależy od typu czytelnika. Bo przecież jak już nam wiadomo:

W rzeczywistości sztuka odzwierciedla widza, nie życie.

Czy to ważne, co ta książka wywołała we mnie? Chyba nie dla was.
W każdym razie byłam troszkę oszołomiona, troszkę urzeczona, troszkę zachwycona. Ciekawa. Ciekawa autora, ciekawa jego historii, ciekawa innych, zawoalowanych przesłań.

Jednak prawdziwy początek ta książka ma dopiero po jej zakończeniu.

Minęło kilka dni. Dni, w których nie szukałam przesłań. Dni, wypełnionych raczej myślami. Dni pełnych rozmów:

-Pewność jest fatalna. Niepewność czaruje. Mgła nadaje rzeczom urok.
-Można w niej zatracić drogę.
-Wszystkie drogi wiodą do jednego punktu, moja droga Gladys.
-A tym jest?
- Rozczarowanie.

Wilde prowokował, wyprzedzał epokę, wyprzedzał dawne, stereotypowe myślenie. I przetrwał. Czy dzięki temu?

Tydzień za nami. Zależnie od nastrojów ustalam sobie po kolei techniczne strony powieści. Widzę, że już tak nie zachwyca. Widzę mało polotu i oryginalności historii.

Dwa tygodnie za nami. Wydaje się głupim posunięciem, sprowadzać tę lekturę do moralizatorskiego punktu, ograniczać ją własnymi ograniczeniami. Czy nie lepiej zostawić wszystko własnemu biegowi i własnym myślom?

Dwa i pół tygodnia za nami. Niektóre niepewności się mnożą, myśli się mnożą, a do interpretacji mamy cały czas ledwo (albo aż) 300 stron. I wtedy znowu to robimy… Wracamy do tej książki…

Nie wiem, czy to dobra książka. Nie wiem, czy spodoba się wszystkim. Mnie uzależniła i wracam do niej co jakiś czas. Choćby do fragmentu. I myślę. Sięgam do symboli i pod powierzchnię. Mimo przestrogi:

Kto sięga pod powierzchnię, czyni to na własną odpowiedzialność.
Kto odczytuje symbol, czyni to na własną odpowiedzialność.


A jak kiedyś zdarzy się taki dzień,w którym będę wiedziała, czy ją polecić z całego serca czy może nie, to na pewno się odezwę.


"Portret Doriana Graya" O.Wilde, W.A.B., 2011
Wszystkie cytaty pochodzą z książki

O czytadle poprawiającym nastrój, mimo przeszkód wszelakich. ("Krok do szczęścia" A. Ficner-Ogonowska)

Były słoneczne wakacje, a ja jestem typem, który woli wszelakie wichury. Więc cóż, trzeba było sobie radzić inaczej. Opuszczone rolety, kapelusze, okulary przeciwsłoneczne i miejscowy bunt w duszy. Lato nie kojarzy mi się dobrze. Dlatego też potrzebowałam czegoś lekkiego, pogodnego, wręcz przesłodzonego. Sięgnęłam po Alibi na szczęście i urzekło mnie. Chociaż ckliwa, kobieca historia, na mój aktualny nastrój podziałała jak najlepsze lekarstwo. Jakiś czas później wróciłam do tej książki. Wydało mi się nie do pomyślenia, jak ja mogłam zachwycać się czymś takim?

Co prawda, czytało się miło, lecz czasem niektóre zabiegi autorki aż kuły. Moim oczom ukazało się cudowne i bardzo mało prawdopodobne love story, pisane według utartego już schematu: kobieta ostro potraktowana przez życie, w rozpaczy, bez rodziny, w dołku psychicznym (niepotrzebne skreślić) spotyka cudownego, romantycznego, cierpliwego (jak wyżej) księcia z bajki i  żyją długo i szczęśliwie (znaczy prawie żyją, bo to kwestia czasu). Oczywiście nie obyło się bez ukochanej i jedynej przyjaciółki. Ale dobrze dość zgryźliwości. Bo po dobrym okresie znów przyszła, tym razem jesienna, chandra. A wtedy jak termofor, jak najlepszy przyjaciel zadziałał Krok do szczęścia – kolejna część o miłości Hanki i Mikołaja, kolejna część pięknej, poetyckiej historii. W dodatku część dużo lepsza pod względem fabularnym.

Co prawda, zaczyna się w chwili spotkania na plaży (którym kończy się pierwszy tom), jednak tym razem cała opowieść zatacza szersze kręgi. Mikołaj, najpierw ma kłopot z Hanką (hmmm, czy my tego przypadkiem już gdzieś nie widzieliśmy?), jednak są to jedynie złe dobrego początki. Następnie bowiem nastają Święta (mój ulubiony fragment i ulubione bliźniaczki), a zaraz potem nasz Romeo wyjeżdża w siną dal (a mianowicie do Grecji, gdzie haruje równo przez miesiąc bodajże). W tym czasie pojawiają się nowe postacie (hu hu, nadchodzi pierwszy zły charakter tejże książki!), rodzinną tajemnicę, która na szczęście nie jest kolejnym kufrem z pamiętnikiem (chociaż było blisko, jednak wybaczam), dowodzącym o strasznym skandalu czy śmierci sprzed lat co najmniej 100 (takie zabiegi toleruję jedynie u Makuszyńskiego). Było kilka scen podnoszących na duchu, była Dominika, która mimo całej szablonowości nie jest szablonowa, i za tą ją uwielbiam, było trochę humoru, trochę miłości, trochę uśmiechów do czytelnika, trochę muzyki, trochę łez, trochę zadumy i nostalgii, trochę duchów z przeszłości.


Typowe czytadło. Jednak znowu mnie urzekło. Ma bowiem pewną przewagę nad innymi – język. Język jakim posługuje się pani Ficner-Ogonowska. Plastyczny, spontaniczny, urzekający, może trochę poetycki. To dzięki niemu nawet wlokąca akcja się nie dłuży, a co więcej, utrzymuje nas w napięciu. To on sprawia, że do tej książki wracam i mogę sobie czytać od nowa.


Jednak wiem, że gdy wrócę do niej po jakimś czasie, znów odepchnie mnie swoją słodyczą i naiwnością. I znowu pomyślę: jak mogłam się tym zachwycać? Tak to już jest. Jednak chociaż ta książka ma wiele braków i nie przetrwa próby pokoleń, to na ten czas jest dla mnie takim promyczkiem. W jej przesłodzeniu, w jej języku i możliwości wracania do okropnie długich opisów tkwi siła, która przy gorszym dniu wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Cóż, w chwilach zapaści mam chyba trochę zamglony gust. Ale cóż, to mój gust i wara od niego.


"Krok do szczęścia" A.Ficner-Ogonowska, Znak, 2012

Lektura młodego piłkarza ("Gol! Ruszamy do Brazylii!" L.Garlando)

Od dwunastu lat żyję nieprzerwanie z osobnikiem, którego świat kręci się wokół piłki. Messi to, a Ronaldo tamto. Turniej Orlika wygrany, turniej Orlika przegrany. Pomiędzy szkołą a klubem wyjścia z kolegami. Gdzie? Na boisko. Plus wizyty u lekarzy sportowych, tonami kupowane sportowe buty (nigdy nie wytrzymujące dłużej niż trzy miesiące), wyjazdy na mecze i przedziwne gadżety (typu kubek Interu, czy spodenki ManU) przewracające się po całym domu.  Czasu na książkę takowy osobnik ma nie wiele. Rodzice jednak „cisną”, więc czytamy. Lektury oczywiście. A coś nadprogramowo? By zachęcić dziecko do czytania? Nie ma? Ależ jest!

„Gol” to seria napisana przez znanego włoskiego dziennikarza Luigi Garlando (publikującego w Gazzetta dello Sport – to chyba coś mówi kibicom sportów wszelakich?), jednak co najważniejsze dla młodego czytelnika – książka o amatorskiej drużynie futbolowej, a mianowicie grupce dzieci prowadzonych przez byłego piłkarza, a aktualnie szefa kuchni – Gastona. Cała grupa w wakacje wybiera się do Brazylii, która, jak wiadomo, jest piłkarskim rajem.  Dzieci mają szansę zmierzyć się z kolegami zza oceanu, zobaczyć legendarny stadion Maracana i co najważniejsze (według  trenera) jeszcze bardziej się zaprzyjaźnić.

Dla tak zapracowanego czytelnika, jakim jest wspomniany w pierwszym akapicie, Młody, jest to książka idealna. Napisana prostym językiem, pełna ciekawostek piłkarskich, dynamicznej akcji, realistycznych bohaterów, niektórych zagrań piłkarskich  i śmiesznych przygód.

Jednocześnie niosąca pewne wiadomości o świecie futbolu. Wierzcie mi, o ile aktualni młodzi piłkarze godzinami gadają, jak ostatnio zagrał Rooney czy Forlan, to boję się, że nie wszyscy kojarzą Pele… Tutaj się dowiemy, dlaczego tablica upamiętniająca jego gol, znajduje się na Maracanie, a co bóg brazylijskiego futbolu osiągnął.  Zaserwowane w ciekawy i zajmujący sposób informacje, zostają w pamięci przyszłego piłkarza. Gdy jeszcze w okolicach kręcą się dobrze wszystkim znani Kaka i Adriano, a na Maracanie mają odbyć się w niedługim czasie derby…. Nie można tego przegapić!
Nie zapominajmy o tym, co ważne jest dla większości rodziców – przesłaniu i dobrych wzorcach płynących z lektury. Nie ma tu jakiegoś przesłodzonego moralizatorstwa, które z miejsca odrzuca dziecko. Mamy przyjaciół, kłócących się i godzących,  niektórych może za bliskich ideału, jednak również niezłych urwisów. Poruszany jest problem biedy (strasznie powierzchownie) i wątek rodzinny czy kulturowy, jednak jak wiadomo, nie to jest w tej książce najważniejsze.

Dla trochę starszych czytelników to też niezła przygoda. Książka jest lekturą na jeden wieczór, lecz nie jest to czas stracony. Osoby interesujące się sportem lub przebywające z takowymi personami typu Młody w domu spędzą przyjemne chwile z tą książką. A zaraz po nich obowiązkowy jest seans popisów Pelego (w moim przypadku) i innych mistrzów brazylijskich.  

Podsumowując, świetny prezent dla osób pretendujących  do najlepiej zarabiających osób w naszym kraju (przynajmniej w świecie sportowym), dobrze napisany. Dla starszych nie jest to interesująca lektura, chyba że ktoś lubi przypatrywać się kopaninie białej kuleczki po trawie… 

"Gol! Ruszamy do Brazylii" L.Garlando, wyd. Sylabus,  2011

Za książkę dziękuję:

Mikołajki po poznańsku.

    O szóstej rano u Kowalików wszyscy jeszcze spali. Za oknem było zupełnie ciemno. W ciszy rozległ się tylko stukot i gwizd pociągu przejeżdżającego pod mostem Teatralnym.
    Romcia otworzyła oczy i od razu oprzytomniała. W słabym rozproszonym świetle, bijącym z ulicznej jarzeniówki, widać było Tomcia, który leżał na wznak, rozwalony jak furman; jego kołderka znajdowała się na podłodze, a poduszka pod piętami. Rodzice stłoczeni na swym tapczanie za regałem, wyglądali z daleka jak duży i obszerny wieloryb, przykryty jedną kołdrą.
    Romcia usiadła na łóżeczku i pomyślała, że chce się jej pić. Potem ziewnęła i nagle zelektryzowało ją przypomnienie, że dziś w nocy miał przyjść Mikołaj... Wyskoczyła z pościeli i rzuciła się od ustawionych rzędem bucików. Przyszedł! Przyszedł! W pierwszym buciku wymacała ziemniaka. No, tak, poczciwy starzec zawsze zostawiał kilka ziemniaków, rodzice twierdzili, że to kara za niegrzeczność, ale Romcia miała swoje zdanie na ten temat: Mikołaj po prostu zapewniał dzieciom podstawowe produkty spożywcze. Romcia nie zdziwiłaby się, gdyby w którymś pantofelku znalazła kotlet schabowy lub pół kostki masła. Następne buciki zawierały już szeleszczące paczuszki z cukierkami, a w kaloszu był nawet batonik. Romcia łakomie wpakowała go sobie w usta i pociągnęła brata za zimną nogę.
    -Ty, wstawaj! Mikołaj był! - wybełkotała.
    Tomcio poderwał się nerwowo, zapalił nocną lampkę i trąc oczy, runął ku bucikom.
    -Dostałem długopis!!! - zaskowyczał, pstrykając przyciskiem kosztownego trójkolorowego przyrządu. - O, balon, Roma, zobacz, balon! - poczęli dmuchać w wiotki balonik, napełniając go przy okazji okruchami ciasteczek i papką czekoladową.
    Za regałem obudzili się rodzice. Otulając się kołdrą i wstrzymując oddech, wychylili się z łóżka tak silnie, że dojrzeli uroczą, ciepłą scenkę w kąciku swoich dzieci: okropnie podekscytowane Mamerciątka siedziały w piżamach na podłodze, rozrzuciwszy wokół różnokolorowe bibułki i papierki, opychały się słodyczami i bawiły wszystkimi zabawkami, jakie znalazły w butach.
    Romcię zainteresowało właśnie, jakim sposobem Mikołaj dostaje się do pokoju.
    -Przecież drzwi w hallu zamyka się na noc - zauważyła trzeźwo.
    -On wlatuje przez okno - rzekł z przekonaniem pierwszoklasista Tomcio.  - Przez lufcik. On jest malutki i wesoły. Wlatuje i wkłada. Potem całuje nas w czółko i chodu. Ciekawe, czy  był u Kłamczuchy.
    -On dorosłym nie daje - z pewnym triumfem w głosie skonstatowała Romcia.
    -Nie daje.
    -Mamusi mógłby dać.
    -Tatusiowi też by mógł.
     -No. A nie dał?
    -Chodź, zobaczymy.
    Mamertowie padli jednocześnie na wznak i zamknęli oczy, pozorując głęboki sen. Dwie małe figurki przyczołgały się cichutko do tapczanu. Dało się słyszeć macanie po podłodze i szuranie Mamertowych pantofli.
     -Tata nic nie dostał - szeptał Tomcio.
    Romcia penetrowała pantofle Tosi.
    -Tu też nic nie ma - szepnęła.
    -Ćśś! Bo się obudzą! - Popełzali do kącika, gdzie odbyli naradę, w ich przekonaniu cichą i tajemniczą.
     -Będzie im smutno, jak się obudzą - szepnął Tomcio.
    -Biedni - wtórowała mu siostrzyczka.
    -Ja im coś dam. Może długopis? - rzekł Tomcio z poświęceniem, które doprowadziło ofiarodawczynię długopisu do łez wzruszenia. Tosia bowiem dobrze wiedziała, jak bardzo jej syn marzył o tym fantastycznym instrumencie, zwłaszcza że pół klasy IB miało podobne cudeńka w swoich piórnikach.
    -Długopisy to oni mają. Wszystko mają - powiedziała Romcia. - A cukierków nie jedzą.
    -A jednak czegoś nie mają. Wiesz, czego nie mają?
    -Pieniędzy - trafiła Romcia w dziesiątkę.
    -Właśnie. Damy im trochę.
    -Ze skarbonki?
    -No.
    Otworzyli kluczykiem swoje skarbonki i wysypali brzęczący łup na podłogę. Rodzice musieliby byc głusi i pozbawieni systemu nerwowego, gdyby się mieli w tej sytuacji nie obudzić. A jednak leżeli jak martwi, bojąc się poruszyć choćby powieką, by nie utracić ani słowa z interesującego ich dialogu.
    -To za mało - mruknął Tomcio.
    -Ja już nie mam pieniążków.
    -Ani ja.
    -Weźmy z kuchni, z szuflady. Tam są takie papierowe.
    -Dobra. Nałożymy im pełne buty. Ale się ucieszą!
    -No! Biedni...
    Nawet przez zamknięte powieki Mamertowie odczuli ciepło dziecięcych spojrzeń. Leżeli udając głęboki sen, a Tomcio i Romcia stali nad nimi, podpatrując z rozczuleniem na uśpionych rodzicieli.
    -Tata już jest stary - szepnęła Romcia.
    -Mama też - wzruszył się Tomcio.
    -Pewnie niedługo umrą. W ogóle wszyscy umrą - podzieliła się Romcia z bratem niedawno nabytą mądrością. jej głos był pogodny i rzeczowy.
    -Będzie mi smutno, jak umrą. Nigdy ich nie zapomnę - obiecał Tomcio i jednym ciągiem dodał: - Próbowałaś tych landrynek?
    -Kwaśne. Ty, a co będzie, jak wszyscy umrą? Nie będzie wcale ludzi?
    -Głupia. Nowi się urodzą. Wiesz jak.
    -Wiem. Dziadziuś niedługo będzie miał dziecko. Ma taki duży brzuch.
    -Oj, Roma, jakaś ty dziecinna.
    -Urodzi takiego malutkiego dziadziusia, hihi. W okularkach.
    -Uch. Chodź do kuchni, wariatko.
    Po małej chwilce plaskanie bosych stópek oddaliło się i rozbrzmiało w kuchni.
    -Ile masz w tej szufladzie, nieboszczko? - szepnął Mamert do żony kątem ust, nie otwierając oczu ani nie zmieniając pozycji.
    -Dwie setki. Cicho, idą!
    Szuranie w okolicy pantofli.
    -Każdemu po jednym, każdemu po jednym - naganiał Tomcio. - I teraz trochę tych drobnych.
    -Mało tego - stwierdziła Romcia.
    -Może byśmy wzięli więcej od ciotki Lili? Ona trzyma pieniążki w szafie, pod prześcieradłami.
    Mamert jęknął mimo woli i udał,że stało się to we śnie. Spłoszone tym odgłosem dzieci pognały do łóżeczek.
    -Teraz zgaśmy światło i udawajmy, że śpimy - pouczył Romcię brat. - Jak się obudzą, to powinni pomyśleć, że był Mikołaj.
    -No, to gaś. A kiedy oni wstaną?
    -Niedługo. tata idzie do pracy.
    Pstryknięcie.
    Światło zgasło.
    -Tata dużo krzyczy, ale jest kochany - oznajmiła Romcia w ciemnościach i zapadła cisza.
    Upłynęło pięć minut.
    -Śpią i śpią - mruknął Tomcio ze zniecierpliwieniem.
    -Ja ich zawołam.
    -Spokój smarkulo - rzekł Tomcio i z premedytacją rąbną sabotem w poręcz łóżka.
    -Cóż to, ach, cóż to?! - wykrzyknęła Tosia scenicznym sopranem. - Słyszę jakiś hałas!
    -To pewnie z ulicy - włączył się Mamert. - Cicho, bo obudzisz nasze kochane dzieci.
    -Ciekawe - powiedziała Tosia. - Czy był u nich Święty Mikołaj?
    -Na pewno. Były przecież grzeczne... w miarę. Szkoda, że do nas nie przyszedł.
    -O, tak, to smutne.
    -Zapal lampkę - rzekł Mamert z namaszczeniem. - Nie mogę znaleźć pantofli.
    Zza szafy dobiegło stłumione stęknięcie, jakby ktoś komuś siłą wtłaczał w gardło wybuch radości. Tosia też musiała stłumić chichot, przeciskając usta ręką. Zapaliła światło.
    -Ciekawe - przemówiła. - Moich też nie widać.
    -O, tu są! - krzyknął Mamert. - Żono, spójrz! Był u mnie!
    -U mnie też! - zawtórowała mu Tosia. - A co ci przyniósł?
    Szamotanina i łomot za szafą.
    -Pieniążki! Pieniążki! - rozległ się przenikliwy głosik Romci, która, niestety, nie wytrzymała ciśnienia tajemnicy.

"Kłamczucha" M.Musierowicz, wyd. Akapit press, 1993

Na całej połaci śnieg...



Na całej połaci -
śnieg.
W przeróżnej postaci -
śnieg.
Na siostry i braci -
zimowy plakacik -
śnieg-
śnieg.
Na naszą równinę -
śnieg.

Na każdą mieścinę -
śnieg.
Na tłoczek przed kinem
na ładną dziewczynę -
śnieg -
śnieg.

Na pociąg do Jasła
-
Na wzmiankę, że zgasła -
Na napis: "Brak masła" - 
Na starte dwa hasła -
Na flaszki od wódki -
Na tego te skutki -
Na puste ogródki - na dzionek za krótki -

Na w sinej mgle dale -
śnieg.

Na "Kocham cię stale!" -
śnieg.
Na żale, że  - wcale
i na - tak dalej -
tak dalej - tak dalej -
tak - dalej - tak - dalej,
tak dalej - śnieg -
śnieg-
   śnieg-
      śnieg-
         śnieg-
               śnieg...
Jeremi Przybora (1959)

Tekst pochodzi z tomiku Piosenki prawie wszystkie Jeremiego Przybory. Tekst piosenki dostępny jest tu
.

Święta wśród pensjonarek cz.III

Young Girls Reading - P. Renoir
Czekają nas cudowne, rodzinne Święta, jednak znamy przypadki, gdy nasze bohaterki musiały zostać na pensji, bo albo były sierotami, albo miały za daleko do domu... Dzisiaj listownie o jednym z takich przypadków, który smutny nie musi być!

Drogi Ojczulku-Opiekunie!
Czy pada śnieg tam, gdzie pan jest? Cały świat, który oglądam z mojej wieży, spowity jest w biel i płatki wciąż padają wielkości ziaren grochu. Jest późne popołudnie - słońce zachodzi (zimnożółtego koloru), za jeszcze zimniejszymi, fioletowymi pagórkami, a ja wdrapałam się na moje wysokie siedzenie przy oknie, aby skorzystać z ostatnich błysków światła do pisania.
   Pańskie pięć monet złotych były nie lada niespodzianką! Nie przywykłam do otrzymywania podarunków gwiazdkowych. Dał mi już pan takie mnóstwo rzeczy - wszystko, co posiadam, mam od pana - że nie zdaje mi się, jakobym zasługiwała na dodatkowe dary. Mimo to sprawiają mi one wielką przyjemność. Chce pan wiedzieć, co kupiłam za te pieniądze?
I.Srebrny zegarek na skórzanym pasku na rękę, abym nie spóźniała się na wykłady.
II. Poematy Matthew Arnolda.
III.Termos do gorącej wody.
IV. Gruby pled. (W mojej wieży jest porządnie zimno).

V. Pięćset arkuszy żółtawego papieru kancelaryjnego. (Zamierzam wkrótce zacząć być autorką).
VI. Słownik synonimów (aby powiększyć zasób słów pisarza).
VII. (Trochę mi przykro przyznać się do tej ostatniej pozycji, ale się przyznam). Parę jedwabnych pończoch.
    Ale teraz już, Ojczulku, nie będzie mógł pan nigdy zarzucić mi, że nie spowiadam się ze wszystkiego.
    Jeśli chce pan wiedzieć, skłonił mnie do kupienia tych jedwabnych pończoch bardzo niski motyw. Julia Pendleton  przychodzi do mojego pokoju, aby odrabiać ze mną geometrię, siedzi z założonymi nogami na kanapce i nosi co wieczór jedwabne pończochy. Ale teraz - niech no tylko wróci po feriach, będę przychodziła do jej pokoju i będę siedziała na jej kanapce, zakładając nogę na nogę w jedwabnych pończoszkach. Widzi pan, jaka ze mnie nędzna istota - ale przynajmniej jestem uczciwa; zresztą widział pan z mojego rejestru w Domu Wychowawczym, że nie byłam doskonałością - prawda?
    Zatem reasumując (nasza nauczycielka angielskiego rozpoczyna od tego wyrazu co drugie zdanie), jestem bardzo a bardzo wdzięczna za wszystkie te siedem prezentów. Udaje przed samą sobą, że przybyły w skrzyni, przysłane mi przez moją rodzinę z Kalifornii. Zegarek jest od ojca, pled od matki, termos od babki -  która zawsze jest w strachu, abym się nie zaziębiła w tutejszym klimacie - a papier od mojego małego braciszka, Harry. Moja siostra Isabel podarowała mi jedwabne pończochy, a ciotka Susan - poematy Matthew Arnolda; wuj Harry (mały Harry nazwany jest po nim) dał mi słownik. Chciał przysłać mi czekoladki, ale prosiłam go o słownik.
    Nie ma pan nic przeciwko temu, aby stanowić część licznej mojej rodziny?

    A teraz, czy mam panu opowiedzieć o moich wakacjach, czy też interesuje moje kształcenie się jako takie? (...)
Leonora, ja i dwie drugoklasistki odbywałyśmy codziennie, jeśli tylko dopisywała pogoda, długie spacery po okolicy, w której spenetrowałyśmy każdy zakątek, ubrane w krótkie spódniczki i trykotowe swetry i czapeczki; w ręku miałyśmy zakrzywione wysokie laski do badania gruntu. Paz nawet zaszłyśmy do miasta oddalonego o cztery mile i zatrzymałyśmy się w restauracji, w której obiadują zazwyczaj słuchaczki college'u.Pieczony homar (35 centów), a na deser placuszki z mąki gryczanej, z sokiem (15 centów). Pożywne i tanie. A nade wszystko ile uciechy! Szczególnie dla mnie, bo takie to było inne niż w Domu Wychowawczym!

"Tajemniczy opiekun" J.Webster, wyd.Nasza księgarnia, 1989, tł.Róża Centnerszwerowa

A na koniec pytanie za sto punktów (albo przynajmniej dozgonną wdzięczność autorki tegoż bloga): jaką książkę kupić dziewczynce 10-letniej uwielbiającej Opowieści z Narnii i Ronję? (Harry Potter odpada).

Musicalowy wieczór

 ***
Przyznaję, Krainie Andersena przydałoby się okurzenie. Nie w tym klasycznym znaczeniu, bo jest czyściutko i dosyć często się odzywam (nie zawsze z sensem i na temat, ale zawsze jakoś), jednak ostatnio jak zanurkowałam w starociach, to tylko czubek zadartego nosa widać. Makuszyński, Hepburn, Orwell, pensjonarskie lektury i Chmielewska. Gdzieś w oddali Dahl, cichcem przemyka w pobożnych życzeniach Pruszkowska. A teraz jeszcze to... Jednak jeśli tak mi dobrze, to co ja będę kombinowała? Bo kiedyś wszystko robili porządnie, panie tego.

***
Zapraszam więc na deszczową podróż w przeszłość (połączoną z tańcami):






Osobom mającym wolny wieczór polecam cały musical Deszczowa piosenka (zapewne jeszcze o nim usłyszycie w Krainie Andersena). Sama zafundowałam go sobie dzisiaj, zapominając o bożym świecie (i lekcjach, oczywiście), a teraz moje myśli zaprząta jedno zagadnienie: może by się tak zapisać na lekcje stepowania?

Kolejny sentymentalny powrót...


Sięgając po nową książkę autora z dzieciństwa, w dodatku ulubionego autora, zawsze czuje się pewien dreszcz emocji.  Co tym razem na nas czeka? Będzie tak dobrze jak wcześniej? Może lepiej…
Gdy sięga się po kilku latach przerwy, latach bez obcowania z prozą danego pisarza, ten dreszcze emocji jest intensywniejszy, bo do zwykłego zaciekawienia dochodzi obawa, czy przypadkiem nie jesteśmy za starzy, czy legenda, którą owiane są wszystkie poprzednie dzieła danej osoby, nie runie i nie rozleci się w drobny mak?

Potem są pierwsze wersy, pierwszych kilka zdań, które muszą wystawić świadectwo:

"Pani Marta czytała właśnie ulubioną książkę pt. Sto tysięcy - dlaczego? - kiedy do pokoju weszła miła Kasia, dziewoja takiej postury, że gdyby w kącie nie było pieca, można by mniemać, że piec był wyszedł na chwilę i teraz właśnie powraca."


Po takim cytacie słychać już tylko wielkie uff, będzie dobrze, ba, już jest dobrze. Dalej możemy zająć się wieściami, jakie przynosi wyżej wspomniana panna-piec.  Dziewoja owa jest (niestety!) jedynie epizodem w tejże opowieści, skonstruowanym na potrzeby zaanonsowania listonosza, który również zaraz znika. Zostawia jednak główny motor napędowy, klasyczne spiritus movens tejże powieści: list. List przyprawiający o drgawki (czy śmiechu czy strachu, to już indywidualna kwestia), list wywołujący zdziwienie na zacnej twarzy pani Marty, list kryjący tajemnicę. Mianowicie informację o kolejnym liście (to nie mój żart!), najprawdopodobniej testamencie zostawionym w spadku, przez prapradziadka Mościrzeckiego (informacja ważna: pani Marta z rodu Mościrzeckich). Testament ma być otworzony w obecności całej rodziny, słowem wszyscy mają stawić się w Warszawie przy ulicy Zawiłej 16. I to koniec listów w tej powieści… Chociaż, no jeszcze jeden musimy wziąć pod uwagę, ale to za jakiś czas, więc na razie zajmijmy się innymi wydarzeniami. Do Warszawy na spotkanie stawia się cały arsenał osobowości.


Tutaj już jesteśmy na swoim gruncie, co więcej, troszkę zaczyna nam zalatywać schematem. Mamy trzech urwipołciów, wypisz wymaluj Zawidzki (malarz z Szaleństw panny Ewy – przyp. red.*), cudowną pannę Katarzynę – postrach w spódnicy, o uroczym sercu, panią Martę z pytajnikiem, zgorzkniałego pana Adama i nerwowego aptekarza. Krążymy wokół rozwiązania tajemnicy a’la Szatan z siódmej klasy za bohaterów mając postacie a’la Szaleństwa panny Ewy. Nieprzyjemnie? Nudno? Skądże!

Makuszyński operuje tak pięknym językiem, z taką masą obrazowych porównań, czasem wręcz przerastających treść, że książka staje się swoistym rozweselaczem, jednocześnie wprawiając w podziw czytelnika. Styl znany dobrze z innych jego powieści się nie starzeje, cały czas skrzy humorem i wielką lekkością.

Bohaterowie? Oni trzymają się równiutko. Troszkę może za bardzo widzimy podobieństwo do SzPE (jak już wyżej wspominałam), jednak główne cechy charakteryzują chyba wszystkie osoby jakie wyszły spod pióra pana Kornela. A mianowicie: szczerość, radość, często bieda, otwartość, niegasnący uśmiech. Plus dla każdego z osobna: miłosne uniesienia, smutek, ból, bieda, bogactwo, kalectwo. Oczywiście nie zapominamy o tych gorszych (by tak miło nie było): zgryźliwość, zamknięcie w sobie, niechęć. Może za bardzo szablonowi, może i niezbyt przekonywujący, czasem wręcz denerwujący swym nieustępującym optymizmem, jednak dla mnie oni są i zawsze będą największym atutem. Gdy czyta się książki z takimi bohaterami, bez względu na pogodę pokazuje się słońce na naszym prywatnym, wewnętrznym firmamencie, a i my stajemy się bardziej uśmiechnięci, weselsi.

Niestety, teraz trzeba przejść do zastrzeżeń. Mam jedno: panie Kornelu, co z akcją??? Fabuła nijaka. List i zagadka z czasów napoleońskich. Jednak daleko, daleko jej do tej z „Szatana z siódmej klasy”. Nadrabiał to pan elokwencją, nie przeczę, ale trochę zabrakło.

Więcej zastrzeżeń nie mam. Przyznaję, że mimo wszystko było naprawdę cudownie. Sympatycznie tak po raz kolejny spotkać z bohaterami ulubionego autora, a co za tym idzie – z samym autorem. Chociaż „List z tamtego świata” nie dorównuje „Szaleństwom”, „Szatanowi” czy „Awanturze o Basię”
to stawiam go na równi z „Panną z mokrą głową” i  zapewne jeszcze nie raz do niego wrócę.
*żeby jeszcze ta redakcja była… – dopisek autorki

"List z tamtego świata" K.Makuszyński, Wydawnictwo Literackie, 1988 "Trójka e-pik"