Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Musierowicz Małgorzata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Musierowicz Małgorzata. Pokaż wszystkie posty

Co czytali Borejkowie?

Uwielbiam ludzi czytających w książkach! Tacy bohaterowie zaraz wydają się sympatyczniejsi, bardziej interesujący, warci uwagi. Od razu też chciałoby się im zajrzeć przez ramię, zobaczyć co dokładnie ich zachwyciło, sprawiło, że się śmieją, co ich inspiruje.
Nie kochałabym aż tak bardzo Alaski, gdyby nie jej Vonnegut i Biblioteka Życia. Juliet, Emma, one nigdy by nie miały takie uroku, gdyby nie zajmowały się pisaniem. 
Jednak gdy myślę o książkach w książkach zawsze na pierwszym miejscy są Borejkowie. To ich dom był wypełniony książkami, to oni czytali na każdej stronie, książki pożyczali, kupowali i prezentowali. 


Czytałam Jeżycjadę wiele razy i to właśnie jej lektura sprawiła, że potem zaczęłam szukać książek, które czytają moi ulubieni bohaterowie. Czasem te tytuły notowałam, czasem tylko zapamiętywałam. Jednak przyszedł czas, by wszystko zebrać w jednym miejscu.

Czytelniczki i Czytelnicy, inspirująca lista książek czytanych przez bohaterów Jeżycjady:

  1. "Ziele na kraterze" M.Wańkowicz
  2. "Odcięta ręka" B. Cendrars
  3. "Dzień tryfidów" J.Wyndham
  4. "Królowa Margot" A.Dumas
  5. "Feynmana wykłady z fizyki"
  6. "Polski młyn" Tischner
  7. "Minuta mądrości" A.de Mello
  8. "Kobiety w czasach katedr" R.Pernoud
  9. "Krystyna, córka Lavransa" S.Undset
  10. "Kubuś Fatalista i jego pan" D.Diderot
  11. "Hamlet" W.Szekspir
  12. "Sen nocy letniej" W.Szekspir
  13. "Fizjognomika" Arystoteles
  14. "Pożegnanie z Afryką" K.Blixen
  15. "Słoneczko" M. Buyno-Arctowa
  16. "Alicja w Krainie Czarów" L.Carroll
  17. "Pies Baskervillów" A.Conan-Doyle
  18. "Makbet" W.Szekspir
  19. "Nasza pani radosna" W.Zambrzycki
  20. "Witajcie w małpiarni" K.Vonnegut
  21. "Małe kobietki" L.M. Alcott
  22. "Emma" J.Austen
  23. "Robin Hood" (ale który? Chyba Wesołe przygody, chociaż pewna nie jestem)
  24. "Dziwne losy Jane Eyre"C.Bronte
  25. "Emilka" L. M. Montgomery
  26. "Rozmyślania" M.Aureliusz
  27. "Gorączka romantyczna" M.Janion (chyba najbardziej interesująca, w końcu Nutria określała ją jako ukochaną lekturą podróżną, a ja jej jeszcze nie czytałam!)
  28. "Miasteczko Middlemarch" G.Eliott
  29. "Wichrowe Wzgórza" E.Bronte
  30. "Krótka historia teatru polskiego" Z.Raszewski
  31. "Mitologia" J.Parandowski
  32. "Myśli" Seneka
  33. "Utwory zebrane" K.Wierzyński
  34. "Róża wiatrów" K.Wierzyński
  35. "Lekcje literatury" S.Falkowski
  36. "O krasnoludkach i sierotce Marysi" M.Konopnicka


Oczywiście, ta lista to taki skrót, przeszukałam jedynie Szóstą klepkę i zaczęłam Pulpecję, jednak taki reaserch zajmuje strasznie dużo czasu, bo nim się człowiek obejrzy, czyta powieść od początku. Dlatego zdecydowałam się jedynie zaufać własnej pamięci oraz notatkom czynionym w zeszycie kilka lat temu. I tak powstała lista. Słowem, gdyby ktoś jeszcze pamiętał o jakiejś książce czytanej przez Borejków, tudzież ich krewnych i znajomych, czekam na podpowiedzi.


A jacy są wasi ulubieni bohaterowie czytający książki?

PS. grafiki pochodzą ze strony oficjalnej Małgorzaty Musierowicz

Styczniowa impresja



Króciutka, przez niedostępność wręcz owiana legendą.
A sama w sobie: po prostu przelotny portret osób kochanych, słówko o pracy nad książkami i własnej młodości. 
Nie Jeżycjada, nie wielkie tomiszcze, pełne skrywanych sekretów.
Po prostu, uśmiech na zaledwie 150 stronach. Uśmiech, który w pewien sposób dodaje sił.

Zimowe wieczory książkowe.


Jak ja lubię czytać książki! I jak ja lubię czytać o książkach!

Ostatnio towarzyszy mi ukochana pani Małgosia Musierowicz, której kolejne tomy "Frywolitek", jak to się potocznie mówi, odświeżam sobie. Albo raczej poznaję jeszcze raz i zachwycam się, jak to ludzie o mądrych i ładnych książkach mądrze i ładnie piszą. A w dodatku, jak to się przyjemnie czyta!
Słońce zachodzi, przez okno wpadają ostatnie promienie, a ja z kubkiem gorącej herbaty zabarwionej miodem, świeczkami zapachowymi i lampkami, kocem na kolanach czytam. I notuję przy okazji kolejne tytuły: książki pani Małgosi Baranowskiej (jak wspaniale zapowiada się nieznana mi dotąd "Prywatna historia poezji"!), "Klub Dumas" (czyżbym ja o niej już gdzieś nie słyszała?...),"Weryfikacja czarodzieja" profesora Raszewskiego, "Księgę potraw Jane Austen".

Lubię czytać o książkach. A potem czytać owe książki. Ot tak, tworzyć sobie listy książek wartych przeczytania. Szczególnie, że dziś zaczynają się ferie i całodobowy sezon na marzenia można uznać za otwarty.

A na stoliku czekają już najpiękniejsze tytuły. Czytam powoli, ciesząc się nimi, tak by najwięcej zostało wewnątrz.

Strasznie głośno, niesamowicie blisko czasem smuci, czasem cieszy czy zachwyca. I nie żałuję, że po raz drugi kupiłam sobie tę książkę.
Do Jane Eyre wracam. Chociaż za oknem nie ma zawiei, to jest najlepszy okres na takie powroty. One wydają się być wpisane w ten okres.
Auto da fe to przypadek. Zaczynający się tak, jak powinien. Zobaczymy, co czeka za rogiem.
Po zmierzchu skończę, jak tylko wrócę do Złego Ludzia. U niego najlepiej czyta się takie melancholijne książki przerywane absurdalnymi rozmowami.
Kwatera Bożych Pomyleńców to taka perełka, którą sobie podczytuję, czasem nie mogąc przestać. Perełkowa perełka na zimę.

Małe plany na nowy rok, do nowego kalendarza, zapisane we wskazówkach nowego zegara cicho tykającego. Dwóch portretów Inspiratorów brakuje. Pamiętam, myślę o tym. Ale nie dziś. Dziś cieszę się tymi tytułami.

Dobranoc! 

Książka wszystkich kolorów ("Dziecko piątku" M.Musierowicz)

Obrazek oczywiście nieadekwatny, jednak zdecydowanie
jeden z ulubionych z całej serii
Jeżycjada jest niewątpliwie jedną z bardziej popularnych serii młodzieżowych w Polsce i zawsze rozmowom o niej towarzyszy krępujące, powodujące zmieszanie pytanie:Jaka jest twoja ulubiona część?

Bo co taki czytelnik może odpowiedzieć? Borejków poznawało się stopniowo, każda historia łączyła się z kolejną, a wszystkie zebrane razem tworzyły dziwny, wypełniony ciepłem i humorem obraz. Gdy ktoś miał niewątpliwą przyjemność zagłębiać się w kolejne tomy stopniowo, zaczynając w wieku młodzieńczym, musiał zauważyć, jak zmieniały się upodobania, jak tasowała się kolejność, jak w pewnej chwili Aniela z najbardziej irytującej postaci robi się jedną z ulubionych, jak przyjemny "Kwiat kalafiora" zostaje zepchnięty przez niepozorną "Szóstą klepkę" z wydawać by się mogło niepodważalnego pierwszego miejsca.

Co zrobić. Młodzieńcze, nieociosane życie.

Jednak ostatnio, w czasie przesytu literaturą, gdy umiem jedynie skołowana wybierać kolejne książki i nie mam siły zacząć ich czytać, z wahaniem, wyrzutami i uśmiechem, odpowiedziałabym - "Dziecko piątku".
Powieści ulubione mają niewątpliwie jedną, koronną zaletę - można je czytać kilkanaście razy, wracać jedynie do fragmentów, a i tak za każdym razem historia wydaje nam się całkowicie inna poprzednio.
Gdy po przerwie otworzyłam "Dziecko piątku",  zaskoczyło mnie. Jak zwykle. Smutne, melancholijne, miejscami ściskające za gardło. Pamiętałam z poprzednich wizyt uśmiechniętą Aurelię pośród malin, dzisiejsza wyłania mi się pośród nieprzespanych nocy i rozmów z automatu. Pamiętałam trudne relacje z ojcem, nie pamiętałam aż takiego napięcia, intensywnego, a jednocześnie spokojnego jeśli chodzi o relacje z matką. Zauważyłam wreszcie pana Jankowiaka od tej innej, samotnej, listopadowej strony.

I w jednej chwili w kolorowej części pojawiło się tak wiele melancholijnych przebłysków. Oczywiście, dla nieznających, tom utrzymał poziom humoru, było miło, były dwie trzpiotki, warstwa wierzchnia powieści, pierwsza, jaka rzuca nam się w oczy. Jednak, gdy dochodzimy do momentu, gdy pewne wyrażenia, cytaty, zdarzenia mamy zakodowane w podświadomości, z łatwością umiemy powtarzać je z pamięci, w książce znajdujemy więcej. I wszystko idealnie do nas pasuje.

Nad walorami literackimi, nad bystrym okiem, nad ciepłem, językiem i wartością uczuciową rozwodzili się już wszyscy, w obydwie strony idąc i szukając niuansów niewidocznych dla czytelnika. Więc dziś nie będzie. Powiem tylko, dziękuję, pani Małgosiu. Za cudowne, wielokolorowe części. Czasem lepsze, czasem gorsze (albo po prostu jeszcze nie zrozumiane?). No i za kunsztownie utkane z łez i malin "Dziecko piątku".

źródło obrazka

"Dziecko piątku", M.Musierowicz, 1993

Mikołajki po poznańsku.

    O szóstej rano u Kowalików wszyscy jeszcze spali. Za oknem było zupełnie ciemno. W ciszy rozległ się tylko stukot i gwizd pociągu przejeżdżającego pod mostem Teatralnym.
    Romcia otworzyła oczy i od razu oprzytomniała. W słabym rozproszonym świetle, bijącym z ulicznej jarzeniówki, widać było Tomcia, który leżał na wznak, rozwalony jak furman; jego kołderka znajdowała się na podłodze, a poduszka pod piętami. Rodzice stłoczeni na swym tapczanie za regałem, wyglądali z daleka jak duży i obszerny wieloryb, przykryty jedną kołdrą.
    Romcia usiadła na łóżeczku i pomyślała, że chce się jej pić. Potem ziewnęła i nagle zelektryzowało ją przypomnienie, że dziś w nocy miał przyjść Mikołaj... Wyskoczyła z pościeli i rzuciła się od ustawionych rzędem bucików. Przyszedł! Przyszedł! W pierwszym buciku wymacała ziemniaka. No, tak, poczciwy starzec zawsze zostawiał kilka ziemniaków, rodzice twierdzili, że to kara za niegrzeczność, ale Romcia miała swoje zdanie na ten temat: Mikołaj po prostu zapewniał dzieciom podstawowe produkty spożywcze. Romcia nie zdziwiłaby się, gdyby w którymś pantofelku znalazła kotlet schabowy lub pół kostki masła. Następne buciki zawierały już szeleszczące paczuszki z cukierkami, a w kaloszu był nawet batonik. Romcia łakomie wpakowała go sobie w usta i pociągnęła brata za zimną nogę.
    -Ty, wstawaj! Mikołaj był! - wybełkotała.
    Tomcio poderwał się nerwowo, zapalił nocną lampkę i trąc oczy, runął ku bucikom.
    -Dostałem długopis!!! - zaskowyczał, pstrykając przyciskiem kosztownego trójkolorowego przyrządu. - O, balon, Roma, zobacz, balon! - poczęli dmuchać w wiotki balonik, napełniając go przy okazji okruchami ciasteczek i papką czekoladową.
    Za regałem obudzili się rodzice. Otulając się kołdrą i wstrzymując oddech, wychylili się z łóżka tak silnie, że dojrzeli uroczą, ciepłą scenkę w kąciku swoich dzieci: okropnie podekscytowane Mamerciątka siedziały w piżamach na podłodze, rozrzuciwszy wokół różnokolorowe bibułki i papierki, opychały się słodyczami i bawiły wszystkimi zabawkami, jakie znalazły w butach.
    Romcię zainteresowało właśnie, jakim sposobem Mikołaj dostaje się do pokoju.
    -Przecież drzwi w hallu zamyka się na noc - zauważyła trzeźwo.
    -On wlatuje przez okno - rzekł z przekonaniem pierwszoklasista Tomcio.  - Przez lufcik. On jest malutki i wesoły. Wlatuje i wkłada. Potem całuje nas w czółko i chodu. Ciekawe, czy  był u Kłamczuchy.
    -On dorosłym nie daje - z pewnym triumfem w głosie skonstatowała Romcia.
    -Nie daje.
    -Mamusi mógłby dać.
    -Tatusiowi też by mógł.
     -No. A nie dał?
    -Chodź, zobaczymy.
    Mamertowie padli jednocześnie na wznak i zamknęli oczy, pozorując głęboki sen. Dwie małe figurki przyczołgały się cichutko do tapczanu. Dało się słyszeć macanie po podłodze i szuranie Mamertowych pantofli.
     -Tata nic nie dostał - szeptał Tomcio.
    Romcia penetrowała pantofle Tosi.
    -Tu też nic nie ma - szepnęła.
    -Ćśś! Bo się obudzą! - Popełzali do kącika, gdzie odbyli naradę, w ich przekonaniu cichą i tajemniczą.
     -Będzie im smutno, jak się obudzą - szepnął Tomcio.
    -Biedni - wtórowała mu siostrzyczka.
    -Ja im coś dam. Może długopis? - rzekł Tomcio z poświęceniem, które doprowadziło ofiarodawczynię długopisu do łez wzruszenia. Tosia bowiem dobrze wiedziała, jak bardzo jej syn marzył o tym fantastycznym instrumencie, zwłaszcza że pół klasy IB miało podobne cudeńka w swoich piórnikach.
    -Długopisy to oni mają. Wszystko mają - powiedziała Romcia. - A cukierków nie jedzą.
    -A jednak czegoś nie mają. Wiesz, czego nie mają?
    -Pieniędzy - trafiła Romcia w dziesiątkę.
    -Właśnie. Damy im trochę.
    -Ze skarbonki?
    -No.
    Otworzyli kluczykiem swoje skarbonki i wysypali brzęczący łup na podłogę. Rodzice musieliby byc głusi i pozbawieni systemu nerwowego, gdyby się mieli w tej sytuacji nie obudzić. A jednak leżeli jak martwi, bojąc się poruszyć choćby powieką, by nie utracić ani słowa z interesującego ich dialogu.
    -To za mało - mruknął Tomcio.
    -Ja już nie mam pieniążków.
    -Ani ja.
    -Weźmy z kuchni, z szuflady. Tam są takie papierowe.
    -Dobra. Nałożymy im pełne buty. Ale się ucieszą!
    -No! Biedni...
    Nawet przez zamknięte powieki Mamertowie odczuli ciepło dziecięcych spojrzeń. Leżeli udając głęboki sen, a Tomcio i Romcia stali nad nimi, podpatrując z rozczuleniem na uśpionych rodzicieli.
    -Tata już jest stary - szepnęła Romcia.
    -Mama też - wzruszył się Tomcio.
    -Pewnie niedługo umrą. W ogóle wszyscy umrą - podzieliła się Romcia z bratem niedawno nabytą mądrością. jej głos był pogodny i rzeczowy.
    -Będzie mi smutno, jak umrą. Nigdy ich nie zapomnę - obiecał Tomcio i jednym ciągiem dodał: - Próbowałaś tych landrynek?
    -Kwaśne. Ty, a co będzie, jak wszyscy umrą? Nie będzie wcale ludzi?
    -Głupia. Nowi się urodzą. Wiesz jak.
    -Wiem. Dziadziuś niedługo będzie miał dziecko. Ma taki duży brzuch.
    -Oj, Roma, jakaś ty dziecinna.
    -Urodzi takiego malutkiego dziadziusia, hihi. W okularkach.
    -Uch. Chodź do kuchni, wariatko.
    Po małej chwilce plaskanie bosych stópek oddaliło się i rozbrzmiało w kuchni.
    -Ile masz w tej szufladzie, nieboszczko? - szepnął Mamert do żony kątem ust, nie otwierając oczu ani nie zmieniając pozycji.
    -Dwie setki. Cicho, idą!
    Szuranie w okolicy pantofli.
    -Każdemu po jednym, każdemu po jednym - naganiał Tomcio. - I teraz trochę tych drobnych.
    -Mało tego - stwierdziła Romcia.
    -Może byśmy wzięli więcej od ciotki Lili? Ona trzyma pieniążki w szafie, pod prześcieradłami.
    Mamert jęknął mimo woli i udał,że stało się to we śnie. Spłoszone tym odgłosem dzieci pognały do łóżeczek.
    -Teraz zgaśmy światło i udawajmy, że śpimy - pouczył Romcię brat. - Jak się obudzą, to powinni pomyśleć, że był Mikołaj.
    -No, to gaś. A kiedy oni wstaną?
    -Niedługo. tata idzie do pracy.
    Pstryknięcie.
    Światło zgasło.
    -Tata dużo krzyczy, ale jest kochany - oznajmiła Romcia w ciemnościach i zapadła cisza.
    Upłynęło pięć minut.
    -Śpią i śpią - mruknął Tomcio ze zniecierpliwieniem.
    -Ja ich zawołam.
    -Spokój smarkulo - rzekł Tomcio i z premedytacją rąbną sabotem w poręcz łóżka.
    -Cóż to, ach, cóż to?! - wykrzyknęła Tosia scenicznym sopranem. - Słyszę jakiś hałas!
    -To pewnie z ulicy - włączył się Mamert. - Cicho, bo obudzisz nasze kochane dzieci.
    -Ciekawe - powiedziała Tosia. - Czy był u nich Święty Mikołaj?
    -Na pewno. Były przecież grzeczne... w miarę. Szkoda, że do nas nie przyszedł.
    -O, tak, to smutne.
    -Zapal lampkę - rzekł Mamert z namaszczeniem. - Nie mogę znaleźć pantofli.
    Zza szafy dobiegło stłumione stęknięcie, jakby ktoś komuś siłą wtłaczał w gardło wybuch radości. Tosia też musiała stłumić chichot, przeciskając usta ręką. Zapaliła światło.
    -Ciekawe - przemówiła. - Moich też nie widać.
    -O, tu są! - krzyknął Mamert. - Żono, spójrz! Był u mnie!
    -U mnie też! - zawtórowała mu Tosia. - A co ci przyniósł?
    Szamotanina i łomot za szafą.
    -Pieniążki! Pieniążki! - rozległ się przenikliwy głosik Romci, która, niestety, nie wytrzymała ciśnienia tajemnicy.

"Kłamczucha" M.Musierowicz, wyd. Akapit press, 1993

Już nie subiektywnie, a całkowicie sentymentalnie... ("McDusia" M.Musierowicz)


 Są pisarze i pisarze. Jedni to dla nas nowość – sięgamy po ich książki, by sprawdzić, czy nas zaczarują, czy znajdziemy w nich coś dla siebie. Inni to nasi można by rzec starzy znajomi, po których dzieła biegniemy na złamanie karku tuż po premierze, których polecamy wszystkim i wszędzie, do których wracamy na okrągło i w dodatku nigdy nam to się nie nudzi.

Od długiego czasu tym drugim typem pisarza jest dla mnie Małgorzata Musierowicz. Zaczęło się od zbieranego (jeszcze przez Mamę) w odcinkach Opium w rosole. Potem było wszystkie 18 tomów i wreszcie nadeszła ona, McDusia.

Czekałam długo, doczekałam się i powiem jedno: nie żałuję. Może jestem ślepa (czy zaślepiona), może jakaś niedzisiejsza i nienormalna, bo chociaż zapewne wiele tej książce da się zarzucić, to ja jestem z tych, którzy złego słowa na nią nie powiedzą.

Dlaczego? Otóż, jak już wyczekałam się te cztery lata i po raz kolejny dostałam porcję ciepła, spokoju, zapachu książek i cytatów  z wierszy, to narzekać nie będę.Co więcej, McDusię  polubiłam. Polubiłam za wszelkie Kopce Mrówek, za Laurę i Adama, za nowe oblicze Ignasia, za niezawodnego Józefa, za prezenty profesora Dmuchawca, migawki wielu znanych mi od tak dawna twarzy, Bernarda i jego zielone dzieła, nawet za tę typową dla XXI wieku Magdusię.

I dziękuję za tę książkę Autorce. I cieszę się, że będzie Wnuczka do orzechów. Zachęcać do niczego nie mam zamiaru. Fanów pani Musierowicz przecież nie trzeba, a tym, którzy dopiero chcą rozpocząć swoją przygodę z Jeżycjadą, proponuję na początek Szóstą klepkę.

Na tym skończmy tę kompletnie nieobiektywną notkę. Ot co.

"McDusia" Małgorzata Musierowicz, wyd.Akapit-Press, 2012

Wracam do wspomnień... "Ida sierpniowa" M.Musierowicz

Wakacje. Czas słońca i beztroski. Phi! Szczególnie słońca. Środek sierpnia, a za oknem leje. Pada i pada… Zwariować można. Gdyby jeszcze było się w domu. A tu środek jakiejś dziczy, pod namiotem, z mokrym śpiworem, wilgotnymi dżinsami, katarem i resztą zwariowanej rodziny, uważającej takie warunki za wprost cudowne!

Tak w skrócie można by określić położenie Idusi Borejko na dzień 1 sierpnia 1979. Nie za różowo. Dlatego też zrozumiała jest chęć działania. Nasza piętnastolatka biedna, wymęczona łonem natury postanawia wrócić do Poznania, do domu, do wanny z gorącą wodą. Jednak jak skwapliwie potwierdzi większość starszych Czytelników, w czasach PRLu nie przelewało się. A przypływu gotówki to już na pewno nie miała nasza bohaterka, dlatego jedyne na co jej starczyło, to marny PKS, który dowiózł ją do domu oraz bułka, topiony serek i ogórek kiszony. Z tego wyżyć się nie da... Dlatego zostaje jedno - praca. Oczywiście wszelkiego rodzaju oferty typu zatrudnię pomoc domową odpadają, bo Idusia ma problem ze sprzątnięciem po samej sobie. Korepetycje też raczej nie wchodzą w grę. Za to dama do towarzystwa brzmi już całkowicie inaczej, zdecydowanie bardziej kusząco. A jeśli dodatkowo ta praca oddalona jest o ledwie kilka kroków od kamienicy przy Roosvelta 5, którą państwo Borejkowie zamieszkują, to jest to wręcz zrządzenie Losu...

Tak zaczyna się jedna z moich ulubionych historii, tak zaczyna się jedna z historii, która bawi już od trzydziestu lat wiele nastolatków i cały czas nie traci na wartości. Ida sierpniowa, bo to o niej mowa, towarzyszy nieprzerwanie wszystkim fanom pani Musierowicz. To w niej mamy opisy koła zamachowego, jedzenia posiłków a la Paulinka i zielonego psa. Na te słowa wierny Czytelnik uśmiechnie się zalany wspomnieniami i zaraz pobiegnie do półki, przypomnieć sobie losy ryżej nastolatki.Ci, którzy nie czytali, nie mają wyjścia, zostają ze mną.

Siądźcie więc spokojnie w fotelu i Posłuchajcie...

Pierwsze wrażenie, które towarzyszyło mi podczas czytania, to był strach. Wiem, Ida sierpniowa, nie ma w sobie nic z horrorów czy kryminałów, które aktualnie połykam, jednak dobre pięć lat temu ja po prostu drżałam. Drżałam, gdy Tajemnicza Osoba z pokoju nie chciała wyjść, gdy okazało się, że pan Rochester trzyma zwariowaną żonę na poddaszu... Siedziałam skulona pod kołdrą i czytałam, co będzie dalej...Dlatego chyba, kilka lat później dziwiłam się, dlaczego krytycy widzą w książkach pani Musierowicz to ciepło i spokój, a dawki adrenaliny, jakiej mi wtedy dostarczyła - już nie.

Z drugiej strony - byłabym niesprawiedliwa, gdybym powiedziała, że nie ma tam ciepła. Jest, jest. Zalewa nas hektolitrami podczas niezwykle plastycznych opisów, szczególnie w obecności Mamy. Jednak spokoju próżno tam szukać. O ile pani Mila jest jego gwarancją, to zwariowana tytułowa bohaterka jest jego przeciwieństwem i największym wrogiem. Daleko jej do spokojnych dziewoi typu Mary Bennet. Dlatego, nie dość, że ze swym porywczym charatkerkiem pakuje się w kłopoty, to jeszcze (jakżeby inaczej) zakochuje się na śmierć i życie.

Fabuła iście pensjonarska. Mamy nastolatkę krwi i kości, miłość... Jednak jak to bywa w tego typu powieściach - najważniejsze jest wykonanie. Do wykonania pani Musierowicz chyba nikt przyczepić się nie może. Duża dawka humoru (list Lisieckich), nieprzeciętna nastolatka z silną osobowością i charakterkiem ( bo wiadomo, rudy to nie kolor włosów, to charakter...), ciekawa fabuła (praca u pana P...), rodzinny klimat (u Borejków mogłoby być inaczej?) i to co tam wszechobecne, czyli... książki.

Jak niektórym wiadomo, a innym jeszcze nie. Mieszkanko przy Roosvelta 5 jest wręcz wypchane książkami. Ojciec - bibliofil nawet w tak ciężkich czasach woli kupić książkę niż czekoladę dla córek. Dlatego cztery panienki dorastają w oparach cytatów łacińskich, Wergiliusza, Seneki, ale również Jane Eyre czy Jane Austen. Tworzy to niepowtarzalny klimat, unoszący się nie tylko nad Idą sierpniową, ale i całą Jeżycjadą.

Teraz powinnam zacząć pisać o wadach, o stylu, o kreacji bohaterów (świetna!!! a Ida znakomicie przerysowana, jak porządna nastolatka wpadająca z rozpaczy w euforię), jednak nie chciałabym, żeby ta książka przez moje słowa zgubiła swój blask, tak jak gubią go wiersze interpretowane w klasie... Dlatego sami musicie zaryzykować. Pomyślcie tylko: ta książka bawiła, była światełkiem w szaro-burym PRLu. Lekko opowiadała o wartościach, nie była szablonowa, nie starała się spłycić bohaterów (czy tylko mi się wydaje, że wiele "młodzieżówek" XXI wieku właśnie tym się szczyci i właśnie to notorycznie w nich spotykamy?) i do dziś jest wznawiana. Dlaczego nie mielibyśmy dać jej szansy?

Dla mnie Idusia zostanie zawsze jedną z ulubionych książek - tych przy których bez względu na to, który raz je czytasz - wybuchniesz śmiechem, takich do których będzie można zawsze wrócić, by poszukać odpowiedzi, takich, które dobre są na wszystko.

"Ida sierpniowa" M. Musierowicz, Nasza Księgarnia, 1981

"Frywolitki" M.Musierowicz

Podczas ostatniej wizyty w księgarni, zatrzymałam się przy półce z książkami pani Musierowicz. Nie wiem, dlaczego, ale ciągnie mnie tam zawsze. Chociaż większość pozycji, które wyszły spod pióra tej autorki, od dawna mam w domu, to i tak przystaję, oglądam nowe, pachnące farbą drukarską, wydania, podczytuję fragmenty i uśmiecham się pod nosem. Tym razem, gdy tak stałam, mój wzrok padł na „Frywolitki”.

Ten zbiór felietonów, o jakże przyjemnej nazwie, czytałam już trzy (jeśli nie cztery) lata temu. Wtedy sięgnęłam po nie idąc za tzw. ciosem. Skończyłam Jeżycjadę i wypożyczyłam wyżej wspomniane, chociaż Pani Bibliotekarka mówiła, że to dla trochę starszych. Jednak ja się uparłam i sparzyłam (jak to zwykle bywa). To już nie były beztroskie harce czterech panienek. Tym razem pani Małgorzata opowiadała o książkach. Nie umiałam wtedy tego docenić. Co prawda, kilka felietonów mnie rozśmieszyło i zaciekawiło, lecz większość po prostu nudziła. Omijałam bogate cytaty, niektóre opowiastki… Stojąc wtedy w księgarni nad tą książką postanowiłam dać „Frywolitkom” jeszcze jedną szansę.

Zaczęło się od wstępu, który nie był typowym wstępem. Był pierwszym felietonem i  był taki jak całe frywolitki. A co to są frywolitki? Posłuchajcie:

…tytuł naszych felietoników pochodzi od francuskiego słowa  f r i v o l e  - płochy, lekkomyślny, błahy. F r y w o l i t k i  zaś, czyli, powiedzmy, b ł a h o s t k i  - to nazwa prześlicznych koronek, które potrafi wykonać własnoręcznie moja Mama. Pomysł, by nazwa tych koronek była tytułem felietonu, wziął się, mówiąc otwarcie, z bezsilnej zawiści. Uczucie to opanowuje mnie zawsze, gdy  widzę, co moja Mama potrafi zrobić swoimi rękami, w zasadzie bardzo podobnymi do moich , z tym, że  jednak moje są bardziej – jak to się mówi – maślane. Frywolitki, jakie wykonuje moja Mama przy użyciu Specjalnego Czółenka, są tak precyzyjne, wdzięczne i ładne! Zaczyna się od małego oczka,  a potem już tylko – ba, t y l k o! – snuje się i nawija w kółeczko, dorabiając oczka następne, oraz zawijaski, figlaski, ząbki, wypustki i inne dygresje. Kiedy raz siedziałam, wpatrując się z nabożnym podziwem w to, co Mamie udaje się wyczarować ze zwykłych nici, pomyślałam sobie na pociechę, że właściwie to i ja tak potrafię, tylko nie rękami, a głową. I że można by spróbować  zrobić frywolitki – mentalnie.

Ja do tych nitkowych frywolitek mam słabość. Posiadam trzy cudowne zakładki zrobione właśnie tą techniką (robiła je, notabene, Czytelniczka pani Musierowicz) i za każdym razem się nimi zachwycam. Więc, jeśli takie mi się podobają, to dlaczego miałyby mi się nie spodobać  mentalne? 

Moje zakładkowe frywolitki-prezent od pewnej Miłej Osoby

Pierwsza właściwa frywolitka (po frywolitce wstępnej) opowiadała o pani Elizie Orzeszkowej – pisarce znanej w całej Polsce, której opisy przyrody, dla większości uczniów, są zmorą. Ta właśnie pani Eliza, od dłuższego czasu chodzi mi po głowie, od dłuższego czasu się do niej uśmiecham. Po części, dlatego, że czytałam wspomnienia Zuzanny Rabskiej, po części dlatego, że ciągle mam w pamięci piękną recenzję Eliny. Chyba właśnie dlatego, że od tego felietonu zaczęła się ta książka i od faktu, że autorka podchodziła do tematu pełna zrozumienia, polubiłam z miejsca frywolitki. Co prawda, Bardziej Doświadczonych Czytelników mogą razić wszelkie zwroty trochę jakby nie z tej szarej ziemi, takie słoneczne, optymistyczne i pełne uśmiechu, które kieruje pani Małgorzata do odbiorców. Ale to chyba ich problem, prawda? Ja zapisałam kolejny tytuł na liście „must read” i czytałam dalej.

Chociaż felietony miałam sobie dawkować, tak jeden przed snem, nie umiałam. Na raz przeczytałam kilka i nie było mi dość. Dawno bowiem nie spotkałam się, żeby ktoś opowiadał z takim znawstwem i pasją za razem, o książkach czasem wręcz klasycznych, a czasem nieznanych chociaż pięknych. Poza tym, sam styl autorki wręcz zachęcał do kolejnej lektury, do notowania sobie poszczególnych tytułów, które po prostu CHCE się czytać. Chciałam dalej poznawać chociaż kawałek życia Andersena, Krzysia z bajki o Kubusiu Puchatku, Jane Austen. Chciałam czytać, kupić od razu te książki i wszystkie na raz poznać. Pani Małgosia po prostu zaraziła mnie swoją pasją.

Jednak jak to bywa w przypadku felietonów, nie mówiły one tylko o książkach. Autorka  pisała o ogrodach, spotkaniach, ludziach, listach od Czytelników, miejscach… Opowiadała przeróżne anegdotki, często cytowała opisywane przez siebie książki. Jednak o czym by nie pisała i tak przez wszystkie słowa wybijał się ten optymizm, który jest tak widoczny również w Jeżycjadzie.

Pozycja jest wprost obowiązkowa dla miłośnika cyklu o Borejkach. Dla miłośników książek  również. Jednak jeśli nie znacie domowników mieszkanka przy Roosvelta 5, to najpierw zajrzyjcie do „Szóstej klepki",a dopiero potem smakujcie "Frywolitki". To jest jedna z tych książek, do których często się wraca.





"Frywolitki, czyli ostatnio przeczytałam książkę" M.Musierowicz, wyd. Akapit-Press, 2008