Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

Jedna komedia, przebłysków dużo. ("Magia w blasku księżyca" reż.W.Allen)

W tym tekście jest kilka spoilerów.  Chociaż przy tego typu filmach trudno o spoiler. I w mojej opinii spoilerów tutaj nie ma. Ale tak, obiektywnie rzecz biorąc, zdradzam wam zakończenie. Tylko, że to raczej wielki spoiler nie jest... W każdym razie, aż dziwię się, że po przerwie tak trudno myśli zebrać i wnioski wyciągnąć. Dlatego też tekst jest jaki jest. ;-)

Są tacy reżyserzy, pisarze, którym wierzy się po kilku pierwszych spotkaniach. Tak też jest z Allenem. Gdy pierwszy raz obejrzałam Manhattan pomyślałam, że to musi być prawdziwe. A potem podświadomie wierzyłam w każdy kolejny film Woody'ego. Że w każdym jest cząstka rzeczywistości, że tak się dzieje, że te sfery jeszcze miejscami dla mnie niedostępne takie właśnie zataczają koła. Za to uwielbiam Allena. Że chociaż czasem drewniany, czasem kolorowy, czasem neurotyczny, ale zawsze jest w nim cząstka rzeczywistości.

Na "Magię w blasku księżyca" trafiłam przypadkiem, bo do wyboru dużo więcej nie było. Mając w pamięci jedynie ten tekst, nie wiedząc praktycznie nic i podchodząc troszkę jak do Zakochanych w Rzymie (których swoją drogą jeszcze nie obejrzałam) - z dystansem, bez oczekiwania najcudowniejszego. Tak też było.

Film jest z tych kolorowych, koniec lat 20., Francja, krajobrazy, muzyka, stroje, bale, oryginalna Emma Stone, ulubiony Colin Firth, ona tania oszustka (lub medium, jak wmawia ludziom) którą on ma zdemaskować i jednocześnie on - światowej sławy iluzjonista. Toczy się historia miłosna...


...wplecione w nią są przede wszystkim najcudowniejsze stroje, jakie ostatnio widziałam. Lubię niedbałych bohaterów Allena, grzecznych bohaterów Allena, zwykłych bohaterów Allena. Jednak te proste, dziewczęce i jednocześnie tak pasujące i kobiece sukienki Emmy Stone! I do nich odpowiednie krajobrazy, muzyka. Od strony wizualnej jest wszystko. Nie wspominając już o tym, że mamy scenę z gwiazdami, scenę z przejażdżką po drodze nad brzegiem morza, spacery przy zachodzącym słońcu i śniadania w blasku słońca (z odpowiednio dobraną garderobą). Toczy się historia miłosna...

...i zatacza koło. Poznanie jest, zawiązywanie znajomości jest, uświadomienie sobie uczucia jest, scena z Dumy i uprzedzenia jest, zakończenie odpowiednie jest. Lubię komedie romantyczne, od tej strony jest wszystko. Troszkę ta Duma i uprzedzenie zgrzytnęła, troszkę myśli pod tytułem: Oj, przesadzone, za bardzo, to do wycięcia! przemknęło.  Ale nie było źle.


Dało się polubić naszego gburowatego i przekonanego o swoich racjach bohatera, który co prawda okropnie przypominał pana Darcy'ego, ale kompletnie nieprofesjonalnie podchodzę do tematu wierząc, że pana Darcy'ego nigdy za wiele. Nawet jeśli troszkę nużące to jest (dla osób, które widzą Colina częściej, a pana Darcy'ego aż tak nie uwielbiają - to może być problem, Colin to Darcy, ten sam anglik, ta sama postać, cały czas). Oszustka jest wspaniała, może troszkę przez urodę, lecz po prostu oszustkę się lubi. Tła za bardzo nie ma. Jak w zwykłej komedii romantycznej.

Złapać się udało za przemyślenia dotyczące egzystencji. Podzielone na trzy części, wyłożone tak jasno i klarownie, że chyba bardziej się nie dało. I tu zaczynają się schody. Bo w tym miejscy też nastąpiły dwa uświadomienia. Po pierwsze, uczucie podobne do tego, gdy pierwszy raz czytałam książkę wydania Grega, wyspę skarbów dokładnie, i przypis na marginesie najpierw zaspilerował, gdzie znajduje się mapa, a potem jeszcze dodał, kto aktualnie mówi. I ja, mały czytelnik, poczułam się jak idiota. * Tutaj było tak samo. Cały film krążymy wokół jednego i tego samego tematu, puenta jest, jednak na koniec trzeba wszystko powtórzyć, podsumować. Żebyśmy się przypadkiem nie zgubili.


Co pozwala również dojść do dwóch wniosków - albo Allen tworzy sobie swój film dla siebie, a ludzie tak czasem mają, że lubią wszystko spiąć klamrą i chociaż tak naprawdę nie ma jeszcze mocnego pomysłu na film, to tylko na tej jednej myśli trzeba go zbudować i podkreślić, żeby nie uciekła. Albo po raz kolejny czuję, że twórca bierze mnie za idiotę.

To też odbija z hukiem moje pierwsze pytanie z którym wyszłam z sali kinowej: Serio, Woody, wierzysz w to? Bo wiecie, pierwsze co poczułam, to zazdrość. Troszkę smutku i zazdrość. Jeśli Allen kręci taki film w tym swoim wieku lat wielu i wierzy w to, to może jednak tak też się czasem zdarza? Jak w bajkach? I ludzie do tego dorastają z wiekiem?

Gdyby nie pewien zgrzyt, ja bym jak bohater skakała z radości i dziękowała dozgonnie reżyserowi za przewrócenie mojego świata może nie do góry nogami, lecz odrobinkę. Jednak wiecie...
A sam film? To jest naprawdę ładny film. To naprawdę ładna komedia romantyczna. I aż dziwne, jak ludzki umysł do tak prostego filmu może na bazie emocji tyle pytań postawić...

Zimowe historie.

Zimowe historie nie zawsze muszą toczyć się w zimę. Wystarczy pewien klimat, trochę mgły, niedopowiedzeń i historia wydaje nam się zimowa...

Corpse bride (Gnijąca panna młoda) -2005

Taka jest Gnijąca panna młoda - animacja Tima Burtona, oparta na XIX-wiecznej legendzie Europy Wschodniej. Skumulowana w trailerze czy innej zapowiedzi nie zdradza praktycznie nic, raczej odstrasza. Jednak upleciona jest w taki sposób, że od samego początku nie możemy oderwać od niej oczu. Tajemnicza na samym początku, rozwija się spokojnie, by w połowie osiągnąć szczyt burtonowskich zamierzeń. No i sama animacja, tworzenie postaci, historia, w której świat żywych i zmarłych przeplata się w delikatny i wyważony sposób, nie zapominając o szczypcie komizmu czy groteski. Za to chyba najbardziej lubię Tima - wyciąganie perełek zakurzonych (reżyserów, brodweyowskich musicali czy legend), przedstawianie bohaterów, troszkę smutku, zakurzonych kątów, na które patrzy się z nowej perspektywy. I aktualnie bezsprzecznie ulubiony film, w którym główną rolę powierzono Helenie i Johnny'emu.

Nothing personal (Nic osobistego) - 2009

Zaskoczył mnie i uspokoił jednocześnie. Trudno w ogóle coś powiedzieć, słowa mi się przed oczami mieszają, oceny gwiazdkowe nie wchodzą w ogóle w grę. Nic osobistego to film milczący, dojrzały, taki który lubią na festiwalach i który ogląda się późno w nocy, gdy wokół jest cicho, w filmie jest cicho, a historia tworzy się na linii bohater - widz. Opowiadający o miłości, samotności w bardzo zimowy sposób.

Beautiful mind (Piękny umysł) - 2001

Oparta na faktach historia nagrodzonego Noblem Johna Nasha - matematyka, geniusza i schizofrenika. Najcięższy ze wszystkich, również najmniej zimowy, jednak warty obejrzenia. Dla historii, miejscami przewrotnej i melancholijnej, zamyślonej, pełnej obrazów z tamtych lat i z wytworów wyobraźni. Przeplatanej miłymi, gwiazdowymi wstawkami. Czasem. Bo czasem ciąży, nie pasuje (za dużo oscarowości?). Jednak po zakończeniu czuje się wiele i myśli jakby przybyło.

Girl, interrupted (Przerwana lekcja muzyki) - 1999

Ulubiony, chociaż daleko mu do doskonałości. Wytknięto już wszystkie nieścisłości, jednak dla mnie to jeden z ważniejszych filmów tego roku, do którego wracam, który choć czasem uśmiechnięty, jest przede wszystkim smutny, zmęczony i niezrozumiany. Jak każda młodość.
Dlatego też zazwyczaj po prostu polecam nie mówiąc nic więcej.

Lista zimowych historii ciągnie się dalej, jednak te są najważniejsze. Ostatnie. Melancholijne. Macie też takie?

Film był spoko - powrót i o jednym z głośniejszych filmów.

...czyli jak film odebrał człowiek, który (prawie) nie wiedział, co się wydarzyło w książce.

Ale najpierw wytłumaczenie. Krótkie. Dlaczego mnie nie było, a teraz jestem?
Bo się okazało, że mam dość książek i pisania o nich i niepisania o nich i rozmawiania o nich i czytania ich i robienia ich list. A potem się okazało, że taki stan trwa tylko przez dwa dni, a następnie MUSISZ napisać o książce, o filmie. I tak się stało. Bo dostałam dwa popkulturalne i kulturalne impulsy. I dzisiaj będzie o jednym. A niedługo o drugim. I zmian w Krainie jeszcze trochę zapewne niedługo będzie, ale to kiedyśtam.
Na marginesie: tekst z serii tych, które zazwyczaj na blogu się nie pojawiają, ale tym razem, dlaczego by nie?


Zrobił się szum. Znaczy, szum jest i trwa sobie cały czas, bo cały czas wychodzą nowe książki, filmy, gazety... I każdy się zachwyca, albo krytykuje... I każdy czyta... I w ogóle widać, jak można dobrze nami manipulować... Ale ostatnio szum jakoś przybrał na sile, bo
1) ukazała się ekranizacja Miasta Kości
2) wyszła nowa, pachnąca farbą drukarską, nowym tytułem i tłumaczeniem Jane Eyre
Wiadomo, zależy od gustu, wieku, sposobu patrzenia. Ja JE znam i kocham już jakiś czas, jeszcze pod tym tajemniczym tytułem "Dziwne losy Jane Eyre", w tłumaczeniu pani Teresy i jeśli interesowało mnie nowe wydanie, to tylko ze względu na nowy tytuł i nowego tłumacza. Koniec. Za to "Miasto Kości"? Kompletnie nie mój gust, wampiry, wilkołaki... Jednak wiecie jak to jest, czasem reklama tak działa, że ma się ochotę chociaż film obejrzeć. Więc obejrzałam (przypadkiem, ale gdyby go nie  było, to teraz bym siedziała w kinie, tylko bliżej mojego domu).


















Poszłam, nie wiedząc nic poza tym, co wydarzyło się na pierwszych 80 stronach (czyli dotarli do Instytutu, szukanie matki w początkowej fazie) i podstawowymi informacjami co do relacji na linii Clary-Jace (a raczej wszystkimi informacjami na temat tej dwójki, nie wiem dlaczego ludzie czują taką potrzebę spoilerowania w moim towarzystwie - potem się okazało, że Valentine też czuł potrzebę spoilerowania w moim towarzystwie :D). Więc praktycznie nie wiedziałam o niczym (można powiedzieć).

I co?
Film był (tylko albo aż!) spoko. A wszystko bardziej dokładnie poniżej. Chyba ze spoilerami. Albo na pewno ze spoilerami (chociaż nie jakimiś bardzo znaczącymi).
















Sam film:
1) Było dużo efektów specjalnych, jak przystało na fantastykę, co wyszło na dobre i baaardzo się podobało.  Szczególnie, gdy się bili. No i wyłaniający się Instytut. Coś, co potem się pamięta i się do tego uśmiecha.
2) Na filmie się nie zasypiało, tylko oglądało z zaciekawieniem (ostatnio rzadko kiedy mi się to zdarza), co oznacza, że scenariusz był dobry i dużo krzyczeli, czyli trudno spać.
3) Jace zrobił wrażenie świetne - akcent, wory pod oczami i specyficzna uroda (znaczy, specyficzny był zawsze, tu jest tak razy dwa).
4) Dla równowagi - Simon równie dobry, może nie charakterystyczny i zdecydowanie, aż tak go nie polubiłam, ale mimo wszystko...
5) Alec i Izabella - jego w ogóle nie ma, więc to co jest można przemilczeć. Ona nijaka, niezbyt przekonująca.
6) Clary tak dobrze grała, że nie zrobiła większego wrażenia. Słowem była tak na swoim miejscu, że aż jej było nie widać.
7) Świetnie za to wypadła Dorotka, która przyciągnęła uwagę widza (to przez Bacha...) i jak dla mnie była jedną z faworytek. A jeśli jeszcze dodać Luke'a! Zdecydowanie moje ulubione postacie filmowe.
8) Clary miała być inteligenta. I za nic w świecie nie zrozumiem, dlaczego ona nie rozumiała, że on dla jej dobra mówił, że mu nie zależy. Ale może to miało być ciekawe pokazanie osoby. Coś z cyklu: jak w jednej chwili zmienić się w wolnomyślącego (żeby nie powiedzieć niemyślącego). Dla dopełnienia scena sprzątająca. I mamy komplet. (można jeszcze dodać scenę w której znaczącą rolę gra: jeden z bardziej znanych cytatów książki, fortepian, Bach i główna dwójka - pomyłka)
9) Przekonującą rolę zagrał Kielich, chociaż w pewnej chwili nie do końca łapałam, dlaczego wszyscy za nim biegają. Szczególnie Valentine zamotał mi ten obraz. Najpierw Kielich ma, potem nie ma, demony sobie wzywa... Ale samo wyjmowanie i wkładanie Kielicha - fajna zabawa (to co się z nim stało na końcu to już problem scenarzystów, jak chcą sobie mieszać i utrudniać życie, to niech tak robią)

Z mniej poważnych punktów, a pozostawiających miłe wspomnienie (z sarkazmem):
1)Scena pocałunkowa, którą oceniają ludzie pół na pół, jest magiczna, i to nie dlatego, że się całują (przepraszam, chciało mi się śmiać), a z powodu tych rozkwitających kwiatów. Słowem, fanem oranżerii jestem na pewno <-- skojarzenie z tym obrazem
2) Gdyby nawet komuś nie odpowiadał cały film, a kocha zimę, to może spokojnie czekać do jednej z ostatnich scen, kiedy to paaada śnieeeeg!!! (obowiązkowo zajrzeć tutaj)
3)Nauki Roszpunki nie poszły na marne i nie od dziś wiadomo, co jest najlepszą bronią kobiety, dla porównania ten obraz i ten film (od 01:14)
4) Jednak to i tak nic, bo jak wiadomo wszystkim oglądającym, Bach jest nie do przebicia.


Co było, gdy przeczytałam książkę:
Całkowicie inaczej, dziwię się, że ludzie, którzy książkę kochają, lubią film. Bo film i książka się różnią diametralnie i w dodatku, w podstawowych sprawach.
1) Jace książkowy i Jace filmowy - dwie inne postacie. Książkowy to typowy i strasznie pewny siebie nastolatek z poczuciem humoru i odrobiną inteligencji. Nie zachwyca. Filmowy dojrzały, zamknięty w sobie. Filmowego polubiłam...
2) Aleca więcej w książce, ale jakoś nie przekonuje, więc też można powiedzieć, że go nie ma.
3) Isabelle mniej w książce, ale za to jest lepsza. Wredna, a w środku troskliwa. I ta scena końcowa...
4) Stosunek Jace do Valentine w książce miał jakąś głębię, w dodatku odmienił troszkę Jace'a, co wyszło mu na dobre. Nie na długo, ale zawsze. W filmie Jace mógł po prostu powiedzieć spadaj ojcze, bo przejął się jedynie dalszą częścią rodziny (żeby nie spoilerować w żywe oczy). Słowem, spalili scenę.
5) Większość, jeśli nie wszystkie sceny wyglądają odrobinę inaczej w książce i w filmie, słowem, gdybym znała książkę zapewne przyprawiłoby mnie to o wybuchy złości. Dlatego dziwię się wam.
6) Czekam ze złośliwością i krzywym uśmiechem na kolejną część, bo ja się zastanawiam, jak teraz odwrócą te wszystkie zmiany w fabule. Bardzo znaczące.

Jednym słowem: spoko. Trochę więcej słów: warto sobie obejrzeć w wolne popołudnie, całkiem miło jest.


Flesz filmowy #5

Flesz filmowy to krótkie ględzenie o kinie, skrawki i migawki z tamtejszych scen, szczątkowe opinie i troszkę empatii. Służący raczej mi, bo często z chaotycznych, urywkowych zdań trudno wyczytać coś bardziej sensownego, gdy nie oglądało się samego filmu. Jednak można zawsze spróbować obejrzeć.
Lato ma to do siebie, że zabiera wszystkie siły na oglądanie ambitnych filmów. Najlepiej sprawdzają się te lekkie, niezbyt wymagające, zabierające czas. Postanowiła, że u mnie będzie inaczej. Co prawda, nie odmówiłam sobie seansu "Pod słońcem Toskanii" czy sfilmowanego (nie serialowanego) "Seksu w wielkim mieście" (który z pierwszymi odcinkami serialu nie ma nic wspólnego, jest raczej milutką komedią romantyczną) i zaczęłam od filmów które musiałam dokończyć, których zawsze byłam ciekawa, które oznaczały dobre, szybkomijająco-wciagające, wymagające kino.

Pierwszy tydzień wakacji (ze względu na wyjazd) upłynął pod znakiem trzech filmów.


Capote (2005)
Skończyłam go niedawno, a jeszcze teraz, gdy przywołuję myślami poszczególne sceny, czuję na plecach ciarki. Film opowiadający o procesie tworzenia powieści "Z zimną krwią", która przyniosła Trumanowi Capote międzynarodową sławę. Powieści, opartej na faktach. Powieści o dwójce ludzi, która wymordowała całą rodzinę gdzieś na "[...] odludnym obszarze, który inni mieszkańcy tego stanu nazywają "tam daleko"."*
Sama historia jest przejmująca. Jakby w niewiadomy sposób powiązana z "Zieloną milą". Chociaż wszyscy wiedzą, tam człowiek był niewinny, tutaj jest. Tam przesłanie było całkowicie inne... Jednak ten wspólny mianownik, ten wyrok śmierci, to oczekiwanie, to pochylenie się nad sobą. Lecz "Capote" to przede wszystkim próba pokazania sylwetki świetnego autora. Nie tylko w okresie tworzenia "Z ziemną krwią", ale również za pomocą opowieści z czasów dzieciństwa czy rozmów z Nelle. W pamięci zapisuje się przede wszystkim Hoffmann, który nie z przypadku został nagrodzony za tę rolę Oscarem - jest świetny. Piskliwy, czasem bliski załamania, czasem dusza towarzystwa. Sam film należy do tych, o których nie można zapomnieć. W postaci autora widzimy te nieuchwytne nici łączące go z książkową Holly będącą w podróży. Poznajemy historię, która skazana jest na porażkę, która zakończy się porażką. Jednak przedtem może jeszcze coś do naszego życia wnieść.
Zapomniane: Nelle, znana większemu gronu jako Harper Lee, gdy Truman pisze książkę, wydaje swoje "Zabić drozda".
Ocena: 10/10


"Arizona dream" (1993)

Film z Deppem, który nie cieszy się wielką popularnością w naszym kraju. Dziwne, choć z drugiej strony zrozumiałe. Trudno bowiem powiedzieć, o czym jest "Arizona dream". Znowu mamy samotność, znowu to poszukiwanie szczęścia, nawiązania surrealistyczne czy dziwne, ogniste dialogi. Trudno zatrzymać to w literkach. Jednak jeśli się próbuje, wychodzi coś w stylu - "Arizona dream" to historia Axela, który kiedyś łowił ryby, a teraz jest u swego wuja. To historia dwóch kobiet, których życie pokrywa się z marzeniami. To historia miłości. To historia niezrozumienia. To historia szaleństwa. Historia pełna cudownej muzyki, historia świetnie wyreżyserowana, opowiedziana. Historia z głębią, o której trudno mówić, którą raczej trzeba poczuć.
"Arizona dream" to jednocześnie film świetnie napisany i zagrany. Dialogi między matką a pasierbicą można śledzić godzinami. No i same kreacje głównych bohaterów - majstersztyk.
Zapomniane: W tym filmie tylko jedno przebije postacie Grace i Axela - cudowna muzyka...
Ocena: 9/10

"Rozmowy z innymi kobietami" (2005)
Ten film zwierz określa jako jedną z nieznanych, niedocenianych perełek.To chyba mnie do niego przekonało. W dodatku, kogo nie skusi Helena Bonham Carter w głównej roli?
Historia jest prosta. Kobieta i mężczyzna spotykają się przypadkowo na weselu. Ona - druhna, on - brat panny młodej. Zaczynają niezobowiązującą rozmowę. O tym co robią, gdzie mieszkają. Trochę wspominają. W pewnej chwili on już nie jest tylko przypadkowym znajomym, a byłym mężem. Ona już nie druhną, a byłą żoną. Jednak rozmowa toczy się dalej. Spojrzenia, słowa, wspomnienia, urywki z przeszłych lat, niezrozumiałe pragnienia, uczucia.
Wszystko już kiedyś pokazywane, ale jedno z tych, co na nowo trzeba sobie przypominać. Wrażenia i przypomnienia z którymi potem patrzymy na własne życie.
Nie tak dobry jak dwa poprzednie, a jednocześnie ciekawy i warty polecenia.
Zapomniane: Ekran w filmie podzielony jest na dwie części - widzimy wszystko z perspektywy mężczyzny i kobiety.
Ocena: 7/10

A co wy oglądacie w te letnie popołudnia?

*fragment powieści "Z zimną krwią"

"Nędznicy"? Nie, pomyłka.

Chyba się okazuje, że mam skrzywione spojrzenie na nominowanych do Oscarów. Rok temu usnęłam na „Artyście”, tym razem „Nędzników” obejrzałam dzieląc seans na trzy części, by nie zwariować (tak, oglądałam sobie w domu).  Nudny „Artysta” dostał masę Oscarów, co z „Nędznikami” jeszcze nie wiadomo, jednak obawiam się, że będzie podobnie…

Trzeba jednak najpierw wspomnieć, że książki Hugo nie znam. Znam fragment, jeden malutki o Cosette. I drugi o Gavroche. Tyle. To duży wyrzut na mojej liście książkowej, jednak jak było założone na początku: to tylko pomoże, nie będzie ciągłego porównywania do książki (bo gdy znam dobrą książkę, ekranizacja okazuje się gorsza). Musicali się nie boję, musicale nawet lubię, łącznie z puściutką i kiczowatą „Mamma Mią”.

Niestety, nie tym razem. 

Trzeba zacząć od samej muzyki. Nie mam nic do nieczysto śpiewających aktorów i trzeba oddać Annie, że jej  wykonanie I dredem a dream chociaż może odbiegające od muzycznego ideału, zagrane jest świetnie. Wszystkie emocje malujące się na twarzy aktorki oddziaływały silnie i na mnie. Gorzej z męskimi wokalami. Nawet gdyby były zaśpiewane perfekcyjnie (a nie są), pomyłką jest ich sama obecność. Mam tu na myśli partie Jean Valjean’a i Javerta. Chaotyczne, raczej śmieszne niż groźne, nudne, nadmuchane oscarowym szumem, dłużące się w nieskończoność.

Podobnie jest w ogóle z samym pomysłem. Dłuży się niemiłosiernie i jest strasznie pompatyczno-denerwujący. Wiem, musical wystawiają na scenie od lat, teraz tylko trzeba było go przenieść na duży ekran. Ale, ale! Jak się przenosi, proponuję troszkę bardziej się postarać. Bo to co dobrze wygląda na żywo, w filmie musi być lepsze. Tu aktor nie ma takiego kontaktu z odbiorcą. Dlatego też połowa scen, była do wyrzucenia, poprawienia (szczególnie te, gdzie grają dwaj pewni panowie – może się znęcam, ale taka jest prawda).  Trzeba dodać jeszcze te nieszczęsne fragmenty, gdy każdy śpiewa swoją partię, każdy w innej tonacji, wszyscy równocześnie, przez co każdy krzyczy, zrozumieć coś można tylko dzięki napisom, słuchać  tego nie można.

Sama historia… Ja się cieszę, że nie znam w całości dzieła Hugo. Bo bym zapewne płakała rzewnie, co oni najlepszego z tą książką zrobili. A i bez tego cała historia jest dla mnie potraktowana szczątkowo, przez co słyszy się tylko „9 lat później” i ma się dość. Leci wszystko na łeb na szyję, nie uratuje tego nawet kostiumowo-krajobrazowe zaplecze, bo starając się skupić na wszystkim, nie skupia się na niczym.



Aktorzy…  Gwiazdy Hollywood, rozumiem. Nawet mi się to podoba, bo lubię ich, kojarzą mi się z miłymi filmami. Jednak akurat w tym wypadku moje serce skradły postacie dziecięce, jeszcze nie znane z dużego ekranu (przynajmniej ja ich nie kojarzę) – Cosette, która jako chyba jedyna porwała mnie swoim śpiewem i oczywiście oczami (wiem, że miała soczewki, przemalowali jej oczy, albo coś w tym stylu, jednak nie umniejsza to ich czaru), ale niestety, jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła, bo zaraz było „9 lat później”. Drugim bohaterem jest oczywiście Gavroche. Tutaj chyba odzywa się moja sympatia do postaci jaką grał i fakt, że nie mogę patrzeć na śmierć dziecka.  Dlatego też, pominę odrobinę sztuczności w jego roli.
Co do dorosłych…  Jackman, gdyby zapomnieć, że gra właśnie w „Nędznikach” i że miała to być rola świetna, spektakularna i w ogóle wypasiona, byłby moim idolem. Ale, że nie zapomniałam, przyznam jedynie, grał miło, lecz sprowadzając wszystko do tematu, że cały film jest pomyłką, całkowicie zachwycić się nie umiem. Russela też zawsze lubiłam, ale w tym filmie obszedł mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Tak naprawdę, to jego rola chyba już w połowie seansu wyleciała mi z głowy i za każdym razem gdy się pojawiał na ekranie, dziwiłam się, co on tu robi.
Starsza Cosette jest nie udana kompletnie. Amandę lubię od czasów „I wciąż ją kocham”, ale tutaj… Po pierwsze, nie mogła dorównać małej, po drugie, jako że Cosette znam tylko z dziecięcych opisów (gdzie Victor przedstawił ją jako osóbkę, która pod opieką dwóch okrutników stała się wręcz brzydka, tylko oczy ma piękne cały czas), przypuszczam, że w dalszej części, wyładnieje.  A tutaj to się nie powiodło. W dodatku, Skyfried w roli Cosette wydała mi się sztuczna i przepłakana. Jakby weszła przez przypadek na plan, zdziwiła się, co ona tu robi, chwilkę smutno pouśmiechała, ponuciła coś i poszła na zakupy ze znajomymi.
Jest jednak pewna parka, która wynagradza mi wszystko – państwo Thénardier. Role zagrane świetnie, a i kwestie mieli na poziomie. Szczególnie pierwsza scena w której występują, była wybawieniem, bo już po woli miałam dość tego filmu…

Drugim porządnym atutem tej produkcji są sceny zbiorowe dziejące się w 1832 roku (czyli ostatnie dziewięć lat później), które, chociaż czasami za teatralne, zapierają dech w piersiach, wykonane są z rozmachem i tym rozmachem widza przytłaczają. W takich chwilach również śpiewu nie ma się dość.

Pomijając już fakt, że po godzinie byłam zmęczona ciągłym słuchaniem piosenek (trzeba dodać, że w  tym musicalu praktycznie nie ma słowa mówionego, wszystko śpiewają), że dwa razy robiłam sobie przerwę, że sceny niektóre ciągnęły się w taką nieskończoność, że trzeba było sobie odpocząć, że większość potraktowana jest po łebkach, że polotu również tutaj brakuje, że historia przedstawiona jest w tak spłycony sposób, że zainteresować się nią nie da, muszę przyznać sama przed sobą, że na Oscara „Nędznicy” szanse mają duże, bo przecież znowu coś innego i nie szkodzi, że nie stoi na takim poziomie jakiego oczekiwałam, większość się zachwyca. A jak wiadomo, gdy jest coś innego, to od razu musi być dobre. Szkoda tylko, że znów nie dla mnie...

"Nędznicy", reż. T.Hooper, 2012, główne role: Hugh Jackman, Russel Crowe, Anne Hathaway

Bliżej księżyca...

Ostatnio jakoś mniej pewnie czuję się w temacie książkowym. Gdzieś wszystko umyka, czytam niby i nie czytam, staram się coś wyciągać z zadrukowanych kart, ale wszystko ulatuje. Może to ta świadomość, że powinnam wypunktować co jest dobrze, a co źle, byście sami sobie ocenili, czy warto sięgnąć. Może… Jakby coś mnie hamowało, żebym tylko nie podeszła do tej książki uczuciowo, żebym się nie zaangażowała, tylko obiektywnym okiem spojrzała.

Filmy jednak cały czas nie tracą swojej magii.  Aktorzy mylą mi się nagminnie, obrazy również, nie mówiąc już o reżyserach i nagrodach. Przez to, a raczej dzięki temu, nieświadoma recenzji i opinii w krytycznym światku, każdy kolejny film jest dla mnie przygodą. Co  prawda, zazwyczaj marną, bo trudno szukać ostatnio filmów, które by mnie porwały, jednak gdy zdarza się ten jeden, czuć to na odległość.

Taki też jest August Rush. Hollywoodskie dziecko, które urzekło mnie.
Evan ucieka z sierocińca. Na swojej drodze spotyka Maxa Wallace’a, który uczy bezdomne dzieci grać, aby mogły dla niego zarabiać na ulicy. Max odkrywa, że w małym chłopcu drzemie wielki muzyczny talent. Evan przyjmuje więc pseudonim August Rush i rozpoczyna karierę ulicznego grajka, chociaż zależy mu tylko na jednym, by jego muzyka dotarła do rodziców. A oni… każde z nich też poszukuje…*

Tym co urzec musiało chyba wszystkich, to cudowna muzyka. Dźwięki łapane przez Augusta, dźwięki ulicy, dźwięki wydobywane przez wiolonczelę  Lyli. Wszechobecna muzyka, która nie nawołuje tylko młodego bohatera, nawołuje każdego z nas i ciągnie w swoją stronę. Reżyser podjął się trudnego i jakże ciekawego zadania, wyłapania tego nieuchwytnego sensu muzyki. Muzyka jest bowiem częścią nas, jest odwzorowaniem naszych uczuć, potrafi łączyć to co oddalone o setki kilometrów i lat. Muzyka to potęga.  A w tym filmie pokazana w genialny sposób.
[bardzo bym chciała usłyszeć ten film zapisany nutami…]


Główny bohater jest…  jak pomieszanie Matyldy z Oliverem Twistem, znajoma, a obca twarz. Geniusz muzyczny… Może niezbyt prawdopodobna wydaje się scena z gitarą, może nawet cała historia Augusta, jednak przecież to nie o to miało chodzić, raczej chciano uchwycić tą muzykę, która grała w chłopcu, która gra w każdym z nas.  Wymagającego bohatera trzeba jeszcze umieć zagrać. Moje zachwyty może i coś zrobiły z oczami, jednak nie na tyle, bym nie zauważyła naprawdę dobrej gry Freddie Highmore’a. Był świetny. Ekspresja, mimika, jestem pełna podziwu. U młodych aktorów w moim rankingu, bezsprzecznie pierwsze miejsce (Marzyciel i August Rush, widać co lubię).

Zauroczyła mnie też postać Magika (Robin Williams) i jego gromadki. Szczególnie ten moment, gdy Artuhr wprowadza Augusta do „domu”, dzieci zjeżdżają, cieszą się, każde z nich z ukrytym talentem, w każdym grająca muzyka. Trochę jak z Alicji, trochę jak z Piotrusia Pana, w dodatku tak przekonująco, że gdybym miała możliwość, rzuciłabym wszystko i sama tam się znalazła.

Jednak żeby tak różowo nie było, nie zapomnę, zrobię się trochę wredna i wytknę kawałek. Kawałeczek. Bo pani reżyser, Louis w ogóle mi się nie podoba. Za bardzo hollywoodzki, za bardzo odpicowany, za bardzo przystojny i do filmów sensacyjnych. Chociaż nie przeczę, głos ma miły.

Cały czas mogę mieć dużo zastrzeżeń, mogę wynaleźć coś z kosmosu. Lecz po co? To jest film, który naprawdę warto obejrzeć. Warto wygospodarować tę chwilkę, by zachłystnąć się muzyką, by poznać Augusta i zaprzyjaźnić się z nim i do końca się bać (mimo podszeptom rozumu), że to się skończy inaczej, że jednak muzyka nie wystarczy. Bo to jest film, który po prostu się lubi, który nas czaruje i hipnotyzuje, sprawia, że znajdujemy się bliżej księżyca…





A teraz zapominając już co świat sądzi na temat Olivera Twista, wychodzę mu na spotkanie...

*opis podparty notką z serwisu stopklatka.pl, bo osobiście nie cierpię pisać streszczeń fabuły….

Musicalowy wieczór

 ***
Przyznaję, Krainie Andersena przydałoby się okurzenie. Nie w tym klasycznym znaczeniu, bo jest czyściutko i dosyć często się odzywam (nie zawsze z sensem i na temat, ale zawsze jakoś), jednak ostatnio jak zanurkowałam w starociach, to tylko czubek zadartego nosa widać. Makuszyński, Hepburn, Orwell, pensjonarskie lektury i Chmielewska. Gdzieś w oddali Dahl, cichcem przemyka w pobożnych życzeniach Pruszkowska. A teraz jeszcze to... Jednak jeśli tak mi dobrze, to co ja będę kombinowała? Bo kiedyś wszystko robili porządnie, panie tego.

***
Zapraszam więc na deszczową podróż w przeszłość (połączoną z tańcami):






Osobom mającym wolny wieczór polecam cały musical Deszczowa piosenka (zapewne jeszcze o nim usłyszycie w Krainie Andersena). Sama zafundowałam go sobie dzisiaj, zapominając o bożym świecie (i lekcjach, oczywiście), a teraz moje myśli zaprząta jedno zagadnienie: może by się tak zapisać na lekcje stepowania?

Flesz filmowy # 3

Flesz filmowy to krótkie ględzenie o kinie, skrawki i migawki z tamtejszych scen, szczątkowe opinie i troszkę empatii. Służący raczej mi, bo często z chaotycznych, urywkowych zdań trudno wyczytać coś bardziej sensownego, gdy nie oglądało się samego filmu. Jednak można zawsze spróbować obejrzeć.
Dzisiaj będzie o dwóch moich ulubionych aktorkach, komediach romantycznych, świetnej muzyce i Paryżu w tle.


"Sabrina", reż. Billy Wilder, 1954
Sabrina (Audrey Hepburn), córka szofera pracującego w domu zamożnych państwa Larrabee, skrycie podkochuje się w młodszym z synów pracodawców, hulace i uwodzicielu Davidzie (William Holden), który jest przeciwieństwem starszego brata, statecznego i zrównoważonego Linusa (Humphrey Bogart). Pewnego dnia ojciec wysyła dziewczynę do Paryża, by nabrała ogłady i wyuczyła się na dobrą służącą. Po kilku latach z Europy wraca mądra i świadoma swej urody kobieta. Teraz to ona jest obiektem pożądania, a bracia zapominają o majątku i pochodzeniu.

Audrey Hepburn ma to do siebie, że zawsze uspokaja mnie. Jej widok, jej perypetie miłosne, jej wszelakie role - oglądanie tych perełek starego kina pozwala mi się odprężyć, odpocząć. Po ciężkich trzech dniach tego właśnie oczekiwałam od Sabriny. Dostałam to jednocześnie czując się troszkę rozczarowaną. Temu tytułowi daleko do świetnych Szarady i Śniadania u Tiffany'ego, czy bardzo dobrych Rzymskich wakacji. Ot, przyjemna komedia romantyczna, obowiązkowa dla fanów aktorki, jednak do obejrzenia raz w życiu. Stylizowana na bajkową scenerię ze zbyt przewidywalną fabułą miejscami jest po prostu nudna.
Ocena: 6/10


"Mężczyźni wolą blondynki", reż.Howard Hawks , 1953
Akcja tego komediowego musicalu rozgrywa się głównie na wielkim promie, na którym znajdują się dwie przyjaciółki, z showbiznesu, płynące przez Atlantyk. Lorelei to słodka blondynka, która nade wszystko kocha diamenty i wielkie fortuny. Przez co niejednokrotnie pakuje się w kłopoty. Jest zaręczona z młodym milionerem Gusem, ale jego ojciec nie wierzy i nie ufa w miłość dziewczyny. Wysyła jej śladem detektywa, który ma zdobyć kompromitujące materiały potwierdzające podejrzenia ojca. Przyjaciółka Lorelei - przystojna i cyniczna brunetka Dorothy sceptycznie podchodzi do planu Lorelei poszukiwania majętnego męża dla niej.

Jeden z lepszych filmów na długie, jesienne popołudnie. Komedia w doborowej obsadzie: Marilyn Monroe i  Jane Russell. Gwarantująca wybuchy śmiechu, uzależniająca, rozczulająca. Która z aktorek tam bardziej lśni? Nie mam pojęcia i zapewne już nigdy nie będę miała. Jednak wiem jedno: zawsze można do niej wracać i zawsze padać ze śmiechu przy scenie na sali sądowej czy próbie odzyskania fotografii.
Ocena:9/10

"Zabawna buzia", reż. Stanley Donen, 1957
Fotograf Dick (Fred Astaire), zafascynowany urodą ekspedientki Jo (Audrey Hepburn), postanawia uczynić z niej modelkę. Namawia właścicielkę wydawnictwa, aby zabrała Jo w podróż do Francji. Tymczasem dziewczyna okazuje się rozkochaną w filozofii intelektualistką. Marzy o tym, by wyjechać do Paryża, gdzie wykłada profesor Flostre. Bez wahania zgadza się więc na sesję zdjęciową

O wiele lepsza niż wyżej opisywana Sabrina. Świetna Audrey, urzekający Fred i  Paryż w tle. Na dodatek fotografie i wspaniała ścieżka dźwiękowa oraz choreografia. Jednak prócz dopracowania od strony technicznej, mamy miłą, romantyczną fabułę oraz szczyptę melancholii. Moim zdaniem perfekcja.
Ocena:9/10

Weekend, który przeminął z wiatrem.

[To nie jest przemyślana notka. To jest próba uchwycenia emocji, jakie towarzyszyły mi podczas czytania tej pięknej książki. Jeśli ktoś jeszcze nie miał przyjemności, niech sobie oszczędzi, nie czyta tego tekstu, a od razu pędzi do biblioteki/księgarni po "Przeminęło z wiatrem". Tych, którzy mimo moich uwag, przeczytają ten tekst uprzedzam - można trafić na spoilery.]

Przeminęło z wiatrem zaczęłam czytać we wrześniu. Wręcz pochłonęłam pierwszy tom, wszelakie opisy (cudowne, napisane ze swadą i znajomością tematu), wszelakich bohaterów, których połykałam łapczywie, jak osoba spragniona dobrej literatury i wielu różnych charakterów, no i, co najważniejsze, pochłaniałam tamte czasy. Oddychałam powietrzem Tary, cudownej czerwonej ziemi, uśmiechałam się do Geralda, podziwiałam suknie panien, maniery i Ellen. Jednak niczym szmaragd lśniła ona - Scarlett.Wredna, zarozumiała, pewna siebie, egoistyczna. Chociaż nie... Może w pierwszym tomie (i połowie drugiego, swoją drogą) nie widać tak tego było. Nie jestem pewna. Aktualnie patrzę na nią całościowo. Jednak wróćmy do opowieści.
Otóż wsiąkałam w tamte klimaty. Z prowincji przeniosłam się do Atlanty, zaczęła się wojna, coraz bardziej podobał mi się Rett. No i miałam dość Ashleya. Skaranie boskie z nim, sierota jakich mało.A potem zdarzyło się to. Scarlett postanowiła wyjść za Franka Kennedy'ego. Mówcie sobie co chcecie, jednak do tego czasu broniłam tej zielonookiej istotki, widziałam w niej kilka moich cech i wszelkie, nawet najgorsze świństwa, wybaczałam bez mrugnięcia okiem. Jednak akurat wtedy (że zacytuję sama siebie) zastanawiałam się, dlaczego nikt Scarlett młotkiem nie zdzielił w głowę. I się na nią obraziłam. Miną cały miesiąc, skompletowałam cały stosik, który czeka na przeczytanie, a w nim tkwił, z zakładką w połowie, drugi tom Przeminęło z wiatrem. Więc zaczęłam czytać.
Miną miesiąc, jednak ja pamiętałam wszystko dokładnie, nic mi się nie mieszało, żadne wątki. Widać było, że książka przeniknęła mnie do szpiku, chociaż wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Tom się skończył nie wiadomo kiedy. Scarlett była bogatsza o nowe doświadczenia (nowego męża swoją drogą również) i nowe plotki. Pobiegłam do biblioteki po trzeci tom i wtedy właśnie zaczął się weekend. W ostatniej części nie zauważałam już tak bardzo wszystkiego, a jedynie tych dwoje, Scarlett i Retta. I miałam ochotę zatłuc albo jedno albo drugie (względnie ich oboje), widząc co robią. Miałam również coraz większy szacunek do Meli. Może była trochę zbyt wyidealizowana, jednak wiedziałam i cały czas wiem, że takie anioły też się zdarzają. Sama znam jednego. Gdy czytałam ostatnią część, przepłynęło przeze mnie wiele uczuć, od radości przez podziw do nienawiści i litości. A potem wszystko się skończyło, zostało tylko ostatnie zdanie (które sama jakże często stosuję!) i zostało coś jeszcze. Został smutek.Dziwne uczucie. Strasznie delikatne, ale mające większy wpływ niż złość czy nienawiść.

Byłam świadoma, że pani Mitchell dokonała czegoś wielkiego. Na tle wojny secesyjnej i innych przemian ukazała również ludzi jakże różnych, ludzi którzy się przeminęli, których czasy przeminęły.
Wiedziałam, że gdyby zakończenie było inne, nie zrobiłoby takiego wrażenia.Jednak miałam żal, wielki żal, że tak to się skończyło. Nie obchodziła mnie druga strona mojej duszy, tkwiąca w bezbrzeżnym podziwie dla autorki, która wykreowała tę dwójkę mistrzowsko i mistrzowsko pokazała różność ich charakterów a jednocześnie takie podobieństwo. Chciałabym, by wszystko skończyło się inaczej. Była 2 w nocy. Już sobota. Jakieś pięć godzin później przeczytałam sobie ważniejsze fragmenty, by je przetrawić jeszcze raz, ucieszyłam się ze śniegu, który zawsze sprowadzał na mnie spokój i poszłam do biblioteki. Wiedziałam co chcę... Chciałam Scarlett, kontynuację napisaną przez inną autorkę.

Wybrałam się do biblioteki, jednak gdy zobaczyłam jakieś 700 stron (na oko), odechciało mi się. Miałam brnąć przez tak wiele rozdziałów, tylko po to by otrzymać wymarzone zakończenie? Nie czułam się na siłach. Zrezygnowałam.

Jednak wieczorem zatęskniłam. Było mi... smutno. Pamiętając Śniadanie u Tiffany'ego i to, jak film różni się od książki, postanowiłam przekonać się czy i tym razem nie będzie podobnie. Poza tym, uśmiech Clark'a...Najpierw byłam oczarowana. Przedstawienie Tary, całej Gregorii - świetne. Zaraz potem się uśmiechnęłam. Scarlett była popsuta. Pierwsze skojarzenie: ten reżyser to jakiś męski szowinista! Aktorce nic nie mam zamiaru ujmować, jednak to, jak rolę zielonookiej ślicznotki wyobraził sobie pan Victor Fleming było jednocześnie denerwujące i pocieszające (bal w Atlancie, gdy "biedna" Scarlett w żałobie po Karolku nie mogła tańczyć - dawno się tak nie uśmiałam). Vivien była komiczna, co zdecydowanie podnosiło na duchu.
Niestety, potem jakoś Scarlett zaczęła się psuć - nie była śmieszna, była egoistyczna i wręcz okropna! A Rett? Matko, z aroganta zrobiono miejscami wręcz lalusia. Pierwsza książkowa scena zazdrości - urodziny Ashleya. Tutaj nasz bohater prawie cały czas był pokrzywdzony, zazdrosny i mówił Scarlett, że ją kocha. Ona musiałaby być ślepa, że tego zauważała. A jak wiemy, nie była.
No i jeszcze Mela - kochana moja okazała się:
  • pucią jakich mało. Nie wiem, dlaczego właśnie tę aktorkę obsadzili w roli żony Ashleya. Strasznie psuła moje wyobrażenia.
  •  zachowywała się tak, jakby wiedziała, że Ashley i Scarlett się kochają, ale starała się tego nie zauważać. Paradne! No i akurat ją miałam ochotę w tym filmie udusić.

Po tych drobiazgowych zastrzeżeniach spokojnie mogę stwierdzić, że film mi się spodobał. Gdybym nie znała książki, zapewne bym go wręcz uwielbiała. Rett stałby się tym, do którego się uśmiecham, a Scarlett wredną paskudą. Jednak stało się jak się stało i nie żałuję. Postacie wykreowane przez Mitchell były bardziej wielowarstwowe.

Jednak film też zakończył się smutno (chociaż tym razem smutno mi nie było, cieszyłam się raczej, że Rett uwolnił się od paskudy). Godzina 23, co było robić, przełamałam się i ściągnęłam e-booka. Tylko po to, by wreszcie przeczytać szczęśliwe zakończenie. Zaczęłam czytać, wciągnęło, jednak już nie aż tak, jak Przeminęło... W pewnej chwili po prostu stwierdziłam, że jestem śpiąca.Jednak następnego dnia znów zaczęłam. Wróciłam do Scarlett, do Retta, do nowo poznanej mamy.

Nie wytrzymałam, upewniłam się, że ostatnie strony to pogodzenie Retta i Scarlett. Kończyło się szczęśliwie. Uff.

Czytałam dalej. Wizyty, bale. Jednak to już nie było to. Nie to pióro, nie ten klimat. I co najważniejsze: nie ci bohaterowie. Rett był okropny. O ile po lekturze książki Mitchell uwielbiałam go, to teraz najchętniej bym mu coś zrobiła. A Scarlett... Przepraszam, pani Alexandro, jednak płakać mi się chciało. Nie wiem, ale ja odebrałam główną bohaterkę Przeminęło z wiatrem jak osobę, która nie będzie się poddawała i kłaniała, latając za przemądrzałym Rettem. A tutaj proszę! Suprise. Za to Rosemary zdobyła moją sympatię. Tylko ona. I cóż. Poległam. Doszłam do 274 strony  i poddałam się. Miałam dość. Kiedyś skończę tę książkę, jednak nie w najbliższym czasie.

Po naciśnięciu na zdjęcie przeniesiecie się na stronę książki.

Przypomnienie dla dorosłych: Nibylandia istnieje!

Kiedyś już wspominałam, że mam w piwnicy dużo cudów. Nie takich, jakie znajdują się na strychu w każdej bajce (u mnie nie ma - szukałam), ale takich dobrze dobranych. Tam właśnie trafiłam na Marzyciela. Zresztą nie na Marzyciela, trafiłam do Nibylandii, do cudownej krainy, którą zna każdy z nas...

Piotruś Pan, Zaginieni Chłopcy, kapitan Hak, krokodyl (mój ulubieniec), Dzwoneczek, Indianie, syreny - stworzenia jakby nie z tego świata, które myśląc rozsądnie, nie istnieją. Jednak ja wierzę w nie cały czas. Każde dziecko, przynajmniej do pewnego okresu też w nie wierzy.

A potem? Dlaczego potem większość dorosłych zapomina o dziecięcych marzeniach, jakby wolała pławić się w masie brudnych spraw, zajęć, które nudzą (ale za to jakie pieniądze przynoszą), a wieczorkiem siąść przed telewizorem?

James Barrie ma żonę Mary, piękny dom i psa, ale nie jest szczęśliwy. Pisze sztuki i książki, które nikomu nie przypadają do gustu, a on nie wie, jaka jest tego przyczyna. Wszystko zmienia się pewnego pięknego dnia, gdy całkowicie przypadkowo poznaje w parku wdowę Sylvię Llewelyn Davies i jej czterech synów. Od tego momentu James czuje, że jest komuś potrzebny - staje się członkiem tej rodziny i prawdziwym przyjacielem Sylvii. 

Wiem, że dalej większość najchętniej zobaczyłaby cudowny romans, jednak reżyser miał jeszcze trochę rozumu, wyczucia, dobrego smaku i nie zaprzepaścił tej sztuki.Co więcej, film wydaje się być wręcz świetny.

Jednak już teraz powinnam uprzedzić wszystkich fanów Deppa - nie spodziewajcie się, że to jakaś jego wielka rola. Gwiazdor Hollywood miał zagrać zwykłego człowieka, w dodatku nie popychanego przez dziwne żądze i uczucia. Dlatego swojej mimiki nie potrzebował aż tak bardzo... Jednocześnie, w moim odczuciu, dobrze wpasował się w świat Marzyciela. Zwyczajnie i niepozornie, a jednak z duszą. To samo spokojnie mogę powiedzieć o Kate Winslet (która budziła we mnie niechęć, aż do teraz). Wreszcie znaleźli się tam gdzie powinni, w role wpasowali się wręcz idealnie. 




A było w co się wpasowywać... Sam scenariusz, pomysł nie wzbudził moich najmniejszych zastrzeżeń. Pomysł na opowiedzenie kawałka życia twórcy Piotrusia Pana przyjęłam z entuzjazmem. Przecież nie za wiele mamy filmów o autorach wybitnych książek... Jednocześnie mało mamy filmów tak prostych, bez zbędnej pompy i oklasku. Marzyciel łączył to w sobie.
Zapewne było wiele niedociągnięć, które bystry krytyk wyłapał przy pierwszym oglądaniu. Ja, zwykły laik, ten film po prostu czułam i przeżywałam. A po nafaszerowaniu się masą komedii romantycznych czy filmów sensacyjnych, ten spadł jak grom z jasnego nieba.


Był spokojny, miejscami wręcz melancholijny, a dzięki temu działał kojąco. Poza tym, zmuszał do refleksji, nie będąc łzawym. Nie kończył się wszechobecnym happy endem, nie udawał, że zawsze będzie i żyli długo i szczęśliwie. Ten film po prostu był. Istniał własnym życiem, egzystował tuż obok mnie i stamtąd mnie przyciągał do siebie.

Stwierdzenie, że przypominał o tym, iż marzenia się spełniają, wydaje się być tutaj nie na miejscu. Raczej powiedziałabym, że każdy może marzyć... A film był zwykły w swej niezwykłości. Po prostu.

Zrobił na mnie duże wrażenie, uroniłam nawet na nim łezkę. I polubiłam go całym sercem. Polubiłam go tak bardzo, że chociaż minęło trochę czasu od obejrzenia go, to i tak język jeszcze mi się plącze... Nie umiem powiedzieć nić więcej...