Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Esprit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Esprit. Pokaż wszystkie posty

Powiesz dziękuję, bez względu na wszystko? ("Tysiąc darów" A.Voskamp)

Dziękuję. Jedno słowo, a czasem tak trudne do wymówienia. Polacy mają raczej nawyk narzekania.  Gorąco – niedobrze. Zimno – jeszcze gorzej. Zamiast cieszyć się z tego co mamy, z małych sukcesów, nam nigdy nie idzie. Życie nam nie sprzyja, jak mawia M.

Autorka „Tysiąca darów” podeszła do tego inaczej. Postanowiła zapisywać każdy dar, który zsyła jej Bóg. Dziękować za wszystkie małe cuda, jakimi jesteśmy obdarzani każdego dnia. Zwykłe proste zadanie. Jednak nie ma ludzi idealnych. Jak dziękować pośród kłócącej się szóstki dzieci, problemów finansowych i widoku cierpienia wokół siebie?

Nie było łatwo. Co gorsza, zanim zaczęła dziękować, musiała uporać się, a raczej pogodzić z tragiczną śmiercią kilkuletniej siostry, której była świadkiem jako dziecko.

„Ale ja wciąż widzę i nie mogę zapomnieć. Jej ciało. Kruche i maleńkie, przygniecione na naszym podwórku ładunkiem ciężarówki. Krew wsiąkająca w spierzchniętą, rozjeżdżoną ziemię.”

Po śmierci dziewczynki  matka trafiła do szpitala psychiatrycznego, a  ona nie umiała pozbyć się obrazu zabitej siostry. Bóg przestał się liczyć w ich rodzinie, uszczuplonej o jedno małe i jednocześnie niezbędne ogniwo.

„Czy to możliwe, że istnieje Bóg, który jest dobry? Taki, co w swej łasce zsyła dobre dary w te długie noce przy pustej kołysce, kiedy robaki przegryzają się przez drewniane ściany trumien?  Gdzież jest ten Bóg? Jakże ma On być dobry, jeśli umierają niemowlęta, rozpadają się małżeństwa, a strzępy potrzaskanych marzeń wiatr unosi w siną dal?”

Jednak czas leczy rany. Śmieszne stwierdzenie: leczy  rany. Możemy mówić tak my, którzy nie przeżyliśmy czegoś takiego. Których życie nie doświadczyło w taki sposób.
Można się podnieść, lecz nie zapomnieć, nie uleczyć. Tak też stało się z Ann. Po takim doświadczeniu przeszła jeszcze trochę. Jednak zaufała. Zaufała i jeszcze raz uwierzyła, że Bóg jest dobry. Dała szansę jemu, a raczej dała szansę sobie i spróbowała przyjmować wszystko, co ześle jej Stwórca.

„Tysiąc darów” jest obrazem właśnie tego. Jest obrazem życia, jest obrazem prób i błędów. Sukcesów i porażek. Jest obrazem osoby poszukującej, wierzącej, ufającej, dziękującej.
Obrazem prostym, lecz jakże przemawiającym do wyobraźni.

W tej prostocie kryje się tajemnica książki, tajemnica szczęścia. Jednocześnie ten niepozorny „pamiętnik”   jest naładowany wielką liczbą metafor, porównań, sentencji, myśli. Te miejscami przytłaczają czytelnika. Jesteśmy zmęczeni i MUSIMY odłożyć książkę. Jest to największa wada, a jednocześnie wielka zaleta, ponieważ wiele z tych myśli zapada nam w głowie, czasem aż prosi się o zapisanie na kartce i zawieszeniu w widocznym miejscu.

Spotkałam się również porównaniem Ann do jednego z moich mistrzów – Lewisa. Niestety, daleko jej do lekkości pióra, łatwości słowa, pomysłowości i drogi popularnego „Jack’a”. Voskamp jest po prostu inna. Tak jak jej życie było inne, tak jak jej droga była inna. Dlatego porównania są zdecydowanie nie na miejscu. Co więcej, szkodzą.

„Tysiąc darów” urzeka, miejscami otwiera oczy, czasem dobija, innym razem męczy. Jest lekturą dla wszystkich, jednak taka już specyfika naszego społeczeństwa, że zapewne niewiele na tę książkę się zdecyduje. Kto? Nie wiem. I nie czuję się na siłach, by polecać ją „komuś”. Każdy musi sam zadecydować czy chce.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Tysiąc darów" 


"Tysiąc darów", Ann Voskamp, wyd.Esprit, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit.

"Zaskoczony radością" C.S.Lewis


Autor: Clive Staples Lewis
Wydawnictwo: Esprit
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 346

Urodziłem się zimą 1898 roku w Belfaście jako syn prawnika i córki pastora”

Tak zaczyna się historia życia człowieka nieprzeciętnego, jednego z większych pisarzy, którego dzieła zna większość z nas. Niepozornie, prawda? Jednak to tylko złudzenie. Sama książka na pewno nie należy do tych niepozornych. Jest raczej jedną z tych, o których się nie zapomina, jest historią do której chce się wracać, po to by samemu rozumieć coraz więcej…

Beztroskie zabawy wraz z bratem, śmierć matki, odsunięcie się ojca, pierwsze przyjaźnie, szkoły, wojna, uniwersytet. A na to wszystko składa się wiele czynników, wydarzeń, anegdot, myśli, niewypowiedzianych słów. Po prostu życie.

Jednocześnie opowieść o długiej drodze, jaką bohater przeszedł, by ponownie stać się chrześcijaninem. Pokazująca z czym się musiał zmierzyć, jak czasem wiele miał szczęścia, jakich ludzi spotkał na swojej drodze, tylko po to, by zrozumieć i odnaleźć Radość. Nie boi się przyznać się do błędu. Patrzy na to z dystansem, a jednocześnie wielką zadumą.

Przyznaję, że mimo, iż samego Lewisa bardzo chciałam trochę „lepiej” poznać, to obawiałam się tej pozycji. Moment nawrócenia się, rozmów o Bogu – bałam się, że będzie to po prostu nie do przebrnięcia. Jakże miło się rozczarowałam!

Po pierwsze, dostałam Lewisa w swoim najlepszym wydaniu, czyli z charakterystyczną dla niego lekkością słowa i refleksją. Nie czytałam tej książki, ja po prostu przez nią płynęłam, chłonąc cudowne opisy, rozmowy, rozmyślania, wątpliwości autora. Anglia z początku XX wieku, ze swoją niesamowitą atmosferą , nie chciała puścić. Chociaż akcji nie można zaliczyć do tych trzymających w napięciu, to od książki i tak oderwać się nie można. Ma w sobie coś takiego, że stworzona jest do delektowania się i pochylenia nad nią przy kubku dobrej herbaty.

Teraz powinni być opisanie bohaterowie. Jednak, czy ja mam prawo oceniać ludzi, o których Lewis pisze? Co więcej, czy ja mam prawo oceniać jego?! Raczej nie. Dlatego wspomnę tylko, o fakcie, iż nasz główny bohater stał się moim przyjacielem „na odległość”, za jego charakter, wady, zalety polubiłam go i to raczej już się nie zmieni.
Dodatkowo na zawsze stałam się fanką profesora Kirka. Chciałoby się jeszcze dodać: „Jak szkoda, że tak mało jest na tym świecie tego typu ludzi…”

Nie mogłam również wspomnieć o fakcie, który już na samym początku przemówił na korzyść Lewisa, a mianowicie, fragmenty o książkach. Opinie, czasem dysputy, czy luźne przemyślenia – wprost uwielbiam te strony i mogę do nich wracać na okrągło. Szczególnie urzekło mnie to zdanie:

„Wreszcie przyszła kolej na książki Beatrix Potter – pierwsze naprawdę piękne książki w moim życiu.”

„Zaskoczony radością” to książka wspaniała. Nie twierdzę, że arcydzieło, czy zwalająca z nóg powieść. To książka, która po prostu idealnie trafiła w mój gust, sprawiając, że będę do niej jeszcze wiele razy wracać, chociażby tylko po to, by odkryć wszystko na nowo i nauczyć się czegoś jeszcze…
Czy Wam się spodoba? Nie wiem, jednak radzę, spróbujcie!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit.

Urodzinowa wygrywajka

Całkiem niedawno mój blog obchodził pierwsze urodziny (o tu) i jak obiecałam, z tej okazji postanowiłam posłać w świat kilka książek.Dzięki uprzejmości wydawnictw Esprit i PWN, z którymi od dłuższego czasu współpracuję, do wygrania są 4 egzemplarze bardzo ciekawych pozycji.

Książki do wygrania:
  • "Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z czytelniczkami Cukierni pod Amorem" - książka z autografem autorki (recenzja)
  • "Dopóki mamy twarze" - C.S.Lewis (recenzja)
  • "Hyperversum" - C.Randall (recenzja)
  • "Córka kata" - O.Potzsch

Zasady:
  • w zgłoszeniu wpisać magiczne 'zgłaszam się', swój adres mailowy, tytuł (lub tytuły) książek po które się zgłaszacie i, żeby nie było tak łatwo, odpowiedź na pytanie: Czy kochasz i za co kochasz wiosnę?
  • wkleić bannerek (co nie jest obowiązkowe)
  • zgłaszać się można do 8 czerwca
  • wyniki będą podane następnego dnia (zwycięzca będzie wybrany poprzez losowanie)
  • zgłaszać się można po jedną, dwie, trzy lub wszystkie książki
Powodzenia!

"Juniper Berry i tajemnicze drzewo" M.P.Kozlowsky


Autor: M.P.Kozlowsky
Wydawnictwo: Esprit
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 280
Ocena: 8/10


Chyba każdy uwielbia prezenty. Dziś leży przed nami jeden, malutki, w piaskowym opakowaniu.

Papier, którym jest owinięte pudełko zainteresuje każdego. Przyjrzyjcie się dokładniej. Widzicie te nadrukowane baloniki? One… one mają magiczną moc. Wdychając powietrze,  którym są wypełnione, spełnicie wszystkie marzenia. W zamian trzeba nadmuchać drugi balonik. Proste, prawda? Jednak tylko to jest takie zwyczajne. Bo takich baloników nie można kupić w sklepie. Żeby je zdobyć, trzeba znaleźć szczelinę w drzewie, nacisnąć i wtedy przed nami pojawią się schody. Nimi to trzeba zejść w dół. Tam czeka tajemniczy Skeksyl  obdarowujący magicznymi balonikami każdego chętnego.

Rodzice Juniper – sławni na cały świat aktorzy marzyli o czymś więcej. Dlatego skierowali swoje kroki właśnie do Skeksyla. Jak się okazało potem, choć baloniki były „darmowe” zaczęły siać spustoszenie w ich duszach. Jak możecie się domyślić, uratować ich może tylko tytułowa bohaterka. Ale łatwo nie będzie…

Opakowanie, jak opakowanie. Musi zachęcać, cieszyć oko. To opisywane przeze mnie spełnia swoją rolę świetnie. Zajmuje wszystkie myśli tak, że nie można się oderwać. Poza tym – dopracowane jest w najdrobniejszych szczegółach. Akcja pędzi, bohaterowie aktualni i zdecydowanie niebanalni. Czego chcieć więcej?

Oczywiście samego prezentu! Zawsze kryje się pod opakowaniem, więc czas zerwać papierek i przyjrzeć się mu dokładniej.
Podarek będzie należał do tych bardziej wyszukanych.  Tym razem opakowanie nie będzie przewyższało prezentu, raczej zblednie przy nim.  Ukryty przekaz jest prosty, mądry i budujący wątpiących. Jednocześnie nie moralizatorski, nie lecący w banały. Przypomina nam o rzeczach po części podstawowych, o których sami często zapominamy.

„Juniper Berry i tajemnicze drzewo” można porównać do współczesnej baśni. Jest trochę strachu, dreszczyk emocji i dziecko, którego położeniem się przejmiemy. Jest przyjaźń i tajemnica. Jednocześnie jest „prezent” – ukryta mądrość, którą powinien zauważyć każdy.
Chociaż książka kierowana jest do młodszej grupy wiekowej to zapewniam, że wielu starszym by się ta lektura przydała i spodobała jednocześnie.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit

"Żona piekarza"


Autor: Marcel Pagnol
Wydawnictwo: Esprit
Rok wydania: 2010
Liczba stron:240
Ocena:7/10 (bardzo dobra)


Wokół nas świat budzi się do życia. Wiosna! Wiosna! Z kubkiem jaśminowej herbaty wyglądam przez okno. W powietrzu unosi się zapach charakterystycznie nieokreślony. Coś pomiędzy rześkim porankiem, słodkim przedpołudniem i srebrną nocą. Zapach jednej z czterech najpiękniejszych pór roku. Uchylam szyby, która dzieli mnie od pełni szczęścia. Zamykam oczy…

…  wokół mnie unosi się cudowny zapach. Zapach idealnie wypieczonego chleba mieszający się z zapachem wiosny. „Tak mogłoby być zawsze” – jakaś niesforna myśl przemyka przez głowę i zaraz znika jakby przepędzona. Tylko czym? Zazwyczaj przecież takie myśli zostają trochę dłużej, czasem za długo i człowiek o wszystkim zapomina. A tu proszę, myk, myśli nie ma. Za to w powietrzu unosi się okropny swąd. Chleb nie jest już idealnie wypieczony. On raczej jest okropnie przypalony!

Biegnę pod piekarnię. Zebrał się tam już całkiem spory tłumek (jak to zazwyczaj bywa składa się on  z niezbyt taktownych osób). Przedzieram się by zobaczyć co się stało. W środku przy jednym ze stolików siedzi piekarz mamroczący coś do siebie, a za ladą stoi… nauczyciel. „Ciekawy początek dnia. Nie ma co.” – ta myśl zostaje już na dłużej. Podchodzę do osobnika reprezentującego Oświatę i szeptem pytam co tu się dzieje.
-Żona piekarza uciekła z pasterzem. Aimable powiedział, że nie będzie pieczywa dopóki kobieta do niego nie wróci.
No tak, nie ma to jak złamane męskie serce, honor, duma, albo jeszcze coś innego, dla płci pięknej raczej niepojętego.

Pierwsza myśl jak pojawia się w mojej głowie: „Trzeba się wziąć, zebrać ludzi i znaleźć piekarzową. Przecież nikt nie będzie jeździł kawał drogi po chleb!” Jednak znowu problem. Ten z tym nie będzie szukał, bo już ich ojcowie ze sobą nie rozmawiali, a tamten z tym nie będzie razem się rozglądał, bo pierwszy czyta nie to co drugi. Zwariować można. Nawet ksiądz, niby osoba duchowna będzie zarzucał, że ktoś tam gdzieś się niemoralnie prowadzi.

I tak, po raz  kolejny odkrywam głupie uprzedzenia jakie rządzą światem. Ba, odkrywam z pompą, bo z pomocą klasyka. Pagnol może nie jest znany w Polsce, ale we Francji? Kto go nie zna? Tu Marcel, tam Marcel i ta jego Prowansja…..

Jednak tu nie ważne są tylko uprzedzenia. Ważna jest również miłość. Cudowne uczucie przezwyciężające wszystko i potrafiące prawdziwie wybaczać. Je też odkrywam znów na nowo.

 A to wszystko serwują mi w iście francuskim stylu (jeśli komuś z Francją kojarzy się Molier, gorzej jeśli z tym pięknym krajem kojarzy Wam się na przykład Wiktor Hugo…). Molier, Hugo, już widzę zaskoczenie na waszej twarzy. Rozwiązanie jest banalne, „Żona piekarza” pisana jest w formie dramatu. Tak, teraz widzicie podobieństwo, prawda? Jednak proszę się tym nie zrażać, niech nikt nie próbuje zasugerować, że ta forma jest zdecydowanie uboższa. Pamiętajcie co mówił Szekspir:

„Jeżeli w książkach czyta się tylko to, co zostało napisane, to całe czytanie na nic.”

Tak więc zapominając już o mojej jaśminowej herbatce, pamiętając o Williamie, czytam, podczytuję i jak zawsze ładnie wszystko wychodzi (dobrze, nie jak zawsze, ale wychodzi). Marcel znów przypomina nam co jest najważniejsze, znów jak matka swoim dzieciom wpaja znaną od wieków mądrość, pozwala nam samym odkrywać, że mimo różnic czasowych, kulturowych w ogóle nie różnimy się od bohaterów. Co więcej pozwala nam się zaśmiewać z ich błędów, waśni pokazując, że sami zachowujemy się identycznie. Na koniec to niezbyt miłe uczucie, wierzcie mi.

Jedyne czego brakuje, to te cudowne opisy do jakich mnie autor przyzwyczaił. Brakuje tego zapachu Prowansji. Chociaż, jeśli troszkę się skupimy, można go znaleźć w całej gamie postaci.

„Żona piekarza” – dzieło Pagnola napisane na podstawie opowieści. Dzieło króciutkie, ale pouczające. Dzieło niby proste, ale skomplikowane jak człowiek. Dzieło które spodoba się niektórym, bo niektórzy zobaczą w nim coś więcej niż tylko zwykłą opowieść.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit.

Wirtualne średniowiecze


Autor: Cecilia Randall
Wydawnictwo: Esprit
Liczba stron: 752
Rok wydania: 2011
Ocena: 8/10 (świetna)


Każdy z nas chociaż raz w życiu zamarzył, by znaleźć się w innym świecie, w innej epoce. Mimo, że kochamy współczesne czasy:  Internet, możliwości jakie daje nam dzisiejsze prawo, to na pewno choć raz w naszej głowie pojawiła się myśl, jak to by było, gdybyśmy żyli w wiktoriańskiej Anglii, czy na dworze Ludwika XIV.
Niestety nie mamy za dużego pola manewru. Wehikułu czasu jeszcze nie wynaleziono, zostają nam więc muzea, książki, papiery, wyobraźnia. Chociaż?...

…Średniowiecze. Turnieje rycerskie, piękne damy chowające swoje wdzięki za wachlarzem, bitwy, wojny, królowie. Może dla kobiety to nie wymarzone miejsce, jednak chłopak coś dla siebie tam znajdzie. Jak się tam dostać? Wejście jest jedno: Hyperversum. Gra komputerowa dzięki której szóstka bohaterów z Ameryki miast spokojnie odpoczywać we własnym łóżku trafia na średniowieczny dwór  hrabiego de Ponthieu. Gdyby tego było mało, znajduje się w linii walki pomiędzy Francuzami a Anglikami.  Czy Ian, Daniel, Jodie, Martin, Donna i Carl sobie poradzą? Czy uda im się przezwyciężyć własne obawy, bariery językowe?

Takie pytania powinniśmy sobie zadać już po kilkudziesięciu stronach lektury. Jednak ja całkowicie o nich zapomniałam. W głowie pulsowało tylko jedno pytanie: czy uda im się przeżyć?

Cecilia Randall nie ma najmniejszego zamiaru zostawiać czasu na aklimatyzację, poznanie kultury, czy wylizanie starych ran naszym bohaterom. Nie przejmuje się, że jesteśmy na początku niebywałej historii. Od razu wrzuca wszystkich na głęboką wodę. Przecież nie będziemy czekali kilku lat na poznanie sytuacji. Myślicie, że złodziei czy angielskich lenników obchodzi skąd pochodzi dany chłystek starający się sprzeciwić ważnej personie, albo, że to dopiero początek książki? Od razu stara się go co najmniej uśmiercić.

Jednak już na wstępie byłoby nielogicznym zabijać głównego bohatera, prawda? Mimo, że czytelnik ma tę świadomość to wcale nie jest tego taki pewien. W końcu jest ich siedmiu. Jeden w tę czy we w tę… Żadna różnica. Chociaż, nie. Jest różnica. Już na samym początku widać, że autorka świetnie buduje napięcie. A to dobrze rokuje na przyszłość.

Akcja rozwija się. Poznajemy coraz to nowe fakty. Historia miesza się nam z fikcją, poza tym, cały czas znamy przyszłość. Przynajmniej ogólną, taką jakiej uczą na lekcjach historii. Możemy zacząć sobie wyrzucać (bohaterowie już to robią), że nie uważaliśmy bardziej na lekcji, że wiek XV mylił nam się z XVI. Teraz to 100 lat w jedną stronę, ale kiedyś… wiecie ile to jest czasu?!

Same postacie są bardzo dobrze wykreowane. Niebanalne, jednocześnie nie wiele różniące się od statystycznego nastolatka. Każde z nich musi pokonać własne leki, uprzedzenia i pogodzić się z faktem, że już nigdy mogą nie zobaczyć domu rodzinnego.

Jedynym miejscem, gdy pani Randall troszkę spuściła z tonu nie trzymając czytelnika w większym napięciu były fragmenty w połowie książki. Jednak tak niespodziewanie jak się pojawiły również niespodziewanie (i szybko) zniknęły. Właśnie za to lubię te fragmenty. Szybko o nich zapominamy.

Wydaje się, że „Hyperversum” jest trochę za gruba. Nie na rok szkolny, nie na czasy gdy czekają inne książki. Jednak czasy się nie zmienią, a ta powieść jest jedną z lepszych, naprawdę wartych uwagi. Nie będziecie się przy niej nudzić, nie odłożycie z irytacją. Po prostu będziecie zatapiać się w świecie magicznym (z, podobno, odrobina prawdy) stworzonym i pokazanym niebanalnie. Będziecie usatysfakcjonowani.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Esprit.

"Africanus.Syn Konsula" - S.Posteguillo


Tytuł oryginału: Africanus. El hijo del consul
Autor: Santiago Posteguillo
Wydawnictwo: Esprit
Liczba stron: 428
Data wydania:2011 rok

Kłamstwem będzie, jeśli powiem, że nie czytam powieści historycznych, bo się ich boję. Kłamstwem będzie również stwierdzenie, że sięgam po nie nałogowo. Po prostu częściej niż od czasu do czasu moje serduszko wyrywa się do pradawnych wieków.  Lubi sobie po nich spacerować czasem nawet biegać… Jednak nigdy nie przypuszczałabym, że wyrwie się ono aż tak daleko. Starożytność?! II wojna światowa, PRL, wiktoriańska Anglia, rozumiem. Nawet średniowiecze przetrawię. Jednak starożytność? Jak ono sobie tam poradzi?

Rok 235 p.n.e. Tak, właśnie w tym roku zaczyna się moja podróż przez Rzym. Podróż przez wielkie miasto, niepokonane imperium mające w swoich szeregach nieustępliwych legionistów cieszących się sławą w całej Europie.  U boku rodziców i stryja dorasta młody Publiusz Korneliusz Scypion wraz z swym bratem Lucjuszem. Widzimy lata dzieciństwa, naukę, życie ludu z tamtego okresu. Nie wszystko jest jednak takie kolorowe, jak opowiadają nam w szkołach. Owszem, rząd się rozwija, jednak jak zawsze są przyjaciele i wrogowie. Takowych ma ojciec naszego bohatera. I to nie gdzie indziej, tylko w Senacie.
Tymczasem Hannibal – wódz Kartagińczyków zyskuje coraz większą sławę i miano niepokonanego. Atakuje nie tylko dzikie tereny, ale również rzymskie kolonie, jakby sam pchał się w paszczę lwa. Z tego wyniknąć może tylko wojna…

Jak się już domyślacie, wojna oczywiście wynika. Jednak zanim to nastąpi pan Posteguillo daje nam próbkę swoich możliwości. Pokazuje nam Rzym pod koniec III wieku, powoli oprowadza po ciekawszych uliczkach, objaśnia dziwne dla współczesnych osób zwyczaje zachowania, jednocześnie pokazując jak niewiele różnią się ludzie z tamtego okresu od nas samych.

Równocześnie  autor nie zapomina o bohaterach. Nie stawia przed nami jednakowo białych charakterów. Każda z głównych postaci przynajmniej w podstawowym stopniu ma zarysowaną psychikę, co nie często zdarza się w takich książkach.

Co zaskoczyło mnie, w pewnej chwili wcale nie miałam ochoty odrywać się od tej powieści. Losy zarówno Hannibala jak i Publiusza wciągnęły mnie, nie chciały puścić. Starożytny Rzym podobał się, namioty rozstawione tuż przy rzece również. Sprawił to niewątpliwe język i sposób w jaki autor przedstawiał nam kolejne wydarzenia. Mamy tu do czynienia z narratorem wszechwiedzącym, widzimy akcję zarówno z punktu Hannibala, jego poddanych, Publiusza, jego ojca, stryja, wielu innych. Dzięki temu poznajemy sprawę nie będąc jednostronnym.
A w końcówce zaczynamy mieć wątpliwości, czy wróg to naprawdę wróg, czy może przyjaciel? A może to po prostu dwa w jednym?

Tak  krok po kroczku, przywiązywałam się do bohaterów, do Rzymu, do ich losu, niepewna co do niektórych osób, a wtedy brutalnie mi przerwano, zaspokajając tylko troszkę mojej ciekawości. Tak, widać, że to jeszcze nie koniec, że kolejny tom będzie. Że po raz kolejny będę mogła choć chwilkę tu pobyć. I bardzo się na ten pobyt cieszę.

Teraz tak zastanawiam się, co było tym niezauważalnym kryształkiem, tym „czymś”, co sprawiło, że książkę nie tylko miło wspominam, ale na pewno sięgnę po kolejne części. Był nim chyba sam Publiusz. Polubiłam go. Poza tym całokształt miał właśnie to „coś”. Ja się na to złapałam. A wy?

Za możliwość spacerowania po Rzymie i przeżycia niezapomnianych wrażeń dziękuję wydawnictwu Esprit

"O modlitwie" C.S.Lewis


Tytuł: O modlitwie. Listy do Malkolma
Autor Clive Staples Lewis
Wydawnictwo: Esprit
Liczba stron: 190

Wybór książki „O modlitwie” był dla mnie dużym zaskoczeniem. Nie wiem dlaczego to ona przykuła mój wzrok. Może z powodu nazwiska autora? Albo cudownej, klimatycznej okładki?
Gdy znalazła się w moich rękach pomyślałam tylko: „No, to czeka mnie lektura na jeden wieczór”. Bo co to jest, 180 stron?  Dłuższe opowiadanie,  kilka tysięcy słów, które nie rozwiną wszystkiego tak dokładnie, jak książka 500 stronicowa. Jednak Lewisowi się to udało, nie po raz pierwszy zresztą.

Udało mu się tylko z jednego powodu: to nie miała być książka z akcją pędzącą do przodu, z „drugim dnem”,  tylko listy do wymyślonego przyjaciela. Dzięki temu autor zachował pewną lekkość i niezobowiązanie.

 „Bez względu na to, jak bardzo brakuje dobrych książek o modlitwie, ja sam nigdy nie zamierzam takiej książki napisać. Nie ma nic złego w tym, że dwóch wędrowców u podnóża gór dzieli się prywatnymi spostrzeżeniami. Ale podobne dyskusje w książce musiałyby robić wrażenie pouczeń. A wygłaszanie pouczeń o modlitwie byłoby z mojej strony bezczelnością.”*
I nie napisał kolejnej książki o modlitwie. Dyskusje nie wydawały się być pouczeniami. Ja przed sobą miałam lekturę trudną i dającą do myślenia.

Czułam się troszkę tak, jakbym stała za autorem i zaglądając mu przez ramie czytała co on tam „nawymyślał”. Listy były dla mnie puzzlami rozrzuconymi na biurku, które jak małe dziecko starałam się ułożyć w całość i zastanawiałam się co do czego pasuje i czy na końcu obrazek mi się spodoba.

Listy były długie, wyczerpujące i pisane dość lekkim językiem. Jednocześnie przemawiały do wyobraźni i nie dało się całości połknąć za jednym razem. Trzeba było się na chwilę zatrzymać, pomyśleć co autor chciał nam przekazać, jak my zaopatrujemy się na daną sprawę.

Puzzle te okazały się zbyt trudne dla mnie. Obrazek mógł wyjść naprawdę piękny, jednak ja gdzieś pogubiłam się, pomyliłam co gdzie powinno być i nie wyszło. Po prostu ilość elementów nie była dopasowana do wieku osoby układającej.

„O modlitwie” jest książką filozoficzną z której po części skorzystałam, jednak czuję, że nie odkryłam wszystkich walorów tego dzieła. Do tego trzeba po prostu stopniowo dorosnąć.

W powieści tej Lewis ukazał oblicze, które po trochu można było wyczuć w Opowieściach z Narnii, czy „Dopóki mamy twarze”. Był to obraz człowieka cały czas poszukującego swojej drogi i ukojenia w rozmowie z Bogiem.

* "O modlitwie..." str. 96

Za książkę dziękuje wydawnictwu Esprit:

"Czas tajemnic" M.Pagnol

 Premiera: 7 grudnia

Znów wybrałam się do Prowansji. Zaopatrzona w kubek gorącej herbaty, koc i miękką poduszkę wyruszyłam w kolejną wędrówkę za rękę z Marcelem…


Po raz kolejny nasz wybór padł na letni domek w którym cała rodzina zwykła spędzać wakacje. Dźwigając ciężkie plecaki z „niezbędnymi rzeczami” dotarliśmy wreszcie tam, gdzie niecały rok temu spędziliśmy niezapomniane chwile. Jednak teraz nic nie chce przypominać tamtych wydarzeń. Lili nie ma już tak wiele czasu na zabawę, Marcel zaczyna się nudzić. Spotyka jednak na swojej drodze Izabelę, ładniejszą niż dotychczasowe dziewczynki, której tata jest „szlachcicem”. Zaczyna się nowy okres w życiu chłopca, jednak równie szybko się kończy, trzeba zbierać się do miasta, gdzie czeka już nowe liceum…

Kolejny tom „Wspomnień z dzieciństwa” przywitał mnie takim samym ciepłem jak części poprzednie. Z łatwością wciągnęłam się w świat małego chłopca i zatonęłam w nim bez reszty. Tym razem już nie przemierzałam beztrosko pól i lasów. Marcel dorastał, przeżywał pierwsze miłości, szedł do nowej szkoły. Nie interesował się już Indianami, polowania stały się rutyną. 

Była za to Izabela. Od razu wiedziałam, że jej nie polubię. Jedna z tych przebiegłych jędz, które umieją omotać sobie chłopca wokół małego palca. Jednak, jeśli teraz zaczynacie sobie myśleć: „No, tak. Ona złamie mu serce i zrobi się kolejna niestrawna historyjka o dziecięcej miłości” to nic bardziej mylnego!  Skończy się trochę inaczej. Jak? Przekonajcie się sami!

Tym co odróżnia „Czas tajemnic” od swoich poprzedniczek jest przede wszystkim zmiana głównego bohatera. Jak wspomniałam wyżej, Marcel dorasta, już nie mówi wszystkiego rodzicom, poznaje prawdziwe oblicze szkoły. Widzimy zmiany w zachowaniu bohatera, zmiany ciekawe, które ubarwiają kolejne przygody.
Liceum do którego trafia tuż po wakacjach też różni się od dawnej szkoły. Chłopiec, który kiedyś był wzorowym uczniem teraz tonie w przeciętności. Na szczęście tylko ocen, bo jego życia nie można do przeciętnych zaliczyć. Autor po raz kolejny przypomina nam, że w książkach nie musi na co drugiej stronie lać się krew, a akcja pędzić w szaleńczym tempie, by Czytelnik nie mógł się oderwać.

Na uwagę zasługuje łatwość z jaką Pagnol operuje językiem. Wszystko czyta się łatwo i szybko, zatrzymując się na poszczególnych fragmentach, by zastanowić się nad podobieństwami między życiem swoim, a francuskiego pisarza.  Tak jak w pierwszej części, a nawet bardziej Czytelnik z łatwością połyka kolejne strony.

 „Cza tajemnic” to książka nad którą spokojnie można usiąść z kubkiem gorącej herbaty i zatonąć bez reszty. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest lepsza od poprzednich części. Urzeka swoją prostotą, klimatem i humorem, którego autorowi nie brakuje. Idealnie nadaje się zarówno  na zimowe wieczory jak i letnie popołudnia.  Z niej po prostu tchnie ten niepowtarzalny zapach Prowansji, słońca, zabaw, szczęśliwego dzieciństwa…

"Czas tajemnic", Marcel Pagnol, wyd. Esprit, 2011
Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Esprit

"Dopóki mamy twarze" C.S. Lewis


Tytuł: Dopóki mamy twarze
Autor: Clive Staples Lewis
Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 360

Nie było jeszcze nikogo kto by pojął czym tak naprawdę jest miłość. Tak samo nie ma nikogo, kto by odnalazł samego siebie. Człowiek z natury stanowi dla siebie zagadkę. Jednak każdy próbuje i czasem konsekwencje tego są straszne….

W starożytnej Galome żyje król, który ma dwie córki, piękną Rediwal i szpetną Orual. Kilka lat po nich na świat przychodzi malutka Istra (z greckiego Psyche), a jej matka umiera przy połogu. Dziewczynka olśniewa wszystkich swoją urodą. Uważana jest za boginię, wiele osób prosi ją by im pobłogosławiła, dotknęła. Jednak niedługo później w kraju nastaje czas zarazy. Ludzie umierają, plony gniją. Wszyscy uważają, że to bogowie chcą, by Psyche wróciła do nich. Dlatego król decyduje się złożyć ją w ofierze. Przeciwni temu są jedynie Orual, która pokochała Istrę jak własne dziecko i Lis – grecki niewolnik, doradca króla, nauczyciel obydwu dziewczyn. Jednak decyzja jest nieodwołalna…

Historia opowiedziana w książce „Dopóki mamy twarze” zaczarowała mnie. Już po kilku kartkach wiedziałam, że nie będę mogła się oderwać. Lewis umiejętnie operował językiem sprawiając, że czytelnik pochłaniał stronę po stronie jakby czas dla niego nie istniał. Widział tylko to co dzieje się w Galome. Autor tym czasem prowadził nas po łąkach, komnatach, lasach. Czuliśmy na twarzach oddech bogów, gniew króla, frustracje poddanych. 

Przyczynili się do tego niewątpliwe bohaterowie, świetnie zarysowani, przedstawieni. Tam nie było miejsca na potknięcia stylistyczne, czy nieścisłości. Bohaterowie sami byli historią. Swoim charakterem sprawiali, że czytelnik stawiał sobie pytania, szukał odpowiedzi, wsiąkał.

Szczególnie zafascynowana byłam osobą narratorki – Orual, której decyzje napędzają całą akcję. Nieraz zatrzymywałam się na chwilę, by zastanowić się, jak ja bym się na jej miejscu zachowała, co bym zrobiła. Jej charakter był dla mnie zagadką. Jej miłość do Psyche z czasem stawała się po prostu niebezpieczna.

Oczywiście książkę możemy uznać za zwykłe fantasty, którym niewątpliwie jest i na tym koniec. Jednak to by było bez sensu. Nie zauważylibyśmy tej głębi, którą stara się nam pokazać autor, nie wyciągnęlibyśmy nic z tej powieści. Dlatego proponuję pójść szczebelek wyżej, zobaczyć co Lewis chce nam przekazać.

Choć jak powiedziałam,  od książki nie mogłam się oderwać, nie wiem jak to się stało. Patrząc na to z boku książka nie powaliła mnie na kolana całkowicie, czasem faktycznie, widziałam w niej tylko interesującą historię, nic więcej. Jednak nawet ta historia była tak magiczna, zajmująca, że mój szacunek dla pana Lewisa wzrósł. Wymagania również.

Nie mogłam pominąć również porównania do „Opowieści z Narnii”. Seria jest najbardziej znanym dziełem autora w naszym kraju i wiele osób sięga po nią w niewłaściwym czasie strasznie się rozczarowując.  Opisywana przeze mnie książka jest całkowicie inna. Nie ma tu tak oczywistego nawiązania do Biblii, jest przeznaczona dla całkowicie innej grupy wiekowej. Dzięki swej przystępnemu językowi  powinna zainteresować większość z Was.

Nie mogłabym nie wspomnieć o okładce. Jest cudowna, to ona tak na prawdę nakłoniła mnie po przeczytania tej książki dawno temu. Ta kobieta przyciąga wzrok. Nie sposób przejść obok niej obojętnie.

„Dopóki mamy twarze” to historia drogi życia kobiety samotnej, która popełniła kilka błędów za które zapłacił najwyższą cenę. Książka o miłości której rozum nie był w stanie dorównać, opowieść o poszukiwaniu prawdy, wierze.Arcydzieło Lewisa, które powinno Was zainteresować

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Esprit.

"Chwała mego ojca. Zamek mojej matki" M.Pagnol


Tytuł: Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki
Autor: Marcel Pagnol
Wydawnictwo: Espirt
Ilość stron: 410 
Ocena: 5/6

Gdy za oknem szaro, buro, każdy marzy by choć duchowo przenieść się do ciepłych krajów. Co powiedzielibyście na Prowansję?  Tak?  To zapraszam.

Razem z małym Marcelem Pagnolem, mamą Augustyną, tatą Józefem, bratem Pawłem i  siostrzyczką wybierzemy się do słonecznej Francji.  Tam będziemy śledzić  beztroskie dzieciństwo chłopca. Uczestniczyć w polowaniu na kuropatwy, zaśmiewać się z żarcików, poznawać nowe słowa,  czuć smak przyjaźni, przemierzać  kolejne pola, łąki, lasy, podpatrywać życie owadów, uczyć się zastawiać pułapki, odczuwać na własnej skórze co to strach, planować ucieczkę z domu, bawić się w Indian.
Niby nic specjalnego, jednak czy jest coś przyjemniejszego od tak spędzonego czasu?

Książka „Chwała mego ojca. Zamek mojej matki” zaskoczyła mnie pozytywnie swoim ciepłem, komizmem, ironią. Coraz mniej jest dorosłych, którzy przywołując wspomnienia umieją spojrzeć na nie oczyma dziecka, a nie z chłodną wysokością i lekceważeniem. Widać, że Marcel Pagnol do końca życia zachował w sobie tę cząstkę dziecka.

Każda z postaci była opisana po mistrzowsku. Niektóre wprawiały mnie w podziw, inne wywoływały złość, czy onieśmielenie. Pagnol choć niby opisywał życie własnej rodziny przemycał również strzępki z życia społecznego. Mogliśmy poznać mentalność ludzi na początku XX wieku we Francji gdzie niejednokrotnie dochodziło do komicznych sytuacji.

„-Mój Boże, nie kupuję tego do muzeum, ale żeby mi służyło.
Starzec wyglądał na zasmuconego tym wyznaniem.
-A więc nie robi na panu wrażenia, że ten mebel może widział Marię Antoninę w koszuli nocnej? – zapytał.
-Sądząc po jego stanie – rzekł mój tata – nie zdziwiłoby mnie, gdyby widział króla Heroda w kalesonach!”
I jak tu nie wybuchnąć śmiechem? Jednak prócz tego autor wplatał subtelnie swoje dorosłe przemyślenia.

„Życie nauczyło mnie, że ojciec się mylił, bo naprawdę słabi jesteśmy wówczas, gdy jesteśmy uczciwi.”

Z moich niczym nieuzasadnionych wątpliwości, że się wynudzę nie zostało nic już po pierwszych stronach lektury. Klimat Prowansji, dzieciństwa ogarną mnie na początku i urzekał do końca. Przed sobą widziałam pola lawendowe, zielone lasy, co więcej razem z Marcelem i Lili biegałam po nich.


Jedynie zakończenie jest inne. Takie dojrzało – dziecięce. Poruszające trudny temat. Jednak wcale nie gryzie się ono z resztą książki, co więcej, wspaniale ją uzupełnia.

Oczywiście, nie mogłam nie wspomnieć o grafice. Cudowne obrazki Sempego w których zakochałam się gdy po raz pierwszy poznałam Mikołajka zdobią również tę powieść. Dlatego prócz walorów duchowych jest również czym cieszyć oko.

Książka nadaje się idealnie na jesienne wieczory. Myślę jednak, że przypadnie do gustu tym, którzy nie będą od niej oczekiwać nie wiadomo jakiej akcji, tempa, czy przygód. Ot, zwykła opowieść o życiu zawierająca to co w nim najważniejsze. Serdecznie polecam.

Za możliwość
przeczytania serdecznie dziękuję wydawnictwu Esprit