Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

Zakurzona literatura, bez kurzu na słowach - "Tajemniczy przybysz".

Twain miał być takim zaskoczeniem, na które czekałam od dawna. Miał wstrząsnąć, zostawić z burzą myśli gdzieś wewnątrz. Bo "Tajemniczy przybysz" to nie znany dzieciom Tomek. Jak w teatrze, kurtyna w górę - widać tylko miasteczko gdzieś w samym środku średniowiecznej Europy nakreślone pewną ręką Twaina. W miasteczku tłoczące się jak mrówki kolejne postacie, żyjące w ułudzie. A nie, przepraszam. Nam się na początku wydaje, że żyją normalnie. Tak jak my.
"Tajemniczy przybysz" to krótka, sterylna książka. Oschły styl. Reportażowy, jak to się teraz mówi - działający na wyobraźnię i nie bawiący się w opisy przyrody czy świata.

Więc dobrze. Nie będę się i ja bawiła słowami, przekładała i wyciągała na wierzch myśli. Naiwność starannie wyhodowana chowa się do filiżanki, idealizm powędrował za kapelusz. Chociaż Twain rozumie zarówno naiwność jak i idealizm. Jak człowiek, który sam to kiedyś przeżywał, widział, czuł. Jak jego narrator kilkunastoletni, z którym to my przeżywamy, widzimy, czujemy, zmieniamy się. Otwieramy oczy?

Tak, po części. Tych części jest jednak wiele. Część, którą każdy z nas zna, część, z którą po pokazaniu się zgadzamy i część, której do siebie dopuścić nie chcemy, choćby nie wiadomo jak wiele argumentów było tymi za. Twain pisze celnie, wszystkie słabostki ludzkie wyciąga. Nie boli jak powinno, bo jednocześnie sam jest pełen zrozumienia.

Tylko, że to już trzecia taka książka w ostatnim czasie. Niby całkowicie się różniąca od dwóch pozostałych, niby o czym innym, jednak ten człowiek, który umieścił siebie w hierarchii niebotycznie wysoko, często zaślepiony, egoistyczny, wyobrażający sobie wiele. Trzecia, to już nie przypadek, raczej znak, żeby się zastanowić, przyznać więcej racji, nie zgadzać się jednak ślepo.

Pomaga. Tak, ta książka po prostu pomaga. By zostać nazwana genialną brakuje jej niewiele. Bo chociaż pokazywała, nie wstrząsnęła, bo chociaż wytykała, nie zaskoczyła, nie sprawiła, że miarkuję wszystko i krok po kroku zmieniam, widzę dużo więcej.

Ale to cały czas jest książka co najmniej świetna.

A, i opis. Bo wiem, że dla wielu jest ważny (chociaż to jedna z tych książek, która opisu na okładce nie ma). Recenzjowany i poważny (ze spoilerem, jak można tak to w ogóle określić), z braku innych:
Tajemniczy przybysz" to zarazem faustowska opowieść, której dramatis personae stanowią trzej młodzi chłopcy - sam narrator jest również kilkunastoletnim chłopcem i nazywa się Teodor Fischer - lecz równie dobrze mógłby być Huckiem lub Tomkiem. Szatan zaś nosi charakterystyczne nazwisko Traum - co potwierdza, iż jego domeną są sny i marzenia. Wielowymiarowa postać młodego Szatana w tej powieści może też być rozpatrywana w psychologicznym planie jako wcielenie ukrytych pragnień tych chłopców. Wprowadza on ich w inną rzeczywistość, odsłania przed nimi przyszłość, przenosi z miejsca na miejsce, w jego obecności wszystko nabiera intensywności istnienia. Spotkanie z Szatanem staje się dla chłopców inicjacją we własną psychikę, ujawnieniem potencjalnych mocy, nigdy nie przeczuwanych, zepchniętych na samo dno podświadomości. Nadto fantastyka Twaina, podobnie jak w "Fauście" Goethego, gdzie Mefistofeles występuje jako alter ego bohatera, ma charakter metafizyczny. [źródło]

Strasznie głośno, niesamowicie blisko


Trudno w jakikolwiek sposób oceniać tę książkę. Ta książka jest na to zbyt emocjonalna, krucha i osobista. A zaczynała się po prostu rozbrajająco:
"Taki czajnik. Co by było, gdyby zaczął otwierać i zamykać dzióbek, kiedy uchodzi para, i gdyby ten dzióbek przerodził się w usta, które potrafią gwizdać piękne melodie, przemawiać cytatami z Szekspira albo po prostu nabijać się ze mnie? "str.11
Słowa te do nas kieruje dziewięcioletni Oskar - wynalazca, muzyk, aktor szekspirowski, jubiler, frankofil, pacyfista i kolekcjoner.  Oskar - samotny, zagubiony chłopiec, którego tata zginął w zamachu na WTC. Oskar, który musi zmierzyć się nie tylko ze stratą, ale również z pewną zagadką zostawioną przez ojca. Zagadka oczywiście jest jedynie pretekstem do wędrówki. Oskara. Autora. Nas samych.

Mówi się - "Szukając Alaski" J.Greena

Tak krzyczał człowiek, który nauczył mnie podstaw pantomimy. Gdy chciał zwrócić na siebie uwagę, gdy chciał mi zwrócić uwagę, gdy ktoś próbował nie uważać. Tak też od jakiegoś czasu krzyczą książki. Do nas wszystkich. Larsson, Rowling, Murakami, wielkie bestsellery, znane wszystkim, często zbierające przeróżne opinie, jednak zawsze krzyczące, z półek księgarni, ze stron internetowych, z ust znajomych.
Tak krzyczą dzieła Greena - bestsellerowa "Gwiazd naszych wina" nie schodziła z ust i blogów niecały rok temu. Dwie kolejne, chociaż również rozdmuchane, też się pojawiały, chociaż nie tak często. Dostałam jedną z nich, debiutanckie "Szukając Alaski".

Przyznam, pierwsza myśl: trochę już wyrosłam. Bo niby to szesnaście łamane na siedemnaście jest, jednak okres, gdy potrzebuje się takich książek, przypadał u mnie na kilka(naście) miesięcy wcześniej. Jest na pewno taki czas u człowieka, kiedy te książki się docenia, żyje się nimi i uważa za arcydzieła.

Green trafi do większości nastolatków. Pisze mądrze, wplatając się i harmonizując z uczuciami czy przemyśleniami młodych. Porusza tematy sensu życia, wielkiego być może, wszelkich pragnień. Aktualnie, może troszeczkę skażony amerykańskim pochodzeniem, jednak tak, byśmy i my się w tych sytuacjach odnaleźli.

Samo "Szukając Alaski" - technicznie gorsze od GNW, jednak jeśli chodzi o sam temat i pomysł - dużo lepiej wypadło. Green nie uciekł się do tak wytartego już tematu choroby, spróbował inaczej i dobrze wiedział, że to zadziała. Zadziałałao.

Więc każdy nastolatkom poleca, i dobrze.

Co z innymi czytelnikami?
"Szukając Alaski" to książka, którą czyta się szybko i z przyjemnością, chociaż czasem aż ciąży ta lekkość i może nawet przeszkadza trochę?
"Szukając Alaski" porusza temat trudny, bardzo podobny do tego znanego nam z Fight Clubu. Tylko... lżej, częściowo, czasem jakby przemykając się i niedociągając. No i dla młodzieży, chociaż tutaj nie zawsze.
"Szukając Alaski" ma linki i sznureczki. Prowadzi do kolejnych książek znanych i mniej znanych, jednak zawsze dobrych.
"Szukając Alaski" to książka, która ma dobry pomysł na bohaterów, jednak są oni często niedopracowani, więc trudno bezwzględnie pokochać każdego z nich.
"Szukając Alaski" bazuje przede wszystkim na niedopowiedzeniach. Daje to dużo miejsca dla wyobraźni, ale jednocześnie czasem brakuje ściśnięcia akcji.

Ale "Szukając Alaski" to przede wszystkim bardzo dobra książka. Wśród bestsellerowych jest jedną z perełek, pokazuje, że mimo wszystko młodzież gustu nie zgubiła i po Zmierzchu czy Darach Anioła wreszcie pokazuje się coś inteligentnego, wartościowego. Szkoda, że nie dla wszystkich, że może nie bardziej kunsztownie a warsztatowo, że nie będzie to coś na kształt "Buszującego w zbożu" (chyba na to pan Green jest za miły i za dużo czasu minęło od premiery - przypominam, że w Polsce to wznowienie). Jednak będę czekała na kolejne wydania.

* * *

Pojawiają się też inne pozycje w tym duchu. Ostatnio oglądany Charlie, troszkę w temacie Greena. Co prawda, mniej dopracowany i z trafionym tematem, jednak cały czas bardzo dobry film. [tutaj recenzja Chmurki i moja opinia - pod recenzją]



Letnie wspomnienie

Pamiętam, że była końcówka lata, ta spokojna, bez walizek, rozjazdów i gubiących się biletów. Po prostu, była końcówka lata, hamak i mój uśmiech, który słałam różnokolorowym liściom brzoskwini. Była też ta książka i dokładnie ta "Harfa traw".

Piękna była. O dorastaniu, różowym pokoju, miłości mimo różnic, strachu, własnym zdaniu, Katarzynie, wyborach i wolności, którą wtedy zobaczyłam w całkowicie inny sposób. 
Dopracowana była. Capote wtedy po raz pierwszy zaczął jawić mi się jako człowiek wspaniały, który równie dobrze sam mógłby być tym kolorowym listkiem brzoskwini i do którego ze zrozumieniem mogłabym się uśmiechać.

I wtedy właśnie zanotowałam krótką myśl: Capote napisał "Śniadanie u Tiffany'ego", by Audrey Hepburn stała się nieśmiertelna, "Z zimną krwią", by samemu stać się nieśmiertelnym, a "Harfę traw", bym mogła pokochać jego twórczość. Zdecydowanie.


* * *

Śniegu co prawda za oknem nie ma, jednak jest zima. A zimą chyba najbardziej tęsknię do tej letniej opowiastki. I to jest dobre wspomnienie na początek tego nowego roku.

"Harfa traw" T.Capote, Czytelnik, 1962, tł. B.Zieliński

Opowieść o malarzu bez ucha i z sercem... ("Pasja życia" I.Stone)

Otwierasz tę książkę, delikatnie, jakby z nabożeństwem. Czujesz jak ciąży ci w ręku ilość wspomnień zawarta na zadrukowanych, postrzępionych kartkach. Wcześniej wciśnięta niedbale między inne, dla ciebie nabiera wagi, już nie możesz jej odłożyć, przynajmniej następne kilka dni poświęcisz zatapiając się w pasji tworzenia, pasji zdobywania, pasji życia. I ten witający nas okrzyk:
„Monsieur van Gogh, czas wstawać!”*
A więc wstajemy i my. Chociaż za oknem dżdżysty, zakurzony Londyn, chociaż wiemy, co może oznaczać ten chłód w spojrzeniu Urszuli, wstajemy jakbyśmy wstawali po raz pierwszy, po raz pierwszy podrywali się do życia.

Oczywiście nie wszystko będzie tak cudowne, jak tego pierwszego dnia. Mimo wszystko musimy szukać. Van Gogh w swoim życiu robił  chyba wszystko. Sprzedawał kiczowate obrazy innych artystów w Londynie, kształcił się na duchownego, głosił nauki wśród najbiedniejszych górników, wreszcie malował. We wszystkim zatapiał się całkowicie. Bez niepewnych prób, bez oglądania się na innych. Zazwyczaj samotnie, przeciwnie do kierunku potrzeb ciała i społeczeństwa, przymierając głodem, jako nadzieję, zasadę i jedyną zapłatę trzymając w zakamarkach pamięci kiedyś zasłyszane zdanie:

„Nieraz jeszcze w życiu będzie się panu zdawało, że poniósł pan klęskę. Ale w końcu znajdzie pan wyraz dla siebie – i to usprawiedliwi pańskie życie.”**



Znalazł. Malarstwo, wyrażanie siebie za pomocą pędzla i farby. Gdzieś w głębi siedziało to od dawna. Umiejętność łapania, oddawania ludzkich charakterów w nieporadnych szkicach.  Znajomość ze słońcem i jego barwami. Przyjaźń z cieniem i technikami rzucania go wprost w ludzkie serca.  Wiedział, że ma tylko jedno życie, by znaleźć i oddać, to co ma w sobie. Zaczynał późno, kiedy inni rozkwitali, on dopiero wychylał się nieporadnie ponad ziemię. Jednak nie patrzył na nich, szukał siebie.

Rozwijał się powoli, czasem jakby ograniczany wręcz ciałem. Jednak pamiętał, co miało jego życie usprawiedliwić.

Trzymamy w rękach historię człowieka wielkiego. Malarza bez ucha, który kochał, ufał, lecz podążał za swoją duszą, wiedząc, że inne pragnienia to tylko wytwory wyobraźni. Historię opisał również człowiek wielki. Malarz ludzkich losów, oddający wszystko w sposób mistrzowski. Człowiek, którego pasja włożona w tę historię tak samo nas obezwładnia, zachwyca, mieni się taką samą ilością odcieni, co obrazy mistrza. Dwie pasje splatające się w jednym miejscu..

Zostaje jeszcze czytelnik. Maleńki, przy dwóch szalejących talentach, tak dawno, a jednocześnie niedawno odkrytych.  Stojący, bez bojaźni pochylający się nad niosącą taką siłę książką. Czerpiący z niej.  Cały czas szukający. 

Ta zniszczona, zaczytana książka czaruje. Nie zapomina się jej tak łatwo, nie odchodzi się od niej tak łatwo. Łapczywie czyta się kolejne zadrukowane, niby zwyczajne karty. Pierwsze czytanie, drugie. I widać, jak ta na pozór tragiczna historia, była historią najszczęśliwszą na świecie.

Po prostu przeczytajcie...

"Pasja życia" I.Stone, wyd.Muza, 2002, tł.W.Kragen

*"Pasja życia" I.Stone, str.5
**"Pasja życia" I.Stone, str.49

Kolejna dziewczynka na półce ("Blondynka" J.C.Oates)

Pochłonęła mnie całkowicie ta historia, której zakończenie zna każdy. Dziwna, pokręcona, technicznie rzecz biorąc, nie mająca szans, by wybić się czymś innym niż tylko ponętną blondynką, znaną na całym świecie, umieszczoną na okładce. Gratka dla fanów aktorki, grającej w komediach romantycznych ubiegłego wieku, dla badaczy kina. Przytłaczająca ilością zapisanych stron, a więc i na pozór, przytłaczająca ilością nieumiejętnie upychanych na wolnych stronach faktów, by zanudzić i zniechęcić czytelnika.
Ale otwieramy, z sympatii dla owej aktorki, zainteresowani pochlebnymi wspominkami, a tam na nas czeka pierwsze zdanie:
Przybyła Śmierć, pędząc wzdłuż bulwaru w gasnącym sepiowym świetle.*
I to jest koniec. Koniec sympatii, wspomnień i pochlebstw. Teraz zaczyna się nasza przygoda, nasza marna egzystencja, nasze uprzedzenia, nasze lęki. Wszystko dzielone z nią. Blondwłosą aktorką.

To wielkie dzieło, wręcz monumentalne przyszło do mnie, gdy nie czytałam nic. Gdy zaczynałam kolejne książki, gdy rzucałam je w kąt, bo nigdy nie były za dobre na początku, bo stosy mi się piętrzyły, bo nie umiałam się skupić i byłam rozkojarzona. Blondynka paradoksalnie była trudna w czytaniu. Odrzucałam ją po kilku zdaniach, czasem wstrząsających, czasem nic nie znaczących. I za każdym razem wracałam.

Początek, dzieciństwo którego nie było i którego brak wszyscy przyjęli jako coś normalnego. Dalej dorastanie, etap kiedy to szukamy siebie, sensu i bezsensu, w Blondynce jak raczkowanie i stawianie pierwszych kroków, pierwszych błędów, pierwszych sukcesów, upokorzeń, pytań. Dorastanie, które nigdy się nie skończyło, które trwało do niedalekiego końca, te kilkanaście lat, przedłużony żywot zagubionego motyla…
To nie jest biografia Marilyn Monroe.
Marilyn Monroe to chwyt reklamowy, to przykrywka czegoś większego.

 

Ta książka jest przede wszystkim podróżą w głąb Normy Baker. Podróżą tylko naszą, gdzie istniejemy my i ona. Nikt więcej. Podróżą w głąb własnych słabości, własnych zachcianek i wątpliwości. Pani Oates otwiera przed nami kolejne komnaty uczuć blondwłosej aktorki, rzucając całkowicie inne światło na wykreowaną przez media postać. Z głupiutkiej laleczki wyłania się kobieta myśląca, pełna kompleksów, czasem słabości, uczuć i pragnień. Kobieta szukająca szczęścia, kobieta-marzenie, kobieta upadła, kobieta cierpiąca. Kobieta, którą tak dobrze rozumiemy!

Chociaż to na przeżyciach Marilyn Monroe skupiamy całą swoją uwagę, to z nią wszystko przeżywamy, z nią rozmawiamy w myślach godzinami, to trudno nie zauważyć również innych detali, małych szczegółów składających się na sukces tej książki.
Cierpki, wyuzdany świat Hollywood, o którego istnieniu nie zawsze zdajemy sobie sprawę, oczy mając przesłonięte czerwonym dywanem i biało-czerwonymi uśmiechami.
Marionetki tej historii, postacie drugoplanowe, okazujące się silniejsze od głównej bohaterki, naszej przyjaciółki.
Niebywała łatwość w opisywaniu przeżyć, zagłębianiu się w naturę ludzką i umiejętność patrzenia. Pani Oates – pani stała się dla mnie wzorem…

Trudno pisać o tej książce, bo bez wątpienia jest to książka wielka. Przytłaczająca swoim kunsztem, porywająca swoją autentycznością i bezbronnością. Książka, którą się smakuje, którą czyta się długo, która jest przyjemnością. Tak dobrą, że aż czasem boli. Tak dobrą, że pisać o niej trudno.

*"Blondynka" str.13

"Blondynka" J.C.Oates, wyd.Rebis, 2011, tł.M.Ferek

Tylko kilka słów, bo się nie mieszczą ("Szklany klosz" S.Plath)

źródło
Pozbierałam wszystkie słowa do jednego słoika, starałam się zamknąć, ale się nie mieściły... Chyba dlatego, że tak mało było ich w samej książce.

Wiecie jak to jest, gdy emocje i legendy narastają wokół danego tytułu. I potem w jak dziwny sposób owe powieści się bronią. "Szklany klosz" zrzucił z siebie wszystkie słowa, którymi zwykli śmiertelnicy określają samotność, depresję, obłęd, chorobę psychiczną, zagubienie, niezrozumienie... Długo mogę wymieniać ja, długo możesz wymieniać i ty, dobrze o tym wiemy. Sylvia Plath tego nie robi.

Sylvia Plath opowiada. W przejmującej pierwszej osobie. O zwykłych czynnościach ambitnej dziewczyny, która z prowincji trafia do Nowego Jorku i która kok po kroku wpada w depresję co kończy się próbą samobójczą. Zresztą, to wiemy.
Zaskakują nas te proste zdania i proste czynności opisywane w książce. Zaskakują i wręcz bolą nas kolejne przemyślenia. Sama częste przerywanie lektury zrzucałam na karb e-booka, jednak z perspektywy czasu widać, jak po prostu czasem bolały myśli i słowa, by kontynuować lekturę.

A żeby ją ocenić, chociaż w jakimś stopniu? Pierwsze czytanie siłą rzeczy pociągnie za sobą drugie, tego jestem pewna. Na razie trawię, potem będę rozkładała, po raz kolejny ważyła i przekładała te słowa, których zabrakło i których było za dużo. I zapewne nigdy nie uda mi się napisać nic więcej.

Bo teraz już nie jest ważne, czy ja polecam, czy jak na mnie oddziałuje ta książka. Jestem pewna, że niektórzy nie wytrzymają, przejdą obojętnie czy podobnie jak ja, będą ważyć wszystko w sercu. I więcej słów nie potrzeba w tym momencie...

"Szklany klosz" S.Plath, Zysk i S-ka, 1995, M.Michałowska


Co z Gastby'm? Odpowiedź zbiorowa na pytania które kiedyś padły lub kiedyś padną.

Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał o nowej ekranizacji Wielkiego Gatsby'ego, to zapewne albo mieszka w malutkiej mieścince bez internetu i kina, albo jeżdżąc tramwajem, zaglądając na filmweba, do księgarni, na różne mniej i bardziej kulturalne strony, zamyka mocno oczy i mruczy sobie pod nosem "Nie chcę tego widzieć, nie będę patrzeć, nie będę...". Ów człowiek ma zadanie bardzo trudne, bo jak się okazało  za plakatem z zerkającym na nas Leonardo, poszły wznowienia, nowe okładki, nowe niusy wyszukiwane na temat Fitzgeralda (jakby i książek o Zeldzie nam się namnożyło?). Oczywiście pokazali się również nowi czytelnicy, którzy wcześniej osławionego Gatsby'ego mieli na liście typu kiedyś przeczytam, bo klasyka, jest na liście BBC, znane... W obliczu ataku przeszywającego spojrzenia Leonardo jak również przefarbowanej Carey (praktycznie nie do poznania z wysokości plakatu) trzeba było przejść na jedną ze stron i wybrać: nie czytam, a co za tym idzie, wypadam z połowy krzyków, rozmów i innych takich o Gatsby'm (niepewny grunt, szczególnie gdy ludzie patrzą na ciebie i oczekują, że ty im powiesz i pożyczysz jeszcze tę książkę) albo podjąć decyzję i przeczytać książkę, a następnie kłócić się o to co tam jest, a czego przypadkiem nie ma (co sprawia niewątpliwą przyjemność). W dodatku wydawcy oferują nam przeceny, piękne okładki. Większość zauważyła wszelkie korzyści i poszła czytać.

Czytajmy więc na zdrowie. 
Przeczytałam. Szybko, gładko i przyjemnie. Wrażenia konstrukcyjne kojarzące się z Capote. Na 200 stronach. Prosta acz kunsztowna robota (w końcu Fitzgerald poświęcił jej trzy lata).

Po stwierdzeniu oczywistości możemy porozmawiać, wszelkie intelektualne braki
zasłaniając za ładnym uśmiechem.
Chyba każdy czytelnik może podzielić swoje książki na dwie części: te, do których się wraca, z których wyciąga się więcej niż jest zawarte tylko w czarnych literkach, w których znajduje się siebie oraz takie powieści, które czyta się raz, które dobrze sprzedają się w kiosku i zazwyczaj nic poza jedną niewiele znaczącą historią za sobą nie niosą.

"Wielki Gatsby" to z pozoru książka o tym jak pieniądze szczęścia nie dają, to romans, dramat, trochę o mafii, jazzie i Nowym Jorku lat 20.  I jeśli skończymy na tym, dodając jedynie niewątpliwy urok i kunszt pisarski, spokojnie możemy tę książkę włożyć na półkę najniższą, gdzie trzymamy zazwyczaj obyczajówki. I tak tę książkę odebrałam. Prosta, choć ładnie napisana historia, banał straszny, bohaterowie zaliczają się do tych schematycznych i za nic w świecie nie przetłumaczycie, że to klasyka, więc kochać i polecać trzeba. Książki są przecież dla ludzi. Nie odwrotnie.

Więc co z Gatsby'm? Chyba wszystko załatwione. Jak się okazało, jednak nie.
Z Gatsbym mam problem. Chciałabym go w całkowicie subiektywnej opinii wepchnąć na tę najniższą półkę, z której nie wynosi się książek podczas pożaru. Jednak nie mogę. Chciałam napisać coś co wielkodusznie nazywacie recenzjami, a co jest jedynie nieumiejętnym spisaniem emocji. Jednak nie mogę. Chciałabym odradzić komuś tę książkę. Jednak nie mogę. Wielki Gatsby ma znamiona Wielkiej Literatury, wcale nie ukrywające się w napisach i pochwałach na okładkach. Tylko tam w środku, siedzą i się z ciebie diabolicznie śmieją, bo to nie z książką jest problem tym razem, tylko ze mną. A ty po prostu je czujesz. Istnieje jednak zagrożenie, że to nie znamiona Wielkiej Literatury, a dziwnego kiczu,  który odrzucę i za kilka lat.

Pewne jest aktualnie jedno. Nie dorosłam do tej książki. Albo ona mnie przerosła. Albo oczekiwania ją przerosły (najmniej prawdopodobne). W każdym razie, nie powiem wam, czy warto ją czytać, czy nie. I chociaż sama ją przeczytałam, rozmawiać o niej nie umiem. Bo nawet gdybym chciała z kimś zarzucić papierowość bohaterom (są papierowi) i skrytykować całą powieść, zaraz wyjedzie mi i będzie w głowie brzmiało pierwsze i ostatnie zdanie z książki. Dowód, że to musi być Wielka Literatura. Albo jej diaboliczna podróbka. Więc nawet o tę książkę nie pytajcie.

Nie umiem o niej nic powiedzieć.

"Wielki Gatsby" F.S.Fitzgerald, wyd.Znak, 2013, tł.J.Dehnel

PS. A żeby ułatwić mi zadanie nierozmawiania o tejże książce, mój internet odmówił współpracy. Dlatego na razie będę was co jakiś czas raczyła jedynie dawno napisanymi tekstami. I nadrabiała zaległości książkowe. A jutro życzę wszystkim przeżycia (a przynajmniej większości).

Czarny z kolorami ("Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn" D.Spoto)

Audrey Hepburn.
Lubię ją. Taka urocza chłopczyca, której w filmach zawsze dawali starszych facetów do końcowego pocałunku.

Audrey Hepburn.
Kobieta, której styl inspiruje do dziś. Kobieta, o której wspomina się na prawie każdym blogu o modzie. Kobieta, której mała czarna jest kultowa.

Audrey Hepburn.
Odtrącony dzieciak poszukujący miłości. Srogo potraktowany przez los. Z piętnem wojny odciśniętym na ramieniu. Z widmem porzucenia w ramce stojącej przy łóżku.

Gwiazdą Hollywood stała się przypadkiem. Ikona mody to dziwny splot pomyłek. Rolę nieszczęśliwej kobiety nałożył na nią Los.
Tak wiele twarzy, tak wiele odcieni życiorysu. Królują tu czernie i szarości w pewnych momentach przetykane czerwienią miłości, pomarańczem radości, czasem oślepiającą tęczowością życiowego szczęścia.
Opowieść o jej życiu powinna być snuta w taki właśnie sposób. Kolorami. Czarny, żółty, czarny.  Zaczął snuć Donald Spoto. Człowiek, przez którego chyba każda gwiazda chciałaby być opisana. Dokładnie, rzetelnie, bez zbędnego wścibstwa, wręcz rzeczowo. Tego zaszczytu doczekały się największe ikony kina - Marilyn Monroe, Grace Kelly, Laurence Oliver. Doczekała się go również Audrey.

"Oczarowanie" jest przykładem wzorcowej biografii, gdzie wszystko jest zebrane, starannie oczyszczone i wreszcie ułożone w czarno-białą układankę. Profesjonalnie nie zawsze jednak znaczy optymalnie. Wiadomo, ja, jak to kobieta, wcisnęłabym tam jeszcze trochę plotek, może więcej ozdobników, żeby się przyjemniej czytało.

Chociaż i bez tego trudno się nie zachwycić, trudno nie znaleźć mocnych stron tej książki. Trudno nie uśmiechnąć się przy kolejnych splotach okoliczności, przy spotkaniu z legendarną już Colette. Trudno nie zauważyć tego umiejętnie wypisanego portretu. Takiego akurat. Z czernią, szarością, ale i odrobiną koloru. Trudno nie odkryć kolejnych zadziwiających twarzy, wyglądających zza portretu małej, uśmiechniętej, trochę zadziornej księżniczki Anny, czy nieśmiertelnej Holly. Za tymi portretami czai się również śmierć, ból, strach, miłość, ciepło. Wszystko, czego w filmie nie zobaczy żaden fan talentu Audrey. Wreszcie - trudno nie zostać oczarowanym.

Dla wielbicieli Audrey - obowiązkowo.
Dla wielbicieli kina - obowiązkowo.
Dla wielbicieli biografii - obowiązkowo.
Dla wielbicieli przejmujących niebanalnych historii - obowiązkowo.

Więcej trudno powiedzieć nie wchodząc przypadkiem na ten zdradliwy i okropny obszar oceniania życia samej Audrey. Granica jest praktycznie niewidoczna.

"Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn" D.Spoto, wyd. Dolnośląskie, 2008, tł.A.Dwilewicz

              



A na koniec zaskoczona Audrey w jednym z najmilszych momentów jej kariery


Wasze ulubione filmy z Audrey?

Na nocnym stoliku, pisarsko.

Paul Auster
6 lutego. Pisarze nigdy nie powinni rozmawiać z dziennikarzami. Wywiad jest zdewaluowaną formą literacką, która niczemu nie służy oprócz tego, że upraszcza rzeczy, które nigdy nie powinny zostać uproszczone. Renzo to wie, a ponieważ jest człowiekiem działającym na podstawie tego, co wie, przez lata trzymał język za zębami, lecz na kolacji, którą zjedli godzinę temu, poinformował cię, że dużą część popołudnia spędził na mówieniu do dyktafonu, opowiadając na pytania zadane mu przez młodego pisarza tworzącego opowiadania, który ma zamiar opublikować jego wypowiedź, jak tylko zostanie zredagowana, i Renzo wyraził na to zgodę. Nadzwyczajne okoliczności, powiedział, gdy spytałeś go, dlaczego to zrobił.[...]Wywiad udzielony ze względu na Binga, czyli ze względu na ciebie, lecz z pewnymi ograniczeniami, które młody pisarz musiał zaakceptować, zanim Renzo zgodził się, by z nim rozmawiać. Żadnych pytań na temat życia prywatnego i pracy, żadnych pytań na temat polityki, jedyne dopuszczalne pytania mogą dotyczyć dzieł innych pisarzy, nieżyjących pisarzy, niedawno zmarłych pisarzy, których Renzo znał, niektórych dobrze, niektórych powierzchownie i tych, których ceni. Żadnych ataków, wyłącznie pochwały. Najpierw podał rozmówcy listę nazwisk i poinstruował go, aby wybrał kilka, pięć lub sześć, ponieważ lista była za długa i o wszystkich nie dałoby się opowiedzieć. William Gaddis, Joshep Heller, Gregore Plimpton, Leonard Michaels, John Gregory Dunne, Alain Robbe-Grillet, William Styron, Ryszard Kapuściński, Kurt Vonnegut, Grace Paley, Norman Mailer, Harold Pinter i zmarły w zeszłym tygodniu John Updike, całe pokolenie, które odeszło w okresie kilku lat. Ty także znałeś wielu z tych pisarzy, rozmawiałeś z nimi, otarłeś się o nich, podziwiałeś ich, i kiedy Renzo wymienił nazwiska, zdziwiłeś się, jak wiele ich jest, i ogromny smutek ogarnął was obu, kiedy wypiliście za ich pamięć.

"Sunset Park" P.Auster, wyd.Znak, 2012,Kraków, tł. M.Makuch, str.264-265 (fragment)

Teatr cieni ("Sunset Park" P.Auster)

Nie zniknęłam, żyję i czytam.
Po prostu, trafiła się książka inna. Taka, nad którą trzeba się pochylić, chwilkę zastanowić, wrócić niekiedy. Książka okropnie bestsellerowa i jednocześnie nawet tym szumem nie dotknięta.

"Sunset Parka" Austera, osobowy, bez charakteryzacji, scenariusza i scenografii. Żadnego wystroju w stylu retro, żadnych szminek, żadnych napuszonych strojów. Żadnego miejsca akcji, żadnych ulubionych ławeczek.

Są postacie.
Zagubiona artystka, rozpaczliwie szukająca siebie. Dziewczyna z wielkimi ambicjami i intelektem. Pisarz oschły i niespełniony. Przyjaciółka obserwująca ludzkie zachowania za pomocą filmów. Starszy pan, wydający książki. Wszyscy powiązani z jedną osobą.
Z nim. Pokutującym, piekielnie inteligentnym, bez ambicji, z poczuciem winy, z mroczną przeszłością, zakochanym i pełnym sprzeczności.

Na fabułę składają się ich historie. Ludzkie historie, historie wewnętrzne, czasem kryzysy, czasem chwile szczęścia, czasem poszukiwania. Jednak przede wszystkim, mamy tam jego historię. Historię Milesa, która w dziwny sposób łączy się ze wszystkimi innymi, przeplata i wpływa na nie.

Te historie są genialne.
Historie zagubionych ludzi, historie zwykłych ludzi. Dla mnie by wystarczyły. Jednak wspomnę, tak, jeśli chcecie doszukacie się tam Nowego Jorku, doszukacie się tam młodości, czasem nawet doszukacie się dobrego scenariusza, który wystarczyłby na całkiem porządną książkę. Bo postacie żyją w Nowym Jorku, w zapomnianym opuszczonym domu, w Sunset Park, bo postacie czasem pracują, czasem pchają akcję do przodu.

Poza tym, doszukacie się tam jeszcze słów, którymi autor bawi się z wprost zachwycającą umiejętnością. Umie ich używać, umie je przekładać i układać.

Po prostu, jak to powiedział Murakami Paul Auster jest absolutnym geniuszem.

"Sunset Park" P.Auster, wyd.Znak, 2012, tł.M.Makuch

Szalona Książka ("Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasty" J.Ford)

Pamiętacie Szalony Podwieczorek u Kapelusznika? Jako dziecko uwielbiałam czytać ten rozdział. Zakręcony, pomylony, jakby bez sensu.  W tym tkwił sekret jego sukcesu. Czytałam, linijka po linicje, wyobrażałam sobie trzy siostry, starałam się zrozumieć, nie rozumiałam, łapałam Kapelusznika i Susła za słówka. A raczej oni łapali. Alicję.
Gdy czytałam pierwsze opowiadania w najnowszej książce z okładką Uczty Wyobraźni wrażenie było podobne. Tylko struktura inna. Jakby zdania pełniejsze, dokładniejsze, bardziej szczegółowe. Jednak trzon ten sam - surrealistyczne rozmyślania i stwierdzenia, zawoalowane puenty, historie bez wyraźnego zakończenia.

Ale pomińmy porównania, szczególnie do takiego arcydzieła, któremu nikt już nie dorówna.

"Asystentka pisarza fantasty" to zbiór opowiadań. Jak to bywa z opowiadaniami, nie ma dziesięciu świetnych, idealnie dobranych. Słabsze przeplatają się z genialnymi. Do tych drugich  zaliczyć trzeba przede wszystkim cudowny "Jasny poranek" w którym Ford świetnie określa całą swoją twórczość:

"Jeśli coś odróżnia moje książki od dzieł innych pisarzy, to z pewnością fakt, że w komentarzach na tylnych stronach okładek oraz przed stroną tytułową nazwisko "Kafka" zawsze pojawia się co najmniej ośmiokrotnie. [...]Na pierwszy rzut oka kazdy pisarz powinien czuć się dumny, że jego dzieła porównuje się do książek jednego z najwybitniejszych dwudziestowiecznych autorów, jednak gdy przyjrzymy się dokładniej, zrozumiemy, że gdy we współczesnym świecie wydawniczym jakaś powieść nie pasuje do jasno określonego formatu, automatycznie zostaje określona jako "kafkowska". "* - mówi pisarz, bohater "Jasnego poranka".  A przez niego przebija się głos Forda.

Trudno uchwycić główną myśl opowiadań. Traktują o różnych rzeczach, zależy co się z nich wychwyci. Ja skupiałam się przede wszystkim na bohaterach. Byli tak różni... Zagubieni samotnicy, egocentrycy, zwykli obywatele z tajemnicami w środku. Niektórzy groteskowi, niektórzy odpychający.
Wszystko zaczynało się zwyczajnie. Planeta Ziemia, pisarz, aktor, nastolatek. Potem nagle ktoś przemieszcza się na drugą planetę, w to wpelcione są filmy tzw. old Hollywood, albo dziwne zachowania i głosy, albo przeróżni ludzie nie z tego świata. Potem jest koniec. Zazwyczaj w środku historii, film się urywa, ostatnia kropka, czasem aż rażąca w oczy, z powodu braku innego zakończenia. Czasami malutka, bo dwa ostatnie zdania, będące końcem końców, tak nas szokują.

Niestety, tuż obok świentych, są nieudane. Bez ciekawego tematu, czasem wręcz odstraszające (nie, te robaki czy co to tam było nie przypadło mi do gustu). Chociaż może one były nawet za bardzo kafkowskie, jak na mnie? Może i ja jestem za bardzo staroświecka?

Jednak to nie opowiadania są kwintesencją tej ksiązki. Dwanaście historii czytałam najdłużej, zastanawiałam się nad nimi i rozmyślałam, czasem nie wytrzymywałam. A potem przyszedłł on.
Piambo. I nietypowe zlecenie.

Może jednak opowiem wszystko od początku.
Zamknijcie oczy. XIX-wieczny Brooklyn. Malarz Piambo tworzy kolejne obrazy arystokracji, tuszując niedoskonałości, zacierając zmarszczki, dodając uroku. W pewnej chwili mówi stop. Wie, że tak nie może być. Marzy o tworzeniu dla sztuki, tworzeniu sztuki i życiu (jak ja się w tej chwili do niego mocno uśmiechałam smutnie, nawet nie wiecie! - taka marginesowa uwaga). W tym samym czasie dostaje nietypowe zlecenie: za nieobtyczną cenę musi namalować portret kobiety, nie widząc jej ani razu. Obraz ma powstać na podstawie opowieści.
Po niedługim czasie malarza całkowicie pochłania to zlecenie. W tym samym czasie miejsce mają inne dziwne zdarzenia. Kobiety płaczące krwią, z zakamarków wyłaniają się kolejne postacie...

Bohaterowie tej powieści urzekają. Przywiązałam się do nich, każdy był realistyczny, do polubienia. Jednak wszyscy mieli w sobie coś surrealistycznego, jakby nie z tego świata. Szczególnie Shenz, mój ulubiony. Troszkę skłonny do autodestrukcji? Może. W każdym razie chwytający za serce...

Jednak tutaj przede wszystkim żyje historia. Nierealna, klimatyczna, trochę straszna, po nocach się śniąca. Śmiejąca się z nas.
Lubię tę historię. Nie wiem, czy odważę się przeczytać jeszcze raz. Ale do fragmentów o Człowieku z Równika na pewno wrócę. I do opowieści o kryształologii.

Ta książka jest wariactwem. Nie mająca racji bytu powieść kafkowska. Jedocześnie piękna powieść kafkowska. Nie powiem, że wam polecam. Nie wszystkim się spodoba. Nawet wariaci dzielą się na różne podkategorie.
Ta jest dla wariatów. Nie wiem jakich. Nie wszystkich. Ale wariatów.

"Bo tylko wariaci są coś warci"**

*"Jasne poranek" J.Ford, str.248
**"Alicja w Krainie Czarów" reż.Tim Burton

"Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasty" J.Ford, wyd.MAG, 2013, str.524, tł.R.Waliś
Za książkę dziękuję wydawnictwu MAG
Tekst dedykowany piwnicznej Black

Książka, o której się nie pisze. ("Poniedziałkowe dzieci" P.Smith)

Przez wiele lat nie opuszczało mnie wrażenie, że urodziłem się za późno. Ciekawe czasy, niezwykłe jednostki – wszystko to, w moim odczuciu, należało do przeszłości i raz na zawsze się skończyło.*

Są jednak takie książki, które dają chociaż namiastkę tego dawnego świata. Są też filmy, pokazujące życie, które kiedyś odpłynęło i którego my już nie doświadczymy.

„Poniedziałkowe dzieci” to jedna z takich właśnie książek. Wehikuł czasu zabierający nas w podróż do krainy marzeń, do Nibylandii, do Nowego Jorku lat 60. Artyści wszechobecni, stworzeni by tworzyć. Nierozumiani przez świat, niechciani, z wiecznymi marzeniami, odrzucanymi pracami i wolnością.  Jednak to już znamy, tego jest tak dużo, to przebija się przez muzykę tamtych lat i chociaż o tym można czytać godzinami to to jest nam znane i czerpiąc garściami czekamy na coś, czego nie było, czego jeszcze nie znamy.

Byliśmy jak Jaś i Małgosia, ruszyliśmy w czarny las świata. Są tam pokusy, wiedźmy i demony, o których nam się nie śniło, ale też jest wspaniałomyślność, której nawet w najśmielszych porywach sobie nie wyobrażaliśmy. Nikt nie mógł przemówić w imieniu tych dwojga młodych ludzi, nikt nie mógł prawdziwie opowiedzieć o ich dniach i nocach razem. Mogliśmy to zrobić tylko Robert albo ja. To nasza historia, jak mówił. Odszedł, więc mnie przypadło to zadanie.**

„Poniedziałkowe dzieci” to jednak nie tylko Ameryka lat 60. To również, a raczej przede wszystkim historia Patti i Roberta. Dwójki młodych, zagubionych ludzi, którzy spotkali się przypadkiem po raz pierwszy w 1967 roku. Wspomnienia ułożone chronologicznie, śpiące migawki z przeróżnych okresów życia.

O takich książkach się nie pisze. Takie książki się czyta. Takich historii się nie opowiada, takie historie się poznaje i przeżywa. Ta jest szczególna.
Napisana wręcz poetyckim językiem, pełna zdarzeń z pogranicza jawy i snu, pełna poszukiwania własnego ja, przepełniona życiem artysty. Przepełniona życiem człowieka, który cały czas szuka, który chce wyrażać siebie, odnaleźć swoje prawdziwe ja. Przepełniona miłością dwójki ludzi naznaczonych Sztuką.Przepełniona przyjaźnią dwójki niezwykłych Artystów.

Tej sztuki, tej szczególności i magii nie chcę zgubić w tym tekście. O takich książkach się nie pisze. Takie książki się czyta. Takich historii się nie opowiada, takie historie się poznaje i przeżywa.

*"Madame" A.Libera, str 7
**"Poniedziałkowe dzieci" P.Smith, str.270 

"Poniedziałkowe dzieci" P.Smith, wyd.Czarne, 2012, str.295, tł. R.Sudół 

Cieszę się ("Gwiazd naszych wina"J.Green)

Cieszę się jak małe dziecko. Cieszę się, że „Gwiazd naszych wina” po prostu jest, że zdobyła takie uznanie w świecie (a co za tym idzie, coraz więcej osób się o niej dowiaduje), że każdy ma możliwość po nią sięgnąć.  Tak, to infantylne. Po lekturze takiej książki człowiek jednak nie może odczuwać niczego innego. No, jeszcze wzruszenie. Ale tutaj jestem z czytelniczego kamienia.

Szesnastoletnia Hazel choruje na raka i tylko dzięki cudownej terapii jej życie zostało przedłużone o kilka lat. Jednak nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, nie funkcjonuje jak inne dziewczyny w jej wieku, zmuszona do taszczenia ze sobą butli z tlenem i poddawania się ciężkim kuracjom. Nagły zwrot w jej życiu następuje, gdy na spotkaniu grupy wsparcia dla chorej młodzieży poznaje niezwykłego chłopaka. Augustus jest nie tylko wspaniały, ale również, co zaskakuje Hazel, bardzo nią zainteresowany.

Zacznijmy jednak od wyjaśnienia sobie pewnej rzeczy: to nie jest książka o raku. Rak jest skutkiem ubocznym tej książki, nie jest jej sensem. Nie jest to również dzieło ponadczasowe, jednak ważne dla pokolenia nastolatków.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu jestem zauroczona głównym bohaterem współczesnej  książki młodzieżowej. Nie wiem dlaczego wszyscy autorzy wyobrażają sobie typowych nastolatków jako pustych, plastikowych konsumentów? Dla mnie większość z nich (zapewne i ja sama…) to drzewa kompletnie zagubione w tym bałaganie. Niektóre rozpaczliwie szukają samych siebie, inne sensu tej drogi, którą każdy z nas musi pokonać, kolejne próbujące wypełnić niewytłumaczalną pustkę. Augustus jest pewny siebie, atrakcyjny (pomijając to, że nie ma jednej nogi) i plotący o rzeczach metafizycznych w tak nastolastowski sposób, że każdy od 14 do 19 roku życia poczuje się z nim w jakiś sposób związany.
Razem z Hazel ma jednak nad większością czytelników przewagę. Ma swoją chorobę, która zmusiła go do wcześniejszego dorośnięcia. Może nie w tak dosłowny sposób jak u Schmitta, jednak w o wiele bardziej naturalny,  przekonywujący. Jakby zza postaci wyłaniał się nam sam autor, który również kiedyś był nastolatkiem, a teraz patrzy na te wszystkie pytania z lub bez odpowiedzi z perspektywy czasu. Lubię pana za to, panie Green.

Sama historia ot taka, wiadomo było, że gdzieś ktoś musi umrzeć, że gdzieś trzeba będzie płakać.  Wiadomo również, że będzie o miłości, że nie aż tak schematycznie, bo w młodzieżówkach schematycznie być nie może. Ta część udana bardzo, dla bardziej płaczących do płakania.
Jednak mnie w tym momencie urzekła raczej empatia bijąca od całej książki. Dobre dialogi można spotkać często, przekazać wszystko w dobry, ciepły sposób – trudna sztuka.

Powiedziałam na samym początku, że to nie jest książka o raku. Jednak gdyby się uprzeć – owszem jest. Podobnie jak jest w tej książce i punkt kulminacyjny i jako taka, bardziej zaznaczona puenta.  Jednak zarówno rak jak i punkt kulminacyjny oraz puenta nie jest tutaj najważniejsza. Ważniejsze by wyłapać puenty ciche, przemijające i powtarzające się w kilku miejscach tej książki. Puenty wypowiedzi bohaterów a nie puentę  fabularną. Podobnie jest z rakiem. Bez niego nie byłoby tej książki, jednak jego skutki, skutki życia jako takiego są tu najważniejsze. Nie sama choroba.

Tak dużo jest jeszcze do odkrycia w tej książce, tak dużo radości z odkrywania. Jednak to już normalne, że dla każdego co innego do odkrycia czeka. Zafon miał rację z tym lustrem.  W każdym razie, cieszę się, że taka książka wreszcie jest.  

"Gwiazd naszych wina" J.Green, wyd.Bukowy Las, 2013, tł.M.Białoń-Chalecka

Książka miesiąca - luty

Przeciętny posiadacz bloga aktualnie dziwi się, że skończył się luty. Też ułożyłam wdzięczne ‘O’ z ust, zweryfikowałam plany z osiągnięciami (czego robić, jak się okazało, nie powinnam, bo wyszły one zastraszająco marnie) i powzięłam postanowienie: następnym razem będzie lepiej. Bardzo oryginalne? Bardzo być może, jednak kto by się tym przejmował na samym początku marca?

Okazało się jednak, że nim wkroczę w cudowną wiosnę, muszę choć po części rozliczyć się z przeszłością. Przynajmniej tą lutową.

Miały być teksty o Tolkienie. Nie było. Z mojej winy, z winy mojej szkoły i mojej nieśmiałości. To prawie jak z nie mojej winy.  W ramach częściowych przeprosin podrzucam link do arcyciekawych tekstów o Profesorze [tutaj].
Musi być Książka miesiąca. Książka miesiąca, najlepsza książka lutego, książka bardzo dobra – jest pewien problem z wyborem i jest i jeszcze jeden problem: z dziewięciu przeczytanych w poprzednim miesiącu, tylko jedna doczekała się opinii. Znaczy, zdanie wyrobiłam sobie o większości (tylko Marinina przeszła, poszła i nikt jej nie widział), zakodowałam sobie argumenty w głowie, zapisałam sobie wszystko w punktach na kartkach walających się po całym pokoju, na fejsbuku coś tam chyłkiem wspomniałam, jednak nikt chyba na blogu o tym nie słyszał.

A wybrać książkę trzeba. I jak tu budować nawet nijakie napięcie, jak tu chociaż część informacji zataić, jeśli podam Wam na tacy tytuł? Obowiązek to obowiązek, jak trzeba, to trzeba.

Nawet nie pro forma, a z wielkim bólem głowy, musiałam się zdecydować. Raz, dwa, trzy… Ufff… Jest, dobrze, niech będzie. Najlepszą  książką lutego są „Poniedziałkowe dzieci”. Dlaczego? No bo otóż to. Właśnie zaczyna się część, której nie powinnam ujawniać, jeszcze bardziej niż nie powinnam ujawniać tytułu. Wszystko będzie w tekście króciutkim na temat „Poniedziałkowych dzieci”. Wciągnięte w akapity, w podpunkty czy półsłówka. Będzie, ale nie teraz. Teraz musicie albo uwierzyć na słowo, albo poczekać, albo przeczytać sobie fragment. Można zrobić też wszystko na raz. Zdecydowanie najlepsza opcja.


"Nie stać nas było na wynajmowanie pokoju w hotelu i poddasza. Nie chciałam opuszczać Chelsea, zrywać związków z poetami i pisarzami, zostawiać Harry;ego i naszej łazienki w korytarzu. Dużo o tym rozmawialiśmy. Miałam zająć mniejszą przestrzeń od frontu, Robert większą w głębi. Zaoszczędzone pieniądze starczyłyby na pokrycie kosztu mediów. Zdawałam sobie sprawę, że tak będzie praktyczniej, że rysuję się ekscytująca perspektywa. Oboje zyskamy przestrzeń, żeby tworzyć, i jednocześnie będziemy razem. Ale było nam smutno, zwłaszcza mnie. Lubiłam życie w hotelu i przeczuwałam, że gdy się wyprowadzimy, wszystko się zmieni.
-Co się z nami stanie? - spytałam.
-Zawsze będziemy - odpowiedział.
Wciąż pamiętaliśmy o przyrzeczeniu złożonym sobie w taksówce w drodze z Allerton do Chelsea. Było jasne, że nie jesteśmy gotowi, aby iść przez życie osobno.
-Będę tuż obok - powiedział."
str.142, "Poniedziałkowe dzieci"

Weekend, który przeminął z wiatrem.

[To nie jest przemyślana notka. To jest próba uchwycenia emocji, jakie towarzyszyły mi podczas czytania tej pięknej książki. Jeśli ktoś jeszcze nie miał przyjemności, niech sobie oszczędzi, nie czyta tego tekstu, a od razu pędzi do biblioteki/księgarni po "Przeminęło z wiatrem". Tych, którzy mimo moich uwag, przeczytają ten tekst uprzedzam - można trafić na spoilery.]

Przeminęło z wiatrem zaczęłam czytać we wrześniu. Wręcz pochłonęłam pierwszy tom, wszelakie opisy (cudowne, napisane ze swadą i znajomością tematu), wszelakich bohaterów, których połykałam łapczywie, jak osoba spragniona dobrej literatury i wielu różnych charakterów, no i, co najważniejsze, pochłaniałam tamte czasy. Oddychałam powietrzem Tary, cudownej czerwonej ziemi, uśmiechałam się do Geralda, podziwiałam suknie panien, maniery i Ellen. Jednak niczym szmaragd lśniła ona - Scarlett.Wredna, zarozumiała, pewna siebie, egoistyczna. Chociaż nie... Może w pierwszym tomie (i połowie drugiego, swoją drogą) nie widać tak tego było. Nie jestem pewna. Aktualnie patrzę na nią całościowo. Jednak wróćmy do opowieści.
Otóż wsiąkałam w tamte klimaty. Z prowincji przeniosłam się do Atlanty, zaczęła się wojna, coraz bardziej podobał mi się Rett. No i miałam dość Ashleya. Skaranie boskie z nim, sierota jakich mało.A potem zdarzyło się to. Scarlett postanowiła wyjść za Franka Kennedy'ego. Mówcie sobie co chcecie, jednak do tego czasu broniłam tej zielonookiej istotki, widziałam w niej kilka moich cech i wszelkie, nawet najgorsze świństwa, wybaczałam bez mrugnięcia okiem. Jednak akurat wtedy (że zacytuję sama siebie) zastanawiałam się, dlaczego nikt Scarlett młotkiem nie zdzielił w głowę. I się na nią obraziłam. Miną cały miesiąc, skompletowałam cały stosik, który czeka na przeczytanie, a w nim tkwił, z zakładką w połowie, drugi tom Przeminęło z wiatrem. Więc zaczęłam czytać.
Miną miesiąc, jednak ja pamiętałam wszystko dokładnie, nic mi się nie mieszało, żadne wątki. Widać było, że książka przeniknęła mnie do szpiku, chociaż wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Tom się skończył nie wiadomo kiedy. Scarlett była bogatsza o nowe doświadczenia (nowego męża swoją drogą również) i nowe plotki. Pobiegłam do biblioteki po trzeci tom i wtedy właśnie zaczął się weekend. W ostatniej części nie zauważałam już tak bardzo wszystkiego, a jedynie tych dwoje, Scarlett i Retta. I miałam ochotę zatłuc albo jedno albo drugie (względnie ich oboje), widząc co robią. Miałam również coraz większy szacunek do Meli. Może była trochę zbyt wyidealizowana, jednak wiedziałam i cały czas wiem, że takie anioły też się zdarzają. Sama znam jednego. Gdy czytałam ostatnią część, przepłynęło przeze mnie wiele uczuć, od radości przez podziw do nienawiści i litości. A potem wszystko się skończyło, zostało tylko ostatnie zdanie (które sama jakże często stosuję!) i zostało coś jeszcze. Został smutek.Dziwne uczucie. Strasznie delikatne, ale mające większy wpływ niż złość czy nienawiść.

Byłam świadoma, że pani Mitchell dokonała czegoś wielkiego. Na tle wojny secesyjnej i innych przemian ukazała również ludzi jakże różnych, ludzi którzy się przeminęli, których czasy przeminęły.
Wiedziałam, że gdyby zakończenie było inne, nie zrobiłoby takiego wrażenia.Jednak miałam żal, wielki żal, że tak to się skończyło. Nie obchodziła mnie druga strona mojej duszy, tkwiąca w bezbrzeżnym podziwie dla autorki, która wykreowała tę dwójkę mistrzowsko i mistrzowsko pokazała różność ich charakterów a jednocześnie takie podobieństwo. Chciałabym, by wszystko skończyło się inaczej. Była 2 w nocy. Już sobota. Jakieś pięć godzin później przeczytałam sobie ważniejsze fragmenty, by je przetrawić jeszcze raz, ucieszyłam się ze śniegu, który zawsze sprowadzał na mnie spokój i poszłam do biblioteki. Wiedziałam co chcę... Chciałam Scarlett, kontynuację napisaną przez inną autorkę.

Wybrałam się do biblioteki, jednak gdy zobaczyłam jakieś 700 stron (na oko), odechciało mi się. Miałam brnąć przez tak wiele rozdziałów, tylko po to by otrzymać wymarzone zakończenie? Nie czułam się na siłach. Zrezygnowałam.

Jednak wieczorem zatęskniłam. Było mi... smutno. Pamiętając Śniadanie u Tiffany'ego i to, jak film różni się od książki, postanowiłam przekonać się czy i tym razem nie będzie podobnie. Poza tym, uśmiech Clark'a...Najpierw byłam oczarowana. Przedstawienie Tary, całej Gregorii - świetne. Zaraz potem się uśmiechnęłam. Scarlett była popsuta. Pierwsze skojarzenie: ten reżyser to jakiś męski szowinista! Aktorce nic nie mam zamiaru ujmować, jednak to, jak rolę zielonookiej ślicznotki wyobraził sobie pan Victor Fleming było jednocześnie denerwujące i pocieszające (bal w Atlancie, gdy "biedna" Scarlett w żałobie po Karolku nie mogła tańczyć - dawno się tak nie uśmiałam). Vivien była komiczna, co zdecydowanie podnosiło na duchu.
Niestety, potem jakoś Scarlett zaczęła się psuć - nie była śmieszna, była egoistyczna i wręcz okropna! A Rett? Matko, z aroganta zrobiono miejscami wręcz lalusia. Pierwsza książkowa scena zazdrości - urodziny Ashleya. Tutaj nasz bohater prawie cały czas był pokrzywdzony, zazdrosny i mówił Scarlett, że ją kocha. Ona musiałaby być ślepa, że tego zauważała. A jak wiemy, nie była.
No i jeszcze Mela - kochana moja okazała się:
  • pucią jakich mało. Nie wiem, dlaczego właśnie tę aktorkę obsadzili w roli żony Ashleya. Strasznie psuła moje wyobrażenia.
  •  zachowywała się tak, jakby wiedziała, że Ashley i Scarlett się kochają, ale starała się tego nie zauważać. Paradne! No i akurat ją miałam ochotę w tym filmie udusić.

Po tych drobiazgowych zastrzeżeniach spokojnie mogę stwierdzić, że film mi się spodobał. Gdybym nie znała książki, zapewne bym go wręcz uwielbiała. Rett stałby się tym, do którego się uśmiecham, a Scarlett wredną paskudą. Jednak stało się jak się stało i nie żałuję. Postacie wykreowane przez Mitchell były bardziej wielowarstwowe.

Jednak film też zakończył się smutno (chociaż tym razem smutno mi nie było, cieszyłam się raczej, że Rett uwolnił się od paskudy). Godzina 23, co było robić, przełamałam się i ściągnęłam e-booka. Tylko po to, by wreszcie przeczytać szczęśliwe zakończenie. Zaczęłam czytać, wciągnęło, jednak już nie aż tak, jak Przeminęło... W pewnej chwili po prostu stwierdziłam, że jestem śpiąca.Jednak następnego dnia znów zaczęłam. Wróciłam do Scarlett, do Retta, do nowo poznanej mamy.

Nie wytrzymałam, upewniłam się, że ostatnie strony to pogodzenie Retta i Scarlett. Kończyło się szczęśliwie. Uff.

Czytałam dalej. Wizyty, bale. Jednak to już nie było to. Nie to pióro, nie ten klimat. I co najważniejsze: nie ci bohaterowie. Rett był okropny. O ile po lekturze książki Mitchell uwielbiałam go, to teraz najchętniej bym mu coś zrobiła. A Scarlett... Przepraszam, pani Alexandro, jednak płakać mi się chciało. Nie wiem, ale ja odebrałam główną bohaterkę Przeminęło z wiatrem jak osobę, która nie będzie się poddawała i kłaniała, latając za przemądrzałym Rettem. A tutaj proszę! Suprise. Za to Rosemary zdobyła moją sympatię. Tylko ona. I cóż. Poległam. Doszłam do 274 strony  i poddałam się. Miałam dość. Kiedyś skończę tę książkę, jednak nie w najbliższym czasie.

Po naciśnięciu na zdjęcie przeniesiecie się na stronę książki.

Stowarzyszenie idealne dla Książkoholika

Chyba większość moli książkowych ma jedno, podstawowe (i czasami uciążliwe dla otoczenia) zboczenie – kocha plotkować, gadać o książkach. O ile po jakimś czasie nudzą nam się wszystkiego typu rozmowy o modzie, sporcie, najnowszych wydarzeniach ze świata (oczywiście nie wszystkim) to o najnowszych powieściach, uznanych klasykach, znanych autorach i dlaczego ludzie tak wielbią ostatnio Trylogię Czasu (oj, do fenomenu daleko jej, daleko…) można mówić, mówić, mówić…


Co prawda, media udanie narzekają na czytelnictwo w Polsce, jednak nie dajmy się zwieść pozorom. Sama, mimo wrodzonej nieśmiałości, bardzo często spotykam ludzi, którzy książki lubią. Zazwyczaj w małych księgarenkach, bardzo często zaczyna się od zagadnienia na linii sprzedawca-ja, potem jakaś osóbka dodaje swoje trzy grosze.  Jednak czasem o to jest ciężko. Wtedy zostaje się uciec do książki. A autorzy bardzo lubią przemycać tytuły, a niektórzy lubią o nich pisać wciskając swoim bohaterom ciekawe pozycje…

Dzisiaj będzie o takiej książce. Książce o której mogłabym mówić i mówić. Książce, której bohaterowie tak bardzo wdarli się do mojego serca. Książce o książkach.  Książce w której pewna pani odkryła siostry Bronte, w której pewien pan czytał Charlesa Lamba, gdy wokół trwała wojenna zawierucha. Książce, w której można znaleźć ciepło i uśmiech, mimo szarego nieba.

Jest rok 1946. Juliet, młoda pisarka, objeżdża zniszczoną Anglię, promując swą książkę i szukając tematu do następnej. Przypadkiem dowiaduje się o małej wyspie, na której istnieje dziwne Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Powołali je podczas wojny rolnicy i gospodynie, by uratować kilka osób przed aresztowaniem. Ale jak się ma literatura do placka z obierek? Zaciekawiona Juliet odwiedza wyspę, co zupełnie zmienia jej życie...

Sam czas akcji może wręcz wywołać dreszcze. 1946? Rok po wojnie, gdy ludzie świeżo w pamięci mają krzyk, płacz, biedę, zgliszcza… Wtedy właśnie. I wtedy też odnalazły się bratnie dusze. A ponad pół wieku później ja ich odnalazłam. I zaraz poczułam, że czegoś takiego mi brakowało. Mam wiele książek o wojnie. Jest o obozach, o zesłaniach, w większości literatura faktu. A tym razem wojna była wpleciona w powieść. Przekaz nie tracił przez to na naturalności, nie starano się zmienić biegu historii. Raczej opisano ją ze znawstwem i  uczuciem jednocześnie.

Czym byłaby jednak powieść bez ulubionych bohaterów? Biorąc książkę do ręki chcemy się z nimi przecież zaprzyjaźnić. A przyjaciela musimy przecież poznać i co najważniejsze – znaleźć z nim wspólny język. W „Stowarzyszeniu Miłośników…” znalazłam właśnie takie osoby. Do polubienia, chociaż zaopatrzone w różne dziwactwa i naszpikowane przeróżnymi cechami charakteru. Jednocześnie posiadające to, co najważniejsze: empatię, czasem pozytywne zakręcenie i poczucie humoru. Czasem  melancholijne, czasem porywcze, jednak zawsze z uśmiechem, chociaż los nie szczędził im cierpienia. Przeżycie okupacji to trauma, którą zapamiętuje się do końca życia i o ile główna bohaterka,  mieszkająca w Anglii tak jej nie odczuła, to osoby z Wysp Normandzkich i owszem.  Szczególną sympatię poczułam do tego nieśmiałego Dawseya. Jejku, przy mojej paplaninie był całkowitym przeciwieństwem, dlatego czytając jego listy uspokajałam się, uśmiechałam, może nawet pokorniałam?...

A, listy! Bo nawet nie wspomniałam. Książka pisana jest w formie listów. Każdy z prawie każdym, w obie strony, prócz tego pana z pięknym uśmiechem (on jakieś telegramo-liściki przesyłał). Czy to dobrze? Nie wiem, ale ja odebrałam to pozytywnie. Nie dość, że coś innego, dawno nie widzianego, to jeszcze świetnie oddawało klimat tamtej epoki. Może w tym czasie nasz ostatnio wspominany Lewis też pisał do Przyjaciela? A może Tolkien siadł ze swoją fajeczką i też bazgrał do kogoś? Można pomarzyć…

Tak mi było tam dobrze, tak przyjemnie i ciepło, że  aż nie chciałam  opuszczać tych miejsc. I cieszę się, że w literaturze jeszcze takie miejsca są. I, że ja mogę tam jeszcze wrócić. I pobawić się z Kid, i odpocząć. Dobrze, że istnieje „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”.

A na koniec jeden z trafnych cytatów tej książki: „Właśnie to uwielbiam w czytaniu - w każdej książce odkrywam jakiś drobiazg, który skłania do przeczytania następnej pozycji, a tam znów jest coś, co prowadzi do kolejnej. I tak w postępie geometrycznym - bez końca i żadnej innej motywacji prócz czystej przyjemności.”


"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek", M.A.Shaffer, A.Barrows, Świat Książki, 2010, tł.J.Puchalska