Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty

Smutna, dziecięca Pippi.

Szwedzki pisarz Ulf Stark opowiada o czytaniu Pippi Pończoszanki w dzieciństwie:


"Ale wcale się nie śmiałem. Bo podczas gdy mama widziała imponujący bunt Pippi przeciwko tym porządkom, do których musiała się stosować każdego dnia, ja widziałem smutek dziewczynki, której mama nie żyła, a tata zostawiła ją samą. Więc nic dziwnego, że wymyślała o nim różne historie. I nic dziwnego, że ciągle stroiła sobie jakieś żarty - aby zapomnieć, że jest sama. (...)
A jak to się stało, że zacząłem się sam sobie podobać, kiedy mama czytała "Pippi Pończoszankę"? Po pierwsze, czułem się bardzo dobrze wychowany. Wcale nie byłem taki dziki i hałaśliwy jak ona. Dobre było również, że jej nos wyglądał jak kartofel, bo mój brat mówił, że miałem kulfona. Ale najważniejsze było to, że rozpoznawałem siebie.
Znałem tę EGZYSTENCJALNĄ SAMOTNOŚĆ.
(...) Ale się nie śmiałem. W końcu mamę to zmartwiło.
Zaniepokoiło ją, że brak mi poczucia humoru.
-Pewnie jesteś za mały - powiedziała. - Z czasem zrozumiesz, jakie to zabawne. Nie sądziesz?
Uniosła książkę, gdzie Pippi siedziała ze skrzyżowanymi nogami jak rudowłosy Budda, z panem Nilsonem w ramionach.
-Na pewno - odparłem.
-Ale mimo to lubisz tę książkę? - dopytywała się.
-Kocham ją - odpowiedziałem.
Czyż mogłem nie kochać czegoś, co mogło pocieszyć mój smutny cień?"

Źródło: "Astrid Lindgren: Opowieść o życiu i twórczości" M. Stromstedt, str.318-319

Opowieść o Astrid

To chyba jeden z tych najmilszych i najbardziej zwodzących rodzajów biografii. Tytułowa opowieść jest prawdziwą opowieścią, a autorka książki Astrid Lindgren bardzo lubi, co zaraz sprawia, że ja lubię samą autorkę. Szczególnie, że autorka przy okazji pisze ładnie, ciepło i o tym, o czym słuchać można cały czas.

Pierwsza i najdłuższa część biografii poświęcona jest dzieciństwu, które Astrid nazywała najważniejszym okresem w swoim życiu. Kochana przez wszystkich czytelników książka Samuel August z Sevedstorp i Hanna z Hult w przeróżnych postaciach - krótkich historii, opowiadań, opowieści i wspomnień - pojawia się również tutaj. Okraszona przygodami samej Astrid i jej rodzeństwa, zwinnie przechodzi w historię dorosłej Astrid - samotnej matki, biednej, szukającej pracy i tęskniącej za dzieckiem, które musi wychowywać się w obcej rodzinie, by w pewnej chwili zmienić się w opowieść o szczęśliwym małżeństwie z dwójką dzieci, radości, książkach, jednocześnie zahaczając o smutki rzeczywistości, a na końcu po części traktować o popularności.

Dużo można zarzucić tej książce, jako że jest nieobiektywna, omijająca momenty w których Astrid jest trudniej, zdawkowo wspominająca tak bolesne wkraczanie w dorosłość. Pisana przez przyjaciółkę autorki, w dodatku za jej życia! Jednocześnie to sprawia, że ta biografia jest jedną z najcieplejszych i jedną z moich ulubionych. Pani Margaret czuje książki Lindgren, rozumie je, czasem cytując znane osoby czy przywołując wspomnienia samej Astrid. Czyta się ją świetnie i nie mamy wrażenia pominięcia poszczególnych fragmentów. Szczególnie, że tak samo szczątkowo potraktowane jest całe życie dorosłe Astrid - nie tylko nieszczęścia, ale i radości, z jedynie zaznaczonymi ważniejszymi wydarzeniami.

Pani Stromstedt na rzecz życia osobistego zagłębia się w twórczości Lindgren. Po części z sentymentem i miłością, rozpatruje życie przez pryzmat książek i odwrotnie. I tak możemy dowiedzieć się, dlaczego grzeczne Dzieci z Bullerbyn wyszły spod pióra tej samej pisarki co niesforna Pippi. Odnajdujemy w tej książce to, co sami odczuwamy po raz kolejny czytając Mio, mój Mio. Dostajemy też szersze spojrzenie, jak wielkie znaczenie miały baśnie i powieści Astrid w tamtym czasie, jak burzyli się niektórzy krytycy, jak czasem uciekano się wręcz do cenzury, jak zmieniło się postrzeganie dziecka, jak wielka była otucha niesiona dzieciom.

Rysą tej książki jest jedynie kryształowy wizerunek w kontaktach z mediami, w mieszaniu się do polityki. Z zakorzenioną w nas podejrzliwością trudno wierzyć w człowieka tak nieskazitelnego na tym polu, jednak mimo wszelkich przeciw wierzymy i dobrze nam z tym. Czujemy gdzieś w głębi, że Astrid mogła być tym dobrym człowiekiem, który tak zażarcie walczył o prawa dzieci, zwierząt i sprawiedliwość. Jednak nie widzę cały czas powodu, by nie wyciąć choć kawałka tych opisów, bo choć nie jest ich strasznie dużo, to zawsze mogło być ich trochę mniej. Szczególnie, że zazwyczaj egoistycznego czytelnika interesuje przede wszystkim to, co autor napisał, jak książka jest z nim powiązana, jak ukochana opowieść wpłynęła na innych. A że pani Margaret opowiada o tym wspaniale, to nic dziwnego, że chcemy więcej i więcej.

Piękne było spojrzenie na Astrid za pomocą obrazów, zostało we mnie na długo. To jest inne, mniej prywatne, a jednocześnie głębsze i szersze. Widzące też zmiany na większym polu niż tylko w sercu jednego czytelnika. Choć od tego czytelnika samotnego się zaczyna. Jest to spojrzenie ciepłe, pełne zrozumienia i po części własnego przywiązania. Może brakuje mu obiektywizmu, jednak wychodzi mu to na dobre. Staje się historią autora i czytelnika, będąc jednocześnie historią autora i całego świata. Z miłością i subiektywnie. Zawsze jednak realistycznie. Z miejscem na chłodną interpretację i uczucia. Takim autorom powinno się takie biografie pisać. Po prostu.

"Astrid Lindgren: Opowieść o życiu i twórczości" M.Stromstedt, wyd. Nasza Księgarnia, 2000, tł.A.Węgleńska

zdjęcia z google.pl

O miłości, humorze i przeznaczeniu...


Nie tak wyobrażałam sobie zakończenie całego wyzwania, jednak jak się okazało, troszkę przeceniłam swoje siły i zapomniałam o moim tempie pisania, słowem zostało jeszcze kilka książek, o których nie udało mi się wspomnieć, a które powinny zagościć. Wiadomo, modelacja i panowanie nad czasem, to nie jest umiejętność posiadana przez wszystkich.

"Rasmus i włóczęga" A.Lingren
Dziewięcioletni Rasmus z domu dziecka marzy, że znajdzie kogoś, kto go pokocha i ofiaruje mu prawdziwy, ciepły dom rodzinny. Pewnego szczególnie pechowego dnia nieszczęśliwy i samotny Rasmus podejmuje decyzję o ucieczce. Po nocy spędzonej w szopie spotyka Oskara - włóczęgę. Razem wyruszają na wędrówkę. Czeka ich długa i niebezpieczna droga. [źródło]

Jedna z tych mniej smutnych i melancholijnych książek Lindgren, w której jak zawsze wylewa się dziecięca miłość i brak odzewu ze strony dorosłych. Mamy prosty opis sierocińca, troszkę przygód, dużo ciepła i humoru. No i oczywiście, mamy bułeczki cynamonowe z mlekiem - najlepszą rzecz na świecie!

"Rasmus, rycerz Białej Róży" A.Lindgren
Kalle Blomkvist jest postrachem złoczyńców w całej Szwecji. Nie znajdzie się nigdzie drugiego detektywa tak spostrzegawczego i odważnego jak on. Nieustraszony śledczy popada jednak w kłopoty, kiedy na jego oczach zostaje uprowadzony mały Rasmus. Wraz z niezawodnymi przyjaciółmi Kalle wyrusza w pościg za kidnaperami, choć dręczą go wątpliwości. Problem polega na tym, że ma dopiero piętnaście lat...[źródło]

Nie przepadam za Lindgren w tym wydaniu. Co prawda, Rasmus jest rozczulający poprzez wieczny słowotok, co prawda, jest dużo emocji przy pościgach i wreszcie są kidnaperzy w krzywym zwierciadle, jednak podobnie jak Michael Blomkvist nigdy nie mogłam polubić Kallego. 
Tylko ta Wojna Róż - zaraz przypominają się wakacje...

"Brat" E.Kiereś
Pewnej księżycowej nocy dwaj bracia wyruszają na łowy, ale nieświadomie popełniona wina sprowadza na nich gniew tajemniczych i groźnych potęg. Wbrew zaklętemu losowi bracia będą próbowali odnaleźć się nawzajem w świecie, który dotąd znali tylko z gawęd snutych przy domowym ognisku. Czy im się to uda? I za jaką cenę? Czy poznają tajemnicę, od której ich wędrówka się rozpoczęła? A rozpoczęła się znacznie dawniej niż mogliby przypuścić.[źródło]

Lubię panią Emilię w tym ludowo-baśnowym wydaniu. Spokojna, po części mroczna książka o poszukiwaniach, uczuciach. Jedna z tych, które można włożyć między inne cudowne zbiory baśni. Jedna z tych, w których odnajduje się jakieś kawałki siebie. Co prawda, nie urzekła mnie tak, jak "Łowy", jednak zasługuje na uwagę.

"Rudy Dżil i jego pies. Kowal z Polesia większego" J.R.R. Tolkien
Giles, spokojny gospodarz z Ham, nie grzeszy odwagą. Przypadek sprawia, że zostaje Bohaterem Okolicy. Otrzymuje od Króla sławny miecz, szczególnie zasłużony w zabijaniu smoków. Kiedy więc pojawia się smok, zadanie zabicia potwora spada na niechętne temu brzemieniu barki Gilesa. Lecz oto smok odmawia walki... 
Przylesie Wielkie słynie z biegłych w swoim zawodzie rzemieślników i ze znakomitej kuchni. Pewnego razu urzędujący Mistrz Kucharski wyrusza w drogę, nie wiadomo dokąd. Wraca z czeladnikiem. Nie jest to jednak zwyczajny uczeń. To król czarodziejskiego ludu. Ma on do wypełnienia misję, która zmieni losy pewnego chłopca.[źródło]

Pierwsze opowiadanie to karykaturalny obraz rycerstwa. Giles jest miły i przeciętny. Sławę zyskuje dzięki tylko i wyłącznie szczęściu. Jak się okazuje, wielkie czyny nie muszą iść za wielką odwagą. Miło, zwiewnie, zdecydowanie po tolkienowsku i z przymrużeniem oka.
Drugie opowiadanie bardziej baśniowe, też troszkę dowcipne, jednak przede wszystkim bardziej zahaczające o ludowe wierzenia. No i jeszcze jedno - ciekawsze.  Obydwa proste i kunsztowne za razem - po prostu Tolkien.

Dlaczego kąpiesz się w spodniach, wujku? ("My na wyspie Saltkrakan" A.Lindgren)

Kiedyś Mariusz Szczygieł powiedział, że „Śmierć pięknych saren” to najbardziej anty-depresyjna książka świata. Po jej przeczytaniu, zgodziłam się z moim ulubionym felietonistą. Dzisiaj jednak muszę wziąć na to poprawkę: jest jeszcze jedna pozycja, dorównująca pod tym względem wspomnieniom Oty Pavela. Książka uwielbiana przez dzieci, książka odkryta przeze mnie w tym, jeszcze świeżym, roku – „My na wyspie Saltkrakan”.

Ta historia to bilet do wakacyjnych przygód, kąpieli w morzu, łowienia pstrągów, budowania szałasów. Pełna ludzi do pokochania, małych radości, domów do ulubienia, chwil do złapania, dziecięcych teorii do wcielenia w życie. Skusisz się? Zaryzykujesz? To wsiadaj.

Ostrożnie, tutaj belka trochę wystaje. Hop! Już możesz stanąć spokojnie, będzie tylko trochę kołysać, jak to na statku. Lecz gdy siądziesz na ławeczce, wszystko będzie wydawało się spokojniejsze, widzisz? Wystaw twarz do słońca. Czujesz? To już wakacje, w wakacje słońce patrzy weselej, wakacyjnie. Tam? Stoi sobie spokojnie Melker – znany pisarz. Czwórka wokół niego, to oczywiście jego dzieci, Malin, Johan, Niklas i Pelle. Ale uwaga, wysiadamy! Witamy na wyspie Saltkrakan.

Już  czeka na nas Tjorven wraz  ze swoim nieodłącznym czworonożnym towarzyszem.  Czekają tam również dziecięce przygody, stare zawalające się domy, w których trzeba mieszkać, czekają pierwsze zwierzątka domowe.

Gdzieś w  tle przewija się cichcem temat śmierci matki, rozterki, ból po stracie. Pojawiają się różne charaktery.  Ulubiony, zamknięty w sobie Pelle, ciekawska Tjorven, nad wiek dorosła Malin, wieczny Piotruś Pan – Melker. Jak to w życiu. Pojawia się strach przed samotnością, jednak wszystko przykrywa warstwa beztroskiego lata i bezpieczeństwa.
„-Wujku, wiesz co? Jak nie potrafisz pisać tak, żebym ja rozumiała, to właściwie możesz wcale nie pisać!”
Słowa malutkiej Tjorven utkwiły mi w głowie i nie chcą do dzisiaj wyjść, chociaż już dobry miesiąc miną od tej lektury. Wielu jest teraz autorów, którzy piszą bestsellery, przez niektórych okrzyknięci są wręcz geniuszami. I powolutku zapomina się, że szczytem geniuszu jest napisanie książki dla tak wymagającego czytelnika jakim jest dziecko. Tylko autor, który ma w sobie cząstkę dziecka, dla dziecka napisze książkę. Astrid Lindgren pisała dla dzieci, umiała pisać dla dzieci. Poruszała tematy czasem przykre, ubierała je w słowa proste, które oddawały rzeczywistość, umiała pokazać odczucia dziecka.

Ale nie można zapomnieć o najważniejszej kwestii: Dlaczego wujek kąpie się w spodniach? Otóż, wujek kąpał się w spodniach na okładce w pierwszym tłumaczeniu pani Marii Olszańskiej, bo w szwedzkiej wersji oraz w późniejszych polskich wydaniach było po prostu: My, na wyspie Saltkrakan.
Ale! Wujek kąpał się w spodniach we wszystkich wydaniach i tłumaczeniach, gdzieś w środku książeczki. A dlaczego? Po prostu kochał swoje dzieci i martwił się o nie. Był również człowiekiem pomysłowym. I dlatego właśnie kąpał się w spodniach.  A jeżeli  jeszcze nie wiecie, jaki to wszystko ma związek, ja bym radziła się przekonać samemu. 

"My na wyspie Saltkrakan" A.Lindgren, wyd. Nasza Księgarnia, 2011, tł.M.Olszańska

Najpiękniejsza baśń świata. ("Mio, mój Mio" A.Lindgren)


Nie wiem, jak to się dzieje, lecz im człowiek starszy, tym trudniej mu marzyć. Jakby uczepił się go głos i szeptał do ucha: szkoła, nauka, problemy duże i małe – myśl o tym… Chociaż  szukasz książek, by ten głos zagłuszyć – nie zawsze udaje się. A jak nawet już się uda, zaraz wchodzisz w świat podobny do twojego, po prostu, na kark zarzucasz sobie problemy innych.

Nie tym razem jednak, wreszcie głos uciekł, zakopał się głęboko w ziemi, zapewne drżąc ze strachu przed najgroźniejszymi historiami świata: baśniami. Sięgnęłam wreszcie po jedną z tych cudownych książek Astrid Lindgren i  gdybym miała w trzech słowach opisać tę, powiedziałabym: najpiękniejsza baśń świata.

„Mio, mój Mio” bowiem, zamiast znajdować wydarzenia zastępujące nam codzienne problemy, wyciąga rękę, by zabrać nas tam, gdzie ich w ogóle nie ma – do Krainy Dalekiej.
Czy zostałeś przypadkiem porwany z parkowej ławki, tramwaju, łóżka, to nie ma znaczenia. Wreszcie czujesz się wolny, spokojny i bezpieczny. Księżyc przybliża się niepostrzeżenie, kraina już jest, odnaleziony ojciec-król i przyjaciele również.

Mijają więc dni, na przechadzkach po ogrodzie różanym, po  łąkach  i lasach. Pojawia się cudowny koń o ufnych oczach, jest też źródło gaszące pragnienie.

Lecz jak to w każdej baśni bywa, pojawia się mroczna postać. Tym razem pod nazwą rycerza Kato, zabiera najmłodszych, wkładając im serca z kamienia bądź zamieniając w ptaki. A uratować może ich jedynie Mio. Malutki Mio, zabrany ze sztokholmskiego parku. Czy ojciec-król nie kocha go, jeżeli godzi się, by wyruszył na taką wyprawę?...

Pod osłoną tej historii wielu biografów znalazłoby kawałek życia autorki. To ona musiała oddać swojego maleńkiego syna do adopcji, ponieważ nie stać jej było, by utrzymać dziecko. Dopiero po trzech latach mogła zatrzymać synka w domu. Cóż, zapewne w historii kryje się przesłanie dla Lassego. Jednak to przesłanie jest również gwarancją dla wszystkich dzieci, uspokaja je i otula bezpieczeństwem.  Rodzice czekają na nie w Krainie Dalekiej. Ktoś czeka w Krainie Dalekiej i na nas.  I chociaż czasem czekają na nas trudne zadania i trudne przeszkody, my je pokonamy…

Prócz sugestywnej historii w książce czekają na nas marzycielskie scenerie, bure bądź sielskie krajobrazy.   Czekają na nas ludzie i straszni, i ludzko okrutni, i prawdziwi przyjaciele.
A siła całego opowiadania tkwi w prostocie. Dziecko jest wymagającym czytelnikiem. Nie dla niego długie, nic nie wnoszące opisy. Powiesz „ogród różany” i one widzą już wszystko. Ale oszczędzać na papierze też nie można. Nie zapominajcie o pytaniach, jakie zadają dzieci. Trzeba trafić idealnie. W styl prosty, wyczerpujący, zajmujący, magiczny, pobudzający naszą wyobraźnię. Astrid Lindgren robiła to po mistrzowsku.

Piszę dzieci to, dzieci tamto, jednak sama widzę po sobie, czego od babci wymagam, co ona mi daje. Podróż do krainy marzeń każdego dziecka, każdego samotnika, każdego introwertyka, każdego zaganianego społecznika. Podróż nie pierwszą klasą, co to bowiem za radość, gdy wszystko mamy podane? Tutaj dużo musimy sobie wyobrazić, samemu przeżyć tę historię i to jest w tej książce najpiękniejsze. 

I dlatego ja tak uwielbiam tę książkę. Mimo niebezpieczeństw czekających na Mio, opowieść ta przynosi ukojenie i nadzieję...

"Mio, mój Mio" A.Lindgren, wyd. Nasza Księgarnia, 2008, tł.M.Olszańska

Sylwester z babcią


źródło
Będąc małym brzdącem, jako pierworodna, zostawałam pod opieką nianiek. Powód był prosty - moje babcie pracowały wtedy jak szalone. Jednak dobrze pamiętam ostatnie dni roku. Rodzice wychodzili na zabawę, a my (czyli czwórka rozwrzeszczanych dzieciaków) zostawaliśmy ułożeni grzecznie w pokoju i staraliśmy się zasnąć. Wtedy to babcia śpiewała nam wspaniałe kołysanki, a za oknem czaiła się ciemność. Mój brat i kuzyni szybciutko zapadali w sen, ze mną było gorzej. Schodziłam wtedy do babci na dół i razem z nią oglądałam koncerty w telewizji. Dopiero w tym salonie przy babci czułam się spokojna.

Dzisiaj też jest Sylwester, moje plany wzięło w łeb całkiem nie dawno i ten nieuchronnie zbliżający się nowy rok powitam najprawdopodobniej w łóżku, czy przy komputerze. Jednak jest coś, co rozświetla widmo nadchodzącej nocy - kolejna babcia. Babcia przyszywana, jednak prawdziwa jak obydwie mieszkające niedaleko mnie. Babcię ową poznałam będąc w przedszkolu - najpierw za sprawą "Dzieci z Bullerbyn", potem "Karlssona z dachu" czy "Nilsa Paluszka". I od razu ją polubiłam.

Dzisiaj poznałam ją trochę lepiej, chociaż co odzwierciedla ją tak dobrze jak piękne historie, którymi uraczyła mój dziecięcy świat? Nic tego nie odda. Może te piękne zdjęcia...

Zanim moja babcia stała się wielką Astrid Lindgren, matką Ronji i Emila, była małym urwisem. Biegała, pływała, wspinała się na drzewa (zresztą, potem też nie zrezygnowała z tej rozrywki) i miała wiele szalonych pomysłów. W pewnej chwili zauważyła, że jednak to już koniec tego szaleństwa, że dorosła. Okropne uczucie.
W wieku lat 18 babcia zaszła w ciążę z człowiekiem, którego nawet nie chciała znać. Musiała opuścić rodzinę, ukochane Vimmerby, brata, siostrę, rodziców (by nie przynieść im wstydu, to były bowiem inne czasy). Wyjechała, urodziła cudownego chłopczyka imieniem Lasse, skończyła jakiś kurs i pracowała. Niestety, pensja za wysoka nie była, dziecko musiała oddać do zastępczej rodziny. Jako, że rodzina ta mieszkała w Danii, młoda mama przez trzy lata, żyjąc na skraju ubóstwa, jeśli tylko mogła odwiedzała synka. W końcu zabrała Lassego do Vimmerby gdzie zostawiła go pod opieką rodziny.

Jednak dalej było już tylko lepiej. W 1931 roku babcia wychodzi za mąż za Sture - szefa biura, kilka lat później na świat przychodzi Karin. To ona wymyśli imię dla Pipi Pończoszanki, to dzięki niej poznamy tę rezolutną dziewuszkę.
Potem jeszcze wiele się dzieje, książki stają się bestsellerami, niektórzy odchodzą z tego świata, babcia dostaje tysiące listów i na każdy stara się odpowiedzieć. Walczy o prawa ludzi i zwierząt.
Na zdjęciach nie zmienia się i jak dowiadujemy się ze wspomnień - w duszy tak samo. Chociaż ma osiemdziesiąt lat wspina się na drzewa, pływa rankiem w jeziorze, pisze, bawi się na cmentarzu. I kocha swoje dzieci tak, że aż trzeszczy.

Każde z tych zdjęć, zamieszczonych w tej książce to próba uchwycenia tego charakteru Astrid, jej wspaniałego serca i postrzelenia z którego nie wyrosła.
Jak głosił podpis pod jednym ze zdjęć:
W dni powszednie chłopca dogląda właścicielka mieszkania, ale w święta oboje: mama i syn bawią się w parku na całego, wdrapują się na drzewa, huśtają i zjeżdżają na zjeżdżalniach. W dorosłym wieku Lasse opowiada: "Nie była jak inne mamy. Nie siedziała na ławce przy piaskownicy, patrząc, jak dziecko się bawi. Chciała też się bawić."

Książka składa się ze wspaniałych portretów Astrid, chociaż i tak te wszystkie zdjęcia zamykają się w tym jedynym:
źródło
Dziękuję, babciu, że tak jak dwie pozostałe jesteś przy mnie w tej książce i wszystkich innych. Wiecie, lubię mieć dużo babć. Chociaż moje dwie wystarczyły by mi za wszystkie babcie świata, to dobrze wiedzieć, że jest jeszcze kilka innych...

* * *
"Portrety Astrid Lindgren" , , Węgleńska Anna

Przepraszam, za tak niewiele zdjęć, (blogspot się zbuntował), za tak chaotyczny  tekst (czas się zbuntował) i w ten nadchodzący nowy rok życzę sobie i wam, byśmy jak najczęściej czuli się tak jak w obecności babci Astrid i jej bohaterów. Zapewne ci, co czytali tę książkę, wytkną mi pominięcie pewnego rozdziału. Doszłam do wniosku, że zasługuje on na oddzielną notkę i w oddzielnej notce go umieszczę. A na razie pozdrawiam wszystkich noworocznie (już niedługo!).

Wracam do wspomnień... "Dzieci z Bullerbyn"

Dzieci z Bullerbyn” chyba można już nazwać pozycją klasyczną. Lektura szkolna, tak często wznawiana, że nie sposób zliczyć podbiła serca wielu osób. W tym moje.

Każdy dzień, niby zwyczajny przynosił cudowne wyzwania, wiele wydarzeń i mnóstwo ciepła. Razem z dziewczynkami szukałam kryjówki chłopców, spałam w stogu siana, obchodziłam urodziny, święta Bożego Narodzenia, robiłam zakupy, jeździłam na łyżwach.  Setki razy czytałam jak Lasse wpadł do przerębli, jak Ollemu ruszał się ząb i za każdym razem tak samo mocna wszystko przeżywałam.

Astrid Lindgren umiała znaleźć drogę do dziecięcego serduszka. Świetne opisy dobrej zabawy połączone z cudownymi bohaterami , szczyptą humoru, łyżeczką ciepła. Nie mogło być nic lepszego. Dlatego ja pokochałam tę książkę. Mój własny egzemplarz dostałam na siódme urodziny. Ma więc niecałe osiem lat,  a wygląda można by rzec – tragicznie. Jednak ja go uwielbiam, z tymi zagięciami, zakreśleniami. Widać, że był czytany setki razy…

Na pewno nigdy nie wyrażę wszystkich uczuć towarzyszących mi przy lekturze. Większość jest po prostu niewerbalna.  Dlatego teraz przychodzą mi na myśl te nieuchwytne chwile, których Wam nie opiszę. Wy musicie spróbować dotknąć swoich.

Magia tej książki polega chyba na tym, że gdy jako dziecko pokochacie te książkę, nigdy o niej nie zapomnicie i zawsze będziecie reagować podobnie na przeróżne fragmenty, czyli raz będziecie wybuchać śmiechem, raz tylko lekko się uśmiechać, a czasem ze współczuciem kiwać głową.

I dlatego mi ta książka cały czas dostarcza humoru i emocji. Na pewno nie takich jak kiedyś, no, ale zostają jeszcze blade wspomnienia….

"Dzieci z Bullerbyn" A.Lindgren, wyd. Nasza Księgarnia, 1997, tł.I.Wyszomirska

* * *
Tą właśnie opinią chciałabym zacząć cykl "Wracam do wspomnień" w którym będę opisywała książki znane Wam z lat dziecięcych. Wiem, że ta "recenzja" mistrzostwem świata nie jest. Jednak chyba inaczej nie umiałam. To jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza książka z lat gdy miałam 6-8 lat i podeszłam troszkę za emocjonalnie.
Oczywiście jeśli ktoś również chciałby sobie zrobić taki "powrót", skorzystać przy tym z bannerka, proszę bardzo:)

Poza tym zapraszam serdecznie do nowego wyzwania. Tematem jest: klasyka dziecięca!
[szczegóły po kliknięciu w banner]