Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inspiratorzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inspiratorzy. Pokaż wszystkie posty

Opowieść o malarzu bez ucha i z sercem... ("Pasja życia" I.Stone)

Otwierasz tę książkę, delikatnie, jakby z nabożeństwem. Czujesz jak ciąży ci w ręku ilość wspomnień zawarta na zadrukowanych, postrzępionych kartkach. Wcześniej wciśnięta niedbale między inne, dla ciebie nabiera wagi, już nie możesz jej odłożyć, przynajmniej następne kilka dni poświęcisz zatapiając się w pasji tworzenia, pasji zdobywania, pasji życia. I ten witający nas okrzyk:
„Monsieur van Gogh, czas wstawać!”*
A więc wstajemy i my. Chociaż za oknem dżdżysty, zakurzony Londyn, chociaż wiemy, co może oznaczać ten chłód w spojrzeniu Urszuli, wstajemy jakbyśmy wstawali po raz pierwszy, po raz pierwszy podrywali się do życia.

Oczywiście nie wszystko będzie tak cudowne, jak tego pierwszego dnia. Mimo wszystko musimy szukać. Van Gogh w swoim życiu robił  chyba wszystko. Sprzedawał kiczowate obrazy innych artystów w Londynie, kształcił się na duchownego, głosił nauki wśród najbiedniejszych górników, wreszcie malował. We wszystkim zatapiał się całkowicie. Bez niepewnych prób, bez oglądania się na innych. Zazwyczaj samotnie, przeciwnie do kierunku potrzeb ciała i społeczeństwa, przymierając głodem, jako nadzieję, zasadę i jedyną zapłatę trzymając w zakamarkach pamięci kiedyś zasłyszane zdanie:

„Nieraz jeszcze w życiu będzie się panu zdawało, że poniósł pan klęskę. Ale w końcu znajdzie pan wyraz dla siebie – i to usprawiedliwi pańskie życie.”**



Znalazł. Malarstwo, wyrażanie siebie za pomocą pędzla i farby. Gdzieś w głębi siedziało to od dawna. Umiejętność łapania, oddawania ludzkich charakterów w nieporadnych szkicach.  Znajomość ze słońcem i jego barwami. Przyjaźń z cieniem i technikami rzucania go wprost w ludzkie serca.  Wiedział, że ma tylko jedno życie, by znaleźć i oddać, to co ma w sobie. Zaczynał późno, kiedy inni rozkwitali, on dopiero wychylał się nieporadnie ponad ziemię. Jednak nie patrzył na nich, szukał siebie.

Rozwijał się powoli, czasem jakby ograniczany wręcz ciałem. Jednak pamiętał, co miało jego życie usprawiedliwić.

Trzymamy w rękach historię człowieka wielkiego. Malarza bez ucha, który kochał, ufał, lecz podążał za swoją duszą, wiedząc, że inne pragnienia to tylko wytwory wyobraźni. Historię opisał również człowiek wielki. Malarz ludzkich losów, oddający wszystko w sposób mistrzowski. Człowiek, którego pasja włożona w tę historię tak samo nas obezwładnia, zachwyca, mieni się taką samą ilością odcieni, co obrazy mistrza. Dwie pasje splatające się w jednym miejscu..

Zostaje jeszcze czytelnik. Maleńki, przy dwóch szalejących talentach, tak dawno, a jednocześnie niedawno odkrytych.  Stojący, bez bojaźni pochylający się nad niosącą taką siłę książką. Czerpiący z niej.  Cały czas szukający. 

Ta zniszczona, zaczytana książka czaruje. Nie zapomina się jej tak łatwo, nie odchodzi się od niej tak łatwo. Łapczywie czyta się kolejne zadrukowane, niby zwyczajne karty. Pierwsze czytanie, drugie. I widać, jak ta na pozór tragiczna historia, była historią najszczęśliwszą na świecie.

Po prostu przeczytajcie...

"Pasja życia" I.Stone, wyd.Muza, 2002, tł.W.Kragen

*"Pasja życia" I.Stone, str.5
**"Pasja życia" I.Stone, str.49

O miłości, humorze i przeznaczeniu...


Nie tak wyobrażałam sobie zakończenie całego wyzwania, jednak jak się okazało, troszkę przeceniłam swoje siły i zapomniałam o moim tempie pisania, słowem zostało jeszcze kilka książek, o których nie udało mi się wspomnieć, a które powinny zagościć. Wiadomo, modelacja i panowanie nad czasem, to nie jest umiejętność posiadana przez wszystkich.

"Rasmus i włóczęga" A.Lingren
Dziewięcioletni Rasmus z domu dziecka marzy, że znajdzie kogoś, kto go pokocha i ofiaruje mu prawdziwy, ciepły dom rodzinny. Pewnego szczególnie pechowego dnia nieszczęśliwy i samotny Rasmus podejmuje decyzję o ucieczce. Po nocy spędzonej w szopie spotyka Oskara - włóczęgę. Razem wyruszają na wędrówkę. Czeka ich długa i niebezpieczna droga. [źródło]

Jedna z tych mniej smutnych i melancholijnych książek Lindgren, w której jak zawsze wylewa się dziecięca miłość i brak odzewu ze strony dorosłych. Mamy prosty opis sierocińca, troszkę przygód, dużo ciepła i humoru. No i oczywiście, mamy bułeczki cynamonowe z mlekiem - najlepszą rzecz na świecie!

"Rasmus, rycerz Białej Róży" A.Lindgren
Kalle Blomkvist jest postrachem złoczyńców w całej Szwecji. Nie znajdzie się nigdzie drugiego detektywa tak spostrzegawczego i odważnego jak on. Nieustraszony śledczy popada jednak w kłopoty, kiedy na jego oczach zostaje uprowadzony mały Rasmus. Wraz z niezawodnymi przyjaciółmi Kalle wyrusza w pościg za kidnaperami, choć dręczą go wątpliwości. Problem polega na tym, że ma dopiero piętnaście lat...[źródło]

Nie przepadam za Lindgren w tym wydaniu. Co prawda, Rasmus jest rozczulający poprzez wieczny słowotok, co prawda, jest dużo emocji przy pościgach i wreszcie są kidnaperzy w krzywym zwierciadle, jednak podobnie jak Michael Blomkvist nigdy nie mogłam polubić Kallego. 
Tylko ta Wojna Róż - zaraz przypominają się wakacje...

"Brat" E.Kiereś
Pewnej księżycowej nocy dwaj bracia wyruszają na łowy, ale nieświadomie popełniona wina sprowadza na nich gniew tajemniczych i groźnych potęg. Wbrew zaklętemu losowi bracia będą próbowali odnaleźć się nawzajem w świecie, który dotąd znali tylko z gawęd snutych przy domowym ognisku. Czy im się to uda? I za jaką cenę? Czy poznają tajemnicę, od której ich wędrówka się rozpoczęła? A rozpoczęła się znacznie dawniej niż mogliby przypuścić.[źródło]

Lubię panią Emilię w tym ludowo-baśnowym wydaniu. Spokojna, po części mroczna książka o poszukiwaniach, uczuciach. Jedna z tych, które można włożyć między inne cudowne zbiory baśni. Jedna z tych, w których odnajduje się jakieś kawałki siebie. Co prawda, nie urzekła mnie tak, jak "Łowy", jednak zasługuje na uwagę.

"Rudy Dżil i jego pies. Kowal z Polesia większego" J.R.R. Tolkien
Giles, spokojny gospodarz z Ham, nie grzeszy odwagą. Przypadek sprawia, że zostaje Bohaterem Okolicy. Otrzymuje od Króla sławny miecz, szczególnie zasłużony w zabijaniu smoków. Kiedy więc pojawia się smok, zadanie zabicia potwora spada na niechętne temu brzemieniu barki Gilesa. Lecz oto smok odmawia walki... 
Przylesie Wielkie słynie z biegłych w swoim zawodzie rzemieślników i ze znakomitej kuchni. Pewnego razu urzędujący Mistrz Kucharski wyrusza w drogę, nie wiadomo dokąd. Wraca z czeladnikiem. Nie jest to jednak zwyczajny uczeń. To król czarodziejskiego ludu. Ma on do wypełnienia misję, która zmieni losy pewnego chłopca.[źródło]

Pierwsze opowiadanie to karykaturalny obraz rycerstwa. Giles jest miły i przeciętny. Sławę zyskuje dzięki tylko i wyłącznie szczęściu. Jak się okazuje, wielkie czyny nie muszą iść za wielką odwagą. Miło, zwiewnie, zdecydowanie po tolkienowsku i z przymrużeniem oka.
Drugie opowiadanie bardziej baśniowe, też troszkę dowcipne, jednak przede wszystkim bardziej zahaczające o ludowe wierzenia. No i jeszcze jedno - ciekawsze.  Obydwa proste i kunsztowne za razem - po prostu Tolkien.

Van Gogh i Doctor, czyli popkulturalne zabawy.

Dzieła i artyści żyją tylko wtedy, gdy się o nich mówi, pisze, odnajduje, odczuwa. Inaczej zaczynają powoli zanikać, leżące w piwnicach, wiszące (a nie zauważane) na ścianach. Van Gogh cały czas żyje. W naszych głowach, obrazach, listach. Nie jest zamknięty jedynie w czterech ścianach muzeum. Znany na cały świat, ostatnio nawet jakby bardziej...


Miejsce w popkulturze van Goghowi o ile nie zapewnił, to chociaż umocnił, nikt inny jak tylko Doctor Who. Bohater najbardziej brytyjskiego serialu w historii (przynajmniej w moich oczach) pojawia się w pięknej Francji, na niespełna rok przed samobójstwem artysty. Cel jest oczywiście jeden - ratowanie świata.

Wszystko za sprawą zarysu potwora uwiecznionego na obrazie "Kościół w Auveres"  zauważonego przez Doctora. TARDIS i w drogę. Odszukać Vincenta, zlokalizować Krafayisa i dowiedzieć się coś więcej. Słowem, cała zabawa znowu się zaczyna. Jednak, w jakiej scenerii! Najpierw ulubiona kawiarenka, potem  "Żółty Dom", wreszcie wspomniany Kościół. Nic, tylko cieszyć oczy. I oczywiście wypatrywać Vincenta.

Van Gogh przedstawiony jako geniusz z zaburzeniami psychicznymi, nie odbiega wiele od utartego obrazu artysty. Oczywiście, niektóre cechy to jedynie nasze wyobrażenia, za mało wiemy o człowieku, by być pewnym niektórych zachowań. Dlatego też, jeśli jakieś sceny, słowa, czyny nie pokrywają się z tym, co wyobraziliśmy sobie - traktujemy to raczej jako dodatek do naszych myśli i obrazów przechowywanych gdzieś głęboko. Samorzutnie Vincent ożywa na naszych oczach, widać wielką wrażliwość, geniusz i ogarniającą go ze wszystkich stron depresję, pozwalającą jednocześnie uśmiechać się czy żartować. A jednocześnie wiemy, że ten serial, ten odcinek to cały czas przede wszystkim Doctor Who, więc postać van Gogha bez problemu traktujemy z przymrużeniem oka i podoba nam się to.

Za artystą idą też jego obrazy. I wielka radość oglądającego (moja). Wchodzicie do domu jednego z ukochanych malarzy, oglądacie płótna zgromadzone na małej przestrzeni, ich barwy, piękno - wszystko aż przytłacza. No i kościół od którego wszystko zaczęło się  - nie jest to jeden z moich ulubionych obrazów, jednak długi czas wpatrywałam się w niego, pamiętam, gdy pierwszy raz go zobaczyłam - razem z koleżanką siedziałyśmy i zauważałyśmy nowe szczegóły, rozmawiałyśmy, dorabiałyśmy do niego historię. Dlatego też, chyba najmniejsze zdziwienie - że to właśnie od tego obrazu wszystko się zaczęło w serialu. On po prostu porusza wyobraźnię.
Oczywiście, da się dojrzeć wiele nieścisłości - w rzeczywistości kawiarenka i kościół leżą w dwóch zupełnie innych krańcach Francji, jednak wiadomo, co serial, to serial. No i wreszcie ktoś kompetentny (czyt. van Gogh) wypowiedział się na temat Słoneczników - wielka radość, też nigdy ich nie lubiłam i nie mogłam zrozumieć zachwytu. Dla mnie jeden z bardziej obojętnych obrazów w dorobku Vincenta. Dla tych słów wybaczyć można wszystko.


Wiem, że powinno być jeszcze jakieś odniesienie do Doctora, jednak niestety jestem chyba najmniej kompetentną osobą, która mogłaby o nim mówić. Za mną kilka odcinków (na przestrzeni kilku lat), w dodatku dopiero ten wywołał prawdziwą radość.

Ale za to, jak odnalazł się van Gogh w naszych czasach?
O ile obrazy Vincenta same w sobie wywołują wiele uczuć, w kolorowych krajobrazach, w butach, w górnikach odbija się tak wiele, to wszelkie nawiązania do Doctora wywołują jedynie uśmiech wraz z łezką wzruszenia. I nawet za cenę znalezienia się na koszulkach, kolczykach czy innych skarpetkach, można się cieszyć, że jakiś odsetek zainteresował się, a przede wszystkim, odczuł bardziej.

Tak na koniec, by podsumować:
Miejsce w kulturze popularnej jest, a ja już do końca życia będę pamiętała jak Vincent opowiadał i widział naturę. Moja ulubiona nocna scena (no, oczywiście poza wzruszającą w muzeum). Poza tym, van Gogh i TARDIS (tak, Doctor mi obojętny, jednak TARDIS uwielbiam) to niezapomniany widok.

Witamy na dobre w XXI wieku, panie Vincencie!

"To dusza tego malarstwa...", czyli o butach van Gogha

Jedna para butów przy której nie trzeba słów, które oddziałują na człowieka samoczynnie, bez jakichkolwiek komentarzy. Po prostu.


Dlaczego, jak, po co... 
Interpretowali, dyskutowali i oceniali je już historycy i filozofowie. W różnych odcieniach, różnych pozycjach, czasem grupowo, jednak zawsze buty. Nie ważne, czy okres Arles, czy Paryż. Teraz patrzę na te buty, w zagubionym XXI wieku, może trochę przez pryzmat biografii, może listów. Patrzę, czuję i rozumiem. Co widzę? Pracę, trud, biedę, brak sił, noc, radość (?), konsekwencje... Za każdym razem coś innego. Albo może czasem po prostu siebie?





Para butów to pięć obrazów van Gogha namalowanych w okresie 1886-1888 (cztery w Paryżu i jeden w Arles). Dopełnia je obraz Trzy pary butów namalowany w Paryżu, w grudniu 1888. 


Ciekawsze linki:
Para butów - informacje || piękny tekst pani Justyny || o Heideggerze i van Goghu || luźne interpretacje ||

Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku? ("My na wyspie Saltkrakan" A.Lindgren)

Kiedyś Mariusz Szczygieł powiedział, że „Śmierć pięknych saren” to najbardziej anty-depresyjna książka świata. Po jej przeczytaniu, zgodziłam się z moim ulubionym felietonistą. Dzisiaj jednak muszę wziąć na to poprawkę: jest jeszcze jedna pozycja, dorównująca pod tym względem wspomnieniom Oty Pavela. Książka uwielbiana przez dzieci, książka odkryta przeze mnie w tym, jeszcze świeżym, roku – „My na wyspie Saltkrakan”.

Ta historia to bilet do wakacyjnych przygód, kąpieli w morzu, łowienia pstrągów, budowania szałasów. Pełna ludzi do pokochania, małych radości, domów do ulubienia, chwil do złapania, dziecięcych teorii do wcielenia w życie. Skusisz się? Zaryzykujesz? To wsiadaj.

Ostrożnie, tutaj belka trochę wystaje. Hop! Już możesz stanąć spokojnie, będzie tylko trochę kołysać, jak to na statku. Lecz gdy siądziesz na ławeczce, wszystko będzie wydawało się spokojniejsze, widzisz? Wystaw twarz do słońca. Czujesz? To już wakacje, w wakacje słońce patrzy weselej, wakacyjnie. Tam? Stoi sobie spokojnie Melker – znany pisarz. Czwórka wokół niego, to oczywiście jego dzieci, Malin, Johan, Niklas i Pelle. Ale uwaga, wysiadamy! Witamy na wyspie Saltkrakan.

Już  czeka na nas Tjorven wraz  ze swoim nieodłącznym czworonożnym towarzyszem.  Czekają tam również dziecięce przygody, stare zawalające się domy, w których trzeba mieszkać, czekają pierwsze zwierzątka domowe.

Gdzieś w  tle przewija się cichcem temat śmierci matki, rozterki, ból po stracie. Pojawiają się różne charaktery.  Ulubiony, zamknięty w sobie Pelle, ciekawska Tjorven, nad wiek dorosła Malin, wieczny Piotruś Pan – Melker. Jak to w życiu. Pojawia się strach przed samotnością, jednak wszystko przykrywa warstwa beztroskiego lata i bezpieczeństwa.
„-Wujku, wiesz co? Jak nie potrafisz pisać tak, żebym ja rozumiała, to właściwie możesz wcale nie pisać!”
Słowa malutkiej Tjorven utkwiły mi w głowie i nie chcą do dzisiaj wyjść, chociaż już dobry miesiąc miną od tej lektury. Wielu jest teraz autorów, którzy piszą bestsellery, przez niektórych okrzyknięci są wręcz geniuszami. I powolutku zapomina się, że szczytem geniuszu jest napisanie książki dla tak wymagającego czytelnika jakim jest dziecko. Tylko autor, który ma w sobie cząstkę dziecka, dla dziecka napisze książkę. Astrid Lindgren pisała dla dzieci, umiała pisać dla dzieci. Poruszała tematy czasem przykre, ubierała je w słowa proste, które oddawały rzeczywistość, umiała pokazać odczucia dziecka.

Ale nie można zapomnieć o najważniejszej kwestii: Dlaczego wujek kąpie się w spodniach? Otóż, wujek kąpał się w spodniach na okładce w pierwszym tłumaczeniu pani Marii Olszańskiej, bo w szwedzkiej wersji oraz w późniejszych polskich wydaniach było po prostu: My, na wyspie Saltkrakan.
Ale! Wujek kąpał się w spodniach we wszystkich wydaniach i tłumaczeniach, gdzieś w środku książeczki. A dlaczego? Po prostu kochał swoje dzieci i martwił się o nie. Był również człowiekiem pomysłowym. I dlatego właśnie kąpał się w spodniach.  A jeżeli  jeszcze nie wiecie, jaki to wszystko ma związek, ja bym radziła się przekonać samemu. 

"My na wyspie Saltkrakan" A.Lindgren, wyd. Nasza Księgarnia, 2011, tł.M.Olszańska

Najpiękniejsza baśń świata. ("Mio, mój Mio" A.Lindgren)


Nie wiem, jak to się dzieje, lecz im człowiek starszy, tym trudniej mu marzyć. Jakby uczepił się go głos i szeptał do ucha: szkoła, nauka, problemy duże i małe – myśl o tym… Chociaż  szukasz książek, by ten głos zagłuszyć – nie zawsze udaje się. A jak nawet już się uda, zaraz wchodzisz w świat podobny do twojego, po prostu, na kark zarzucasz sobie problemy innych.

Nie tym razem jednak, wreszcie głos uciekł, zakopał się głęboko w ziemi, zapewne drżąc ze strachu przed najgroźniejszymi historiami świata: baśniami. Sięgnęłam wreszcie po jedną z tych cudownych książek Astrid Lindgren i  gdybym miała w trzech słowach opisać tę, powiedziałabym: najpiękniejsza baśń świata.

„Mio, mój Mio” bowiem, zamiast znajdować wydarzenia zastępujące nam codzienne problemy, wyciąga rękę, by zabrać nas tam, gdzie ich w ogóle nie ma – do Krainy Dalekiej.
Czy zostałeś przypadkiem porwany z parkowej ławki, tramwaju, łóżka, to nie ma znaczenia. Wreszcie czujesz się wolny, spokojny i bezpieczny. Księżyc przybliża się niepostrzeżenie, kraina już jest, odnaleziony ojciec-król i przyjaciele również.

Mijają więc dni, na przechadzkach po ogrodzie różanym, po  łąkach  i lasach. Pojawia się cudowny koń o ufnych oczach, jest też źródło gaszące pragnienie.

Lecz jak to w każdej baśni bywa, pojawia się mroczna postać. Tym razem pod nazwą rycerza Kato, zabiera najmłodszych, wkładając im serca z kamienia bądź zamieniając w ptaki. A uratować może ich jedynie Mio. Malutki Mio, zabrany ze sztokholmskiego parku. Czy ojciec-król nie kocha go, jeżeli godzi się, by wyruszył na taką wyprawę?...

Pod osłoną tej historii wielu biografów znalazłoby kawałek życia autorki. To ona musiała oddać swojego maleńkiego syna do adopcji, ponieważ nie stać jej było, by utrzymać dziecko. Dopiero po trzech latach mogła zatrzymać synka w domu. Cóż, zapewne w historii kryje się przesłanie dla Lassego. Jednak to przesłanie jest również gwarancją dla wszystkich dzieci, uspokaja je i otula bezpieczeństwem.  Rodzice czekają na nie w Krainie Dalekiej. Ktoś czeka w Krainie Dalekiej i na nas.  I chociaż czasem czekają na nas trudne zadania i trudne przeszkody, my je pokonamy…

Prócz sugestywnej historii w książce czekają na nas marzycielskie scenerie, bure bądź sielskie krajobrazy.   Czekają na nas ludzie i straszni, i ludzko okrutni, i prawdziwi przyjaciele.
A siła całego opowiadania tkwi w prostocie. Dziecko jest wymagającym czytelnikiem. Nie dla niego długie, nic nie wnoszące opisy. Powiesz „ogród różany” i one widzą już wszystko. Ale oszczędzać na papierze też nie można. Nie zapominajcie o pytaniach, jakie zadają dzieci. Trzeba trafić idealnie. W styl prosty, wyczerpujący, zajmujący, magiczny, pobudzający naszą wyobraźnię. Astrid Lindgren robiła to po mistrzowsku.

Piszę dzieci to, dzieci tamto, jednak sama widzę po sobie, czego od babci wymagam, co ona mi daje. Podróż do krainy marzeń każdego dziecka, każdego samotnika, każdego introwertyka, każdego zaganianego społecznika. Podróż nie pierwszą klasą, co to bowiem za radość, gdy wszystko mamy podane? Tutaj dużo musimy sobie wyobrazić, samemu przeżyć tę historię i to jest w tej książce najpiękniejsze. 

I dlatego ja tak uwielbiam tę książkę. Mimo niebezpieczeństw czekających na Mio, opowieść ta przynosi ukojenie i nadzieję...

"Mio, mój Mio" A.Lindgren, wyd. Nasza Księgarnia, 2008, tł.M.Olszańska

Inspiratorzy 2013

Nowy 2013 zegar już tyka, wybija kolejne dni, więc by jeszcze zmieścić się w tym iluzorycznym początku  roku z planami, zapraszam na wpis wybiegający w przyszłość. Otóż, w planach mam wyzwanie, jeśli tak to można nazwać. Wyzwanie, które mam zamiar kontynuować w następnych latach i które będzie polegało na bliższym poznaniu sylwetek i dzieł dwóch wybranych postaci. Najbliższe dwanaście miesięcy będzie oczywiście książkowe, z notatkami, tekstami, komentarzami, cytatami, lecz również upłynie na krótkich, długich spotkaniach z pewną, diametralnie się różniącą parą (oczywiście, nie razem, każdego oddzielnie poznamy...)

* * *

Pierwszym inspiratorem (a może nawet respiratorem?) będzie Vincent van Gogh. Jeden z moich ulubionych malarzy, przykład artysty doskonałego, postać owiana tajemnicą. Praktycznie nie do skopiowania, nie do podrobienia, pełen pasji tworzenia. Pochylony nad sztalugą, szybkimi ruchami chwyta znikającą chwilę... Tak jego osoba maluje mi się teraz przed oczami dzisiaj.
Jak będę go widziała pod koniec roku? Czy obraz bardzo się zmieni? Czy zostanie w mojej głowie, jako artysta pełen pasji, dopełni się tylko obraz geniuszu? Czy może przeważać będzie postać chora psychicznie, bez ucha, samobójca? Czas pokaże...

* * *

Drugim inspiratorem, całkowicie książkowym, pełnym dziecięcego czaru i wdzięku będzie ukochana pisarka - Astrid Lindgren.
W jej przypadku nie mam wątpliwości - obraz babci, która skacze po drzewach się nie zmieni. To będzie raczej swoisty powrót do nie tak odległych czasów dzieciństwa, uśmiechu, rodzinnego ciepła i bezpieczeństwa. Będzie wiele baśni przez nią opowiadanych, o małych chłopcach i małych dziewczynkach, o samotnikach, introwertykach, urwisach i przyjaciołach. W ten sposób sama sobie wynajęłam najlepszą łódź do krainy marzeń, a Was chcę na nią zaprosić. Bo czytanie książek dla dzieci i wracanie do nich raz po raz ma swoją moc.

* * *
Mam nadzieję, że te dwie potężne osobowości w tym roku popchną mnie gdzieś dalej w cudowny świat marzeń, baśni (Lindgren),  ulotnych chwil złapanych kolorem, pasji, która daje i zabiera (van Gogh), a dzięki temu zostawią spuściznę w mojej głowie, zainspirują i pokażą nowe ścieżki. Może przysłużą się również Wam, pokazując to czego nie znacie, przypominając to, co zostawiliście w dzieciństwie... Tylko dajmy im szansę!