Magiczna zagadka


Autorzy: P.D.Baccalario, A.Gatti
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Liczba stron: 170
Ocena:7/10


Z czym kojarzą się zagadki? Oczyma wyobraźni  widzimy, już nie tak jak za szczenięcych lat, tylko beztroską zabawę w kalambury czy inne zgadywanki. Zagadka teraz to dla nas tajemnica, śledztwo kryminalne, morze trupów i  kryjący się za tym… STOP!
Poprzestańmy na śledztwie kryminalnym. Jego drugie imię to ostatnio już nie Holmes czy panna Marple. Tym razem synonimem staje się dobrze znana siódemka z zaułku Woltera. Pamiętacie jeszcze Nikolę i Simona? A przemiłą panią Jasminę?

To do nich miałam przyjemność zawitać pewnego popołudnia. Uraczona francuską herbatką wplątałam się w kolejną sprawę z którą nawet policja nie może dać sobie rady.
Tym razem ktoś próbuje zabić legendarnego już iluzjonistę Maga Offenbacha. Królowi  co prawda udaje się ujść z życiem, lecz zostaje ciężko ranny a napastnik ucieka z miejsca przestępstwa. Policja drepcze w miejscu.  Zostaje się więc zdać na ploteczki na targu (pani Jasmina), podejrzane znajomości (listonosz), własne wścibstwo (Nikola i Simon), czy Internet (Leon). Nasi bohaterowie ruszają do pracy. A my? My razem z nimi.

Tu właśnie wyłania się pierwsza cecha autorów. Świetne, lekkie prowadzenie akcji, zainteresowanie nią Czytelnika (co najważniejsze) i „trzymanie tak” od początku do końca. Tu nie ma miejsca na przydługie opisy nad którymi można zasnąć, nie ma również miejsca na dokładne portrety psychologiczne (niestety!).
Autorzy ograniczają się do przypisania bohaterom kilku indywidualnych cech, jednak nie mają zamiaru wnikać „głębiej”. Można to wytłumaczyć tylko i wyłącznie wiekiem odbiorców, do których kierowana jest ta książka, czyli do dzieci i młodzieży. Zaskoczeni?

Jeśli tak, zaraz śpieszę z zapewnieniem, że nie ma się czego obawiać. Co prawda, raczej nie docenicie książki tak jak byście to zrobili kilka lub kilkanaście lat wcześniej, jednak zapewniam, i Wy będziecie się przy niej dobrze bawić.

Teraz jednak wróćmy do naszych bohaterów. Śledztwo bowiem rozwija się. Dochodzą nowe szczegóły, nowe postacie. Nie mam zamiaru Wam ich przybliżać, nie chcę psuć całej zabawy. W takim razie zostaje na lodzie, ponieważ niestety trudno jest się tu dopatrzyć jakichś ciekawych (albo raczej: w ogóle jakichś) wątków pobocznych. Autorzy skupili się tylko i wyłącznie na śledztwie. Czasami co prawda dodają do tego różne anegdotki, jednak raczej wszystko nastawione jest tylko i wyłącznie na złapanie mordercy.

Dlaczego więc zdecydowałam się sięgnąć  po tę pozycję? Polubiłam bohaterów od pierwszego wejrzenia, miło spędzało mi się z nimi czas, ciekawie rozwiązywało zagadki. Jednak nie przeczę, „Magiczna zagadka” to nie jest literatura najwyższych lotów. To książka na jedne wieczór, na gorszy dzień, na oderwanie się od rzeczywistości.

Zapewnić mogę tylko jedno: młodsze rodzeństwo pokocha tę książkę!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa

"Żona piekarza"


Autor: Marcel Pagnol
Wydawnictwo: Esprit
Rok wydania: 2010
Liczba stron:240
Ocena:7/10 (bardzo dobra)


Wokół nas świat budzi się do życia. Wiosna! Wiosna! Z kubkiem jaśminowej herbaty wyglądam przez okno. W powietrzu unosi się zapach charakterystycznie nieokreślony. Coś pomiędzy rześkim porankiem, słodkim przedpołudniem i srebrną nocą. Zapach jednej z czterech najpiękniejszych pór roku. Uchylam szyby, która dzieli mnie od pełni szczęścia. Zamykam oczy…

…  wokół mnie unosi się cudowny zapach. Zapach idealnie wypieczonego chleba mieszający się z zapachem wiosny. „Tak mogłoby być zawsze” – jakaś niesforna myśl przemyka przez głowę i zaraz znika jakby przepędzona. Tylko czym? Zazwyczaj przecież takie myśli zostają trochę dłużej, czasem za długo i człowiek o wszystkim zapomina. A tu proszę, myk, myśli nie ma. Za to w powietrzu unosi się okropny swąd. Chleb nie jest już idealnie wypieczony. On raczej jest okropnie przypalony!

Biegnę pod piekarnię. Zebrał się tam już całkiem spory tłumek (jak to zazwyczaj bywa składa się on  z niezbyt taktownych osób). Przedzieram się by zobaczyć co się stało. W środku przy jednym ze stolików siedzi piekarz mamroczący coś do siebie, a za ladą stoi… nauczyciel. „Ciekawy początek dnia. Nie ma co.” – ta myśl zostaje już na dłużej. Podchodzę do osobnika reprezentującego Oświatę i szeptem pytam co tu się dzieje.
-Żona piekarza uciekła z pasterzem. Aimable powiedział, że nie będzie pieczywa dopóki kobieta do niego nie wróci.
No tak, nie ma to jak złamane męskie serce, honor, duma, albo jeszcze coś innego, dla płci pięknej raczej niepojętego.

Pierwsza myśl jak pojawia się w mojej głowie: „Trzeba się wziąć, zebrać ludzi i znaleźć piekarzową. Przecież nikt nie będzie jeździł kawał drogi po chleb!” Jednak znowu problem. Ten z tym nie będzie szukał, bo już ich ojcowie ze sobą nie rozmawiali, a tamten z tym nie będzie razem się rozglądał, bo pierwszy czyta nie to co drugi. Zwariować można. Nawet ksiądz, niby osoba duchowna będzie zarzucał, że ktoś tam gdzieś się niemoralnie prowadzi.

I tak, po raz  kolejny odkrywam głupie uprzedzenia jakie rządzą światem. Ba, odkrywam z pompą, bo z pomocą klasyka. Pagnol może nie jest znany w Polsce, ale we Francji? Kto go nie zna? Tu Marcel, tam Marcel i ta jego Prowansja…..

Jednak tu nie ważne są tylko uprzedzenia. Ważna jest również miłość. Cudowne uczucie przezwyciężające wszystko i potrafiące prawdziwie wybaczać. Je też odkrywam znów na nowo.

 A to wszystko serwują mi w iście francuskim stylu (jeśli komuś z Francją kojarzy się Molier, gorzej jeśli z tym pięknym krajem kojarzy Wam się na przykład Wiktor Hugo…). Molier, Hugo, już widzę zaskoczenie na waszej twarzy. Rozwiązanie jest banalne, „Żona piekarza” pisana jest w formie dramatu. Tak, teraz widzicie podobieństwo, prawda? Jednak proszę się tym nie zrażać, niech nikt nie próbuje zasugerować, że ta forma jest zdecydowanie uboższa. Pamiętajcie co mówił Szekspir:

„Jeżeli w książkach czyta się tylko to, co zostało napisane, to całe czytanie na nic.”

Tak więc zapominając już o mojej jaśminowej herbatce, pamiętając o Williamie, czytam, podczytuję i jak zawsze ładnie wszystko wychodzi (dobrze, nie jak zawsze, ale wychodzi). Marcel znów przypomina nam co jest najważniejsze, znów jak matka swoim dzieciom wpaja znaną od wieków mądrość, pozwala nam samym odkrywać, że mimo różnic czasowych, kulturowych w ogóle nie różnimy się od bohaterów. Co więcej pozwala nam się zaśmiewać z ich błędów, waśni pokazując, że sami zachowujemy się identycznie. Na koniec to niezbyt miłe uczucie, wierzcie mi.

Jedyne czego brakuje, to te cudowne opisy do jakich mnie autor przyzwyczaił. Brakuje tego zapachu Prowansji. Chociaż, jeśli troszkę się skupimy, można go znaleźć w całej gamie postaci.

„Żona piekarza” – dzieło Pagnola napisane na podstawie opowieści. Dzieło króciutkie, ale pouczające. Dzieło niby proste, ale skomplikowane jak człowiek. Dzieło które spodoba się niektórym, bo niektórzy zobaczą w nim coś więcej niż tylko zwykłą opowieść.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit.

"Mój tydzień z Marilyn"


Autor: Colin Clark
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 187
Ocena: 8/10

Marilyn Monroe.

Pierwsze skojarzenie to oczywiście seksowna blondynka z niewiarygodnymi ustami grająca głupiutkie kokietki. Jednak ostatnio świat poznaje nową twarz Normy Jeane. Przed nami stoi już nie hollywoodzki produkt, ale inteligentna, wrażliwa, oczytana i niezbyt pewna siebie dziewczyna. W księgarniach bardzo łatwo można się natknąć na kolejne wspomnienia osób z otoczenia gwiazdy, wspomnienia, listy, wywiady, albumy. Jedną z tych pozycji jest „Mój tydzień z Marilyn”.

Cieniutka książeczka z Michelle Williams na okładce nie zapowiada jednak jakiegoś przełomu, pogłębienia naszej wiedzy na temat gwiazdy kina. Cała jej filmografia, plotki, skandale, romanse i małżeństwa zostały już dawno opisane, uwiecznione na taśmach. Więc co chciał nam (a może sobie?) uświadomić tuż przed śmiercią Colin Clark opisując swój rzekomy (jak donosi Wikipedia) romans z Marilyn Monroe?

By to zrozumieć przyjrzyjmy się fabule (albo jak kto woli, kawałkowi wspomnień).

 W 1956 roku Marilyn Monroe przyjeżdża do Anglii kręcić nowy film. To jej miesiąc miodowy - dwa tygodnie wcześniej wyszła za mąż za znanego dramaturga Arthura Millera. Wszystko wygląda jednak zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażała. Członkowie ekipy filmowej uważają ją za rozkapryszoną gwiazdkę z Hollywood, brytyjski partner filmowy poniża ją przy każdej okazji, a z zapisków swojego męża dowiaduje się, jak wielkim jest dla niego rozczarowaniem.*

źródło

Sytuacja zdecydowanie godna współczucia. Wszyscy od niej czegoś wymagali, prosili myśląc, że jako zadośćuczynienie wystarczą pieniądze. Przecież ona była gwiazdą Hollywood! Nie miała wielkiego wyboru. Musiała zmierzyć się samotnie z całą ekipą biorącą aktorstwo na całkiem inny warsztat niż ten którego uczono jej w Ameryce.

Pomóc jej chciał Colin. Młody, niedoświadczony asystent reżysera. Zresztą pomóc chcieli jej również inni. Jednak oni jednocześnie od niej czegoś chcieli. On...on nie.

źródło
Jakimś cudem Marilyn wybrała właśnie jego. Zaprzyjaźnili się. Zaczęła mu opowiadać o wszystkim. W szczególności o sobie. Stopniowo otwierała się przed nieznanym mężczyzną. Niedorzeczne? Może trochę. Ale postawmy się na jej miejscu. Nikt nie widzi w niej zwykłej dziewczyny. Dla każdego, nawet własnego męża, jest znaną na całym świecie gwiazdą. Colin jako jedyny zauważył w niej człowieka.

Właśnie ten błysk, tę otwartość, inną stronę spojrzenia chciał pokazać nam autor w tym krótkim pamiętniku. Przedstawił nam Marylin nie jako maszynkę do robienia pieniędzy, nie jako obłąkana gwiazdę łykającą prochy. Pokazał kawałek tej prostej dziewczyny z czasów gdy nikt nie znał MM, pokazał człowieka, który również marzy o własnym życiu.

Śmiesznym by było wymagać od tej cieniutkiej książeczki całej wiedzy na temat Marilyn. Autor starał się narysować nam jej portret taki, jaki przechowywał w pamięci ponad blisko pięćdziesiąt lat. Udało mu się to.

Ta książka to taki krótkometrażowy film o Marilyn Monroe w którym w końcu widzowie mają okazję zobaczyć choć kawałek prawdziwej Normy Jeane. Film zbyt krótki po którego zakończeniu chcemy więcej.

*opis pochodzi ze strony wydawnictwa

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak
***
Wróciłam z Łodzi z gorączką (39 stopni), we łzach, ale i piosenką w sercu ("Mamy żółte serca w których płynie czarna krew..."). Było nie do zapomnienia...

Top 10 ulubionych wydawnictw

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.
Dziś przyszła pora na... Dziesięć ulubionych wydawnictw!
1. Znak - za Jutro, za Szekspira w przekładzie Barańczaka,  za Schmitta i za wszystkie pojedyncze perełki, których nie sposób wymienić. Oraz oczywiście za cudowną oprawę graficzną.
2. Bernardinum - za całą biblioteczkę Poznaj Świat.
3. Świat Książki - za wszystkie nowości i starsze pozycje, każdą równie przemyślaną. Jednak w szczególności za Gaskell.
4. Prószyński i S-ka - za Austen, za Bronte, za różnorodną literaturę, w szczególności kobiecą.
5. Akapit - Press - za Jeżycjadę, za Siesicką i za serię W Złotej Ramce.
6. Akcent - za wszystkie kryminały i inne powieści, jednak w szczególności za Wagnera.
7. Muza - za Murakamiego, za Zafona, za Allende i najlepsze książki w wersji pocket.
8. Esprit - za Pagnola i Lewisa.
9. Nasza Księgarnia - za cudowne wspomnienia z dzieciństwa, za Lindgren, Jansson, Makuszyńskiego oraz oczywiście za Zusaka.
10. Wydawnictwo Literackie - za całokształt, a w szczególności za Montgomery.

Trudny to był wybór. Szczególnie, że musiałam pominąć Zieloną Sowę, Rebis, Oficynkę, Papierowy Księżyc i wiele innych. Jednak Klaudyna ograniczyła nas do 10...

Poza tym, całkowicie wyczerpana po dzisiejszym długim konkursie recytatorskim nie mam wielu sił by odwiedzić Wasze blogi. Jutro czeka mnie (jako kibica siatkówki) wielki dzień - finał FF w którym wystąpią nasza Skra i rosyjski Zenit Kazań. Do Łodzi wyjeżdżam już o 7.50 (co stanowi dla Mery środek nocy), więc postanowiłam się wyspać. Chociaż, to i tak nie możliwe...:D

Na koniec chciałabym Wszystkim podziękować za ponad 20000 wejść. Zauważyłam je już wcześniej, jednak jak zwykle zapominałam o tym wspomnieć. Jednak na prawdę jest mi bardzo miło, że tak często do mnie zaglądacie.

Pozdrawiam!

"Szczodre gody"


Tytuł: Szczodre gody
Autorzy: Volker Klüpfel, Michael Kobr
Wydawnictwo: Akcent
Liczba stron: 380
Rok wydania: 2011
Ocena: 7/10 (bardzo dobra)



Słyszeliście kiedyś o Szczodrych Godach? Ja przyznaję, że raczej nie. Był to termin zupełnie obcy dopóki nie otworzyłam tej książki. W niej na okładce znajdujemy dokładny opis:

„Niemiecki Rauhnachte – odpowiadające słowiańskim Szczodrym Godom – to 12 nocy między Bożym Narodzeniem a świętem Trzech Króli. Pierwsza z nich (Rauhnacht) rozpoczynała się o 24.00 w Wigilię i kończyła  się o tej samej porze  25 grudnia. Ostatnia trwała do 5 stycznia. Po niej następowało święto Trzech Króli. […]
Był to okres, podczas którego wszystko mogło mieć znaczenie i wpływać na wydarzenia w nadchodzącym roku. Wierzono, że w tym czasie zaburzone zostają prawa natury i że nocami domy są nawiedzane przez dusze zmarłych. Z piekła przybywają demony, które potrafią się kamuflować i wyglądają jak ludzie. Ci, którzy zawarli pakt z diabłem, zamieniają się w wilkołaki i w ciemności czyhają na świeżą krew.”

Na te dni (a dokładnie weekend) komisarz Kluftinger i doktor Langhammer wraz ze swoimi połówkami zostają zaproszeni do nowo wyremontowanego hotelu w Alpach. Wraz z innymi wybrańcami mają spędzić tu trzy dni w iście kryminalnym stylu. Przygotowano krwiste menu, stroje z epoki, ponieważ każdy z gości ma wcielić się w rolę przydzielonej mu postaci. I tak komisarz zostaje Pirotem a doktor Wastonem.  Sztuka z udziałem gości się rozpoczyna. Niestety nie trwa ona długo. Już pierwszego dnia znalezione zostają zwłoki jednego z gości i bynajmniej nie jest to tylko gra. Rozpoczyna się śledztwo. Komisarz sam musi zmierzyć się z zagadką, ponieważ za drzwiami szaleje wielka śnieżyca i na posiłki swoich kolegów nie ma co liczyć.

Jednak nie tylko aura przeszkadza Kluftingerowi. Ofiarę znaleziono w zamkniętym od wewnątrz pokoju, co zdecydowanie śledztwa nie ułatwiało. Poza tym do dochodzenia cały czas miesza się pewny siebie Langhammer.

W tym samym czasie, gdy komisarz stara się zrozumieć choć trochę z tej całej sprawy, ja również wytężam swoje szare komórki.  Jednak dużo z tego nie wynika. Wiem, że jak zawsze rozwiązanie będzie kompletnie zaskakujące, a ja tylko intuicyjnie mogę podejrzewać najmniej zamieszanych w sprawę.

Po raz kolejny sztuka rozpoczyna się. Tym razem nikt już grać nie musi. Wszystko dzieje się naprawdę a Czytelnik zapomina o herbacie, problemach, które jeszcze przed chwilą zaprzątały mu głowę. Znajduje się teraz w tym małym hoteliku pośród gór, gdzie stara się odgadnąć kto może stać za tym niezwykle przemyślanym morderstwem.

Nasz komisarz w pewnym sensie bardzo przypomina Pirota. Jednak nie wydaje nam się, że jest to jakaś nieudolna podróbka. Komisarz Kluftinger wyrabia swoją własną markę jednocześnie subtelnie przypominając osławionego detektywa z powieści królowej Agathy.

W całym kryminale brakowało mi większego nawiązania do tytułowego święta. Niby czasami było ono wspominane, jednak czułam niedosyt. Z tej strony od autorów oczekiwałam czegoś więcej. Trochę się zawiodłam.

Akcja nie toczy się w zawrotnym tempie, jednak nie wydaje się to być wadą. Spokój tylko dodaje tajemniczości a nasza uwaga zwraca się w stronę zawiłej intrygi. O tak, jej nie można ominąć. Świetnie skonstruowana, jak w kryminałach Christie prawie nie do rozwiązania. Zdecydowany atut książki.

Mimo kilku mankamentów z czystym sumieniem „Szczodre Gody” mogę polecić fanom zagadek, kryminałów oraz osobom które potrzebują chwili wytchnienia. Ta książka nie powinna Was zawieść. 

Za książkę dziękuję:

Ulubieni autorzy #1

Oczywiście poznajecie tą panią? (Osobom, które niestety zgubiły tę twarz gdzieś w czeluściach pamięci lub widzą ją po raz pierwszy w życiu, cicho szepczę,  że to Jane Austen).

Autorka powieści opisujących życie angielskiej klasy wyższej z początku XIX wieku. Mimo że sama wiodła stosunkowo odosobnione życie na prowincji w hrabstwie Hampshire, nie pozbawiło ją to zmysłu obserwacji i nie zubożyło dramaturgii jej utworów. Ich fabuła najczęściej dotyczy zamążpójścia i związanych z tym problemów społecznych (sama Austen nigdy nie wyszła za mąż). Celna obserwacja i żywa prezentacja psychiki kobiet czyni z powieści Austen coś więcej niż romanse. Reputację dobrej pisarki zyskała już za życia - jej powieści chwalił m.in. Walter Scott.

Jak widzicie w opisie powyżej, powieści Austen to nie tylko romanse. To zapowiedź powieści psychologicznej, to cudowny opis dawnych zwyczajów, to wehikuł czasu dzięki któremu sami choć raz możemy znaleźć się w XIX-wiecznej Anglii.

Perełką w bibliografii autorki jest uwielbiana przez miliony kobiet na świecie "Duma i uprzedzenie". Niestety mężczyźni nawet się bardzo starając nie mają okazji zakochać się tak w tej powieści jak płeć piękna.


Osobiści czytałam tylko trzy powieście tej pani: "Perswazje", "Rozważną i romantyczną" oraz wymienioną wyżej "Dumę i uprzedzenie", jednak już jedna sprawiła, że zakochałam się w nich bezpowrotnie. Teraz na łóżku czeka "Emma"...

Jestem pewna, że i Wy macie ukochane lub znienawidzone książki Jane Austen. Podzielcie się tym. Powiedzcie, które uwielbiacie, które byście polecały, czy któreś raczej lepiej omijać.

Poza tym, Austen to nie tylko książki. Mimo, że czasem tracą trochę w moich oczach, to i tak uwielbiam ekranizacje powieści tej autorki. Nie umiem wybrać którą wersję "Dumy i uprzedzenia" wolę bardziej, "Perswazje" mimo zakończenia troszkę innego niż w książce bardzo lubię. "Rozważna i romantyczna"... ech... nie przepadam za Grantem, ale w najbliższym czasie postaram się obejrzeć. A Wy?

"Gdy wszyscy byli obecni"


Autor: Tadeusz Chwalibóg
Wydawnictwo: Nowy Świat
Liczba stron: 288
Rok wydania: 2009
Ocena: 6,5/10 (dobry +)


Jak mówiła moja nauczycielka, historia to nie tylko daty, wielkie bitwy. Historia to przede wszystkim ludzie. Wybitne jednostki, szaleńcy, pasjonaci, wariaci, a czasem szare myszki które znalazły się w złym miejscu o złej porze.

Ostatnio bardzo dużo wychodzi książek, pamiętników opowiadających czasy II wojny światowej. Większość autorów gdyby nie czasy w jakich przyszło im żyć, gdyby nie dręcząca świadomość tego co działo się kilkadziesiąt lat temu, w życiu nie podjęliby się spisania własnych wspomnień. Jednak oni widzą, jaka jest nasza świadomość wszystkich bestialskich czynów, wszystkich mordów, tortur. My nie chcemy wiedzieć a oni chcą ocalić od zapomnienia…

Jednak zazwyczaj książki opowiadały o dość krótkim rozdziale historii. Ograniczały się do jednej wojny, jednego PRLu. Pan Chwalibóg postanowił pokazać okres o wiele dłuższy. Chciał przedstawić choć część swojego życia pokazując nie tylko okrutność losu, ale również stereotypy jakie cały czas żyją w nas o ludziach z tamtego okresu.

Nie zaczął jednak za dobrze. Gdybym nie miała obowiązku przeczytać tej książki od razu bym ją odłożyła. Na szczęście nie zrażona brnęłam dalej. Po bardzo ciężkim wstępie autor jakby się rozkręcił. Nie dostawałam suchych dat jak na wstępie, ale różne anegdotki, ciekawe opowiastki, śmieszne piosenki. W końcu dotarłam do okresu II wojny  światowej i późniejszego PRLu. Od tamtej chwili czytałam z naprawdę dużym zainteresowaniem. Szczególnie, że autor nie przesiedział całej wojny w domu. Jego oczyma oglądałam nawet Powstanie Warszawskie nie mówiąc o różnych przygodach z okupantem.

Okres powojenny to właśnie czas który autor  chyba najbardziej chciał nam przybliżyć. Bo z kim kojarzy Wam się ziemianin w PRLu? Nieobyty chłop latający na posługi i święcie wierzący w to co władza powie. Według wspomnień pana Chwaliboga było całkowicie inaczej.

Niestety prócz marnego wstępu książka nie ustrzegła się innych wad. Język nie należał do najbardziej plastycznych. Nie powiem, że był on ciężki w odbierze, ale widać było, że autor nie bawi się słowami. Używa ich w określonym celu – jak mężczyzna. Poza tym, miejscami byłam znużona. Pan Tadeusz miał „zastoje” które czasem najchętniej bym wycięła.

Na koniec coś, czego po prostu nie sposób nie zauważyć. Cudowna oprawa graficzna. Książa ma twardą okładkę. Jednak przede wszystkim w środku znajdziemy masy zdjęć, które są bardzo dobrym urozmaiceniem lektury.

Tak więc „Gdy wszyscy byli obecni” to pozycja w której wady mniej więcej równoważą się z zaletami. Nawet z korzyścią dla tych drugich. Jestem świadoma, że wielu nie przypadnie ona do gustu, jednak niektórych może zainteresować.

Za książkę dziękuję:

"Serce w chmurach"


Autor:





Miłość… czy to uczucie nie jest przypadkiem trochę przereklamowane? To zależy. Chyba każdy z nas słyszał o zauroczeniu. To jeszcze nie miłość, nie przyjaźń, po prostu zauroczenie, zakochanie.
Pomijając fakt, że większość autorek już dawno pomyliła te dwa uczucia stawiając pomiędzy nimi znak równości przejdźmy do sedna. Czym jest dla nas miłość? I czy może ona nas zastać w najbardziej niespodziewanym momencie?

Zaraz ktoś napomknie, że ten niespodziewany moment, powalające spojrzenie również dawno wyszły z mody a weszły w szablon najbardziej przewidywalnych romansów, harlequinów.
Cóż, może to i prawda. I nie oszukujmy się, gdy spojrzałam na okładkę, zaczęłam czytać „Serce w chmurach” wiedziałam jak się skończy. Dwójka głównych bohaterów się zejdzie oczywiście, tak się stało.  Na szczęście nie było ślubu, Oliver nie poprosił Hadley o chodzenie. Oni po prostu złączyli się, jak pęknięte serduszko w chmurach.

Jednak czytając książkę pani Smith miałam wrażenie, że ta miłość jest niby wszechobecnym, ale dodatkiem.
Obydwoje spotkali się na lotnisku. Chłopak nie zobaczył dziewczyny i od razu wiedział, że to miłość na całe życie. Po prostu, nawiązali rozmowę, niezobowiązującą, zabawną konwersację lekką jak chmury między którymi się znajdowali. Oni byli jak samolot, ciężcy, trochę nie pasujący do sielskiego krajobrazu. Hadley jechała na ślub ojca z drugą żoną, Oliver … - jego pomińmy. Narrator skupia się głównie na dziewczynie więc wolałabym nie zdradzić Wam za dużo.
A więc, jesteśmy w samolocie, niebo nad nami. Widzicie? Dziewczyna nie czuje się najlepiej. Między nią i mamą nie układa się dobrze. Przed wyjazdem Hadley się z nią pokłóciła. Poza tym, kto by chciał jechać na ślub własnego ojca z jakąś okropną kobietą która wygryzła czyjąś matkę?! Nikt.

Niezrozumienie, patologia, dorastanie. Te tematy porusza autorka w swojej książce. Jednak nie są one rozbudowane w takim stopniu jakiego mogłabym wymagać.  Troszkę nie dopracowane, jednak cały czas przemawiające do rozumu.
Świetnie zarysowana jest główna bohaterka. Może jej problemy nie są największej wagi, ale wiadomo, nastolatka ma problem z samą sobą, więc jeśli jeszcze dodamy te z zewnątrz tworzy się mętlik często niedostrzegany, niedoceniany przez dorosłych…

Oczywiście o samej miłości też nie można zapomnieć. Chociaż, o miłości? Nie, raczej o zauroczeniu. Zauroczeniu lekkim, niezobowiązującym o którym każda z pięcioletnich dziewczynek marzy.
Uczucia grają dużą rolę w tej książce i choć ja do takiej fabuły podchodzę z dystansem ta przypadła mi do gustu. Po prostu chyba jestem jeszcze w takim wieku, że taka książka rusza moje serce. Szczególnie, że czytając ją przypominał mi się „Francuski pocałunek” ulubiona komedia romantyczna (no dobrze, jedna z ulubionych) z Meg Ryan. Dlatego czasem aż szkoda byłoby się nie uśmiechnąć.

Poza tym, w książce obecny był pewien promyczek, diamencik, trochę nie dostrzegany przez innych. W książce był Dickens. Nasz Karolek czasem trochę zapomniany, jednak kochany przez wielu. Poznałam jego nową książkę, więc teraz trzeba by jej poszukać i przeczytać.

Jednak mimo wszystko muszę przyznać, tak ‘Serce w chmurach” jest momentami trochę schematyczną młodzieżówką. Lekką, zabawną, trochę podnoszącą na duchu, czasem refleksyjną, ale wciąż młodzieżówką. Ma to coś, co starałam się ubrać w słowa w powyższym akapicie plus odrobinę czegoś co sprawia, że jeśli będzie na półce to pewnie jeszcze do niej zajrzę.
Za to nie będę ryzykowała i polecała jej Wam. Jeśli macie ochotę – czytajcie, jeśli nie – ja nie zmuszam.

Za książkę dziękuję:

 

"Dziewczynka w zielonym sweterku"

Autor: Krystyna Chiger
Wydawnictwo: PWN
Liczba stron: 320
Rok wydania: 2011
Ocena:---


Biorąc książkę do ręki zawsze (czasem nieświadomie) czegoś od niej wymagamy, nastawiamy się na coś. Gdy trzymamy przed sobą kryminał oczekujemy poplątanej intrygi, od fantasty – niezapomnianych wrażeń, od obyczajówki – chwilowego oderwania się od własnych problemów.
A czego możemy wymagać od książki na temat Holocaustu? Czy możemy czegoś w ogóle wymagać?
Przecież każda z pozycji o tej tematyce to kawałek historii, bardzo często opisany niewprawną, trochę drżącą (nie wiadomo, czy z emocji, czy ze starości) ręką. Każda jest jak poplątana książka fantasty, gdzie małe cuda się zdarzają, jak najdziwniejszy i najokropniejszy obraz surrealistyczny w którym widzimy niby niedawną rzeczywistość  i rzeczy o których nam się nie śniło.

Sięgając więc po taką książkę musimy czuć strach. Ja zawsze zastanawiam się, czy udźwignę te emocje, to okrucieństwo. Jednak postawmy się na miejscu pisarza. On też nie będzie targał naszymi uczuciami. Dlaczego? Bo on to przeżywa dwa razy bardziej.

„Dziewczynka w zielonym sweterku” jest chyba jedną z najpopularniejszych książek o tematyce Żydów w czasie wojny w naszym kraju. Historię małej Krysi oraz jej rodziny, Polacy znają nie tylko ze wspomnień wydanych ostatnio przez PWN, ale również filmu nominowanego do Oscara – „W ciemności”.

Fabuła? W dwóch słowach: ukrywanie się w kanałach. Troszkę bardziej szczegółowo? Wspomnienia pani Krystyny to opowieść o ludziach wspaniałych, o bohaterach, o czasach, które mam nadzieję nigdy nie powrócą, o woli przetrwania, o miłości macierzyńskiej, o odpowiedzialności za innych. 

Opowieść pani Krystyny to historia ludzi, którzy w kanałach spędzili kawałek swojego życia, utrzymując się tylko z dobroci innych, to historia pełna małych cudów, pełna pokazywania że wszystko może dobrze się skończyć, jednocześnie to historia o okropnych czasach, o zwierzęcym traktowaniu ludzi, o rzeczach, których powinniśmy mieć świadomość, a nie odsuwać na dalszy plan i kwitować stwierdzeniem: „To było dawno temu i nieprawda”.

Narracja jest prowadzona w czasie przeszłym, w formie wspomnień z wplatanymi czasem refleksjami na temat przyszłości czy teraźniejszości. Zrozumiała dla każdego.  I trafiająca prosto w serce.

„Dziewczynka…” nie opowiada o wojnie z całą brutalnością. Opowiada o tym jak ten okropny okres przeżywała mała Krysia, jak odbierała ona zachowanie swoich rodziców, jaka odpowiedzialność spoczywała i na niej, mimo, że miała ledwie sześć lat. Oczywiście, historia chwyta za serce, jest wprost niezapomniana, jednak nie powoduje (tak jak np. „Wybór Anny”), że kolejne słowa sprawiają nam trudność a w głowie mamy mętlik. 

 Czasem spojrzenie dziewczynki wydawało mi się trochę naiwne. Jednak tak samo naiwne były wtedy czasy. Naiwne i bezwzględne za razem. 

[SPOLIER] Postacią, która w pełni poruszyła moje serce, która najbardziej zadziałała na moją wyobraźnię była kobieta zabijająca własne, przed chwilą narodzone dziecko, tylko dlatego, że mogło ono zdradzić wszystkich innych ukrywających się w kanałach. Jednak prawdziwym ciosem była późniejsza wiadomość od Sochy, że dziecko można oddać do sióstr. Jak matka musiała się z tym czuć?!


Jest to książka, którą powinien przeczytać każdy, by choć raz postawić się na miejscu ludzi, których Hitler uważał za niżej urodzonych, których postanowił zniszczyć. Jest to książka, którą zapamięta każdy z Was.Ja polecam z całego serca.

Za książkę dziękuję:

"Kod królów"


Autor: Pierdomenico Baccalario
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Liczba stron:349
Rok wydania: 2011
Ocena: 8/10 (rewelacyjna)


Baccalario. Kto w książkowym świecie nie słyszał tego nazwiska? Włoch jest jednym z najbardziej znanych autorów dla młodzieży. Ulysses Moore, Century od dawna podbijają serca młodych czytelników. Teraz przyszedł czas na „Kod królów”.

Nie mając żadnego porównania zaczęłam czytać spodziewając się czegoś niezbyt wymagającego, odprężającego, typowo młodzieżowego. Jednak autor zaskoczył mnie całkowicie.

Poznajemy Beatrycze – nastolatkę nie różniącą się od milionów innych dziewczyn na całym  świecie. Wakacje musi spędzić w Turynie pomagając swojemu wujkowi w prowadzeniu antykwariatu. Wymarzona praca dla mola książkowego, co? Jednak nie dla naszej bohaterki. Nie interesują ją za bardzo książki, drogocenne białe kruki. Jednak miło spędza czas z wujem. Pewnego dnia w antykwariacie pojawia się Audrey, sekretarka kolekcjonera książek – Zakhara, który zbiera pozycje tak trudno dostępne lub nieistniejące, że wywołuje zdziwienie lub czasem przerażenie…
Wuj wraz z dziewczyną zostają wciągnięci w niebezpieczną, podstępną i osnutą tajemnicą grę której stawką jest Język Królów dający moc władania każdą osobą…

Zapowiada się tak jak powiedziałam na początku: lekko, typowo młodzieżowo z nutką tajemnicy. Jednak nawet jeśli i te elementy znajdziemy w książce  to i tak naszą uwagę przykują inne, na pewno nieprzewidywalne, nie schematyczne.
Elementy niezbędne do zainteresowania młodego czytelnika.

Autor wprowadził nas w świat taki do jakiego dążył, jaki chciał pokazać nam Zafon w „Cieniu Wiatru”. Jednak Hiszpanowi to się nie udało w stu procentach, a Baccalario i owszem. Mieliśmy nie wyjaśnioną tajemnicę wśród starych książek, wielkich bibliofilów, miłośników, antykwariat.

Jednocześnie nawet nie powinnam porównywać tych dwóch pozycji. To Zafon bardziej rozwiną wątek, pokazał dokładniej bohaterów, a Baccalrio? On pisał dla młodzieży, według całkowicie innych kryteriów. I podobał mi się inaczej. Bardziej.

Akcja toczy się szybko, nie zanudza, nie daje zostawić książki na chwilę. Jednak w tej niepewności jednocześnie pozwala zauważyć szczegóły, to surowe wypieszczenie, dopracowanie za co należą się brawa autorowi. Nie umykają nam szczegóły, ograniczone do minimum poboczne wątki. Po prostu delektujemy się tą książką jednocześnie szybko przewracając kartki z niepewnością co się zaraz wydarzy.

„Kod królów” to z jednej strony młodzieżówka, jednak nie taka do jakich przywykliśmy. To książka dla miłośników książek. To książka dla ludzi, którzy ubóstwiają „Cień wiatru” i którzy przez niego nie mogli przebrnąć. To książka dla każdego. Niezależnie od wieku, płci, zamiłowań. To książka świetna, niezbyt wymagająca i jednocześnie ciesząca czytelnika. To książka dla Was.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa