Książka miesiąca - styczeń

Przyznam szczerze, że chociaż wszelkie statystyki uwielbiam tworzyć i przeglądać, to jednak nigdy nie decydowałam się, by  takie publikować na blogu. Ze względu na wasze zdrowie i czas, który możecie przeznaczyć na ciekawsze czynności. [słowem, bezczelnie i mętnie się tłumaczę chcąc wyjaśnić, dlaczego nie ma nic nowego w Krainie Andersena], ze względu na moje lenistwo i pytanie: a kogo może interesować, ile ja książek przeczytałam? [wreszcie kawałek prawdy], ze względu na to, że zazwyczaj wtedy wpadam w stan omatkojakmisięniechce...[przyznanie do błędu]
W zamian za brak owych podsumowań proponuję, (prawie)podsumowujący  nowy cykl:
Książka miesiąca
Będzie o najlepszej książce przeczytanej przeze mnie w danym miesiącu, książce, którą powinien przeczytać każdy, książce na poziomie i z klasą. W następnym miesiącu (czyli w tym wypadku, w lutym) będzie coś o autorze książki, będą wypowiedzi bloggerów i ciekawe nawiązania.

W styczniu, chociaż  żadna książka nie odstawała poziomem i 6 z 8 przeczytanych trafiło na listę ulubionych (!) wybór może być tylko jeden: Władca Pierścieni J.R.R.Tolkiena. Moją (co prawda subiektywną i emocjonalną) opinię, a raczej zlepek myśli można przeczytać tutaj.

W 1954 roku książka była już w księgarniach, ale o ogromnej sławie nie było jeszcze mowy. Nie brakowało oczywiście zachwytów, ale odzywały się także głosy krytyki. Sam Rayner Unwin (pamiętacie, recenzował "Hobbita" jako 10-letni brzdąc), który kierował wydawnictwem, uważał, że książka jest świetna, ale się nie sprzeda. Wszyscy mieli trudności z jej zakwalifikowaniem. Dla dzieci – za brutalna, dla dorosłych – zbyt bajkowa.*
Słowem, w sam raz dla ludzi mojego pokroju, dla tych dorosłych, którzy cały czas mają coś z dzieci oraz dla dzieci,  które wcale nie muszą mieć nic z dorosłych.

Potem był oczywiście wielki boom, pieniądze i osamotnienie (umierają kolejne ważne osoby w jego życiu).
Tak wkroczyliśmy w lata 60. - w czas wolnej miłości i hippisów. Dla tego pokolenia Tolkien był niemal Bogiem. Studenci spacerowali wtedy po uczelniach z dwiema książkami: tybetańską Księgą Zmarłych lub "Władcą Pierścieni". W 1965 wydana zostaje bezprawnie kieszonkowa wersja książki Tolkiena. Wydawnictwo Unwin kieruje sprawę do sądu i wygrywa sprawę. To tanie broszurowe wydawnictwo wywołuje niezwykłą eksplozję zainteresowania książką i samym Tolkienem. W 1966 roku w Ameryce powstaje Stowarzyszenie Tolkienowskie.
Po śmierci Tolkiena spuściznę przejął Christopher. W 1977 roku ukazał się "Silmarillion", a potem kolejne opowieści ze Śródziemia. Po śmierci Tolkiena ukazało się znacznie więcej jego tekstów literackich niż za jego życia. Duża część z nich jest dostępna w polskich tłumaczeniach.

Spokojnie przygotowuję teraz trzy wpisy na temat Profesora, których jak już mówiłam, będzie można spodziewać się w lutym, jednak jeżeli nie czytaliście książki, nawet nie zaglądajcie, nie oglądajcie się, tylko czytajcie.

 cytaty pochodzą ze strony: http://wladca-pierscieni.stopklatka.pl

Bliżej księżyca...

Ostatnio jakoś mniej pewnie czuję się w temacie książkowym. Gdzieś wszystko umyka, czytam niby i nie czytam, staram się coś wyciągać z zadrukowanych kart, ale wszystko ulatuje. Może to ta świadomość, że powinnam wypunktować co jest dobrze, a co źle, byście sami sobie ocenili, czy warto sięgnąć. Może… Jakby coś mnie hamowało, żebym tylko nie podeszła do tej książki uczuciowo, żebym się nie zaangażowała, tylko obiektywnym okiem spojrzała.

Filmy jednak cały czas nie tracą swojej magii.  Aktorzy mylą mi się nagminnie, obrazy również, nie mówiąc już o reżyserach i nagrodach. Przez to, a raczej dzięki temu, nieświadoma recenzji i opinii w krytycznym światku, każdy kolejny film jest dla mnie przygodą. Co  prawda, zazwyczaj marną, bo trudno szukać ostatnio filmów, które by mnie porwały, jednak gdy zdarza się ten jeden, czuć to na odległość.

Taki też jest August Rush. Hollywoodskie dziecko, które urzekło mnie.
Evan ucieka z sierocińca. Na swojej drodze spotyka Maxa Wallace’a, który uczy bezdomne dzieci grać, aby mogły dla niego zarabiać na ulicy. Max odkrywa, że w małym chłopcu drzemie wielki muzyczny talent. Evan przyjmuje więc pseudonim August Rush i rozpoczyna karierę ulicznego grajka, chociaż zależy mu tylko na jednym, by jego muzyka dotarła do rodziców. A oni… każde z nich też poszukuje…*

Tym co urzec musiało chyba wszystkich, to cudowna muzyka. Dźwięki łapane przez Augusta, dźwięki ulicy, dźwięki wydobywane przez wiolonczelę  Lyli. Wszechobecna muzyka, która nie nawołuje tylko młodego bohatera, nawołuje każdego z nas i ciągnie w swoją stronę. Reżyser podjął się trudnego i jakże ciekawego zadania, wyłapania tego nieuchwytnego sensu muzyki. Muzyka jest bowiem częścią nas, jest odwzorowaniem naszych uczuć, potrafi łączyć to co oddalone o setki kilometrów i lat. Muzyka to potęga.  A w tym filmie pokazana w genialny sposób.
[bardzo bym chciała usłyszeć ten film zapisany nutami…]


Główny bohater jest…  jak pomieszanie Matyldy z Oliverem Twistem, znajoma, a obca twarz. Geniusz muzyczny… Może niezbyt prawdopodobna wydaje się scena z gitarą, może nawet cała historia Augusta, jednak przecież to nie o to miało chodzić, raczej chciano uchwycić tą muzykę, która grała w chłopcu, która gra w każdym z nas.  Wymagającego bohatera trzeba jeszcze umieć zagrać. Moje zachwyty może i coś zrobiły z oczami, jednak nie na tyle, bym nie zauważyła naprawdę dobrej gry Freddie Highmore’a. Był świetny. Ekspresja, mimika, jestem pełna podziwu. U młodych aktorów w moim rankingu, bezsprzecznie pierwsze miejsce (Marzyciel i August Rush, widać co lubię).

Zauroczyła mnie też postać Magika (Robin Williams) i jego gromadki. Szczególnie ten moment, gdy Artuhr wprowadza Augusta do „domu”, dzieci zjeżdżają, cieszą się, każde z nich z ukrytym talentem, w każdym grająca muzyka. Trochę jak z Alicji, trochę jak z Piotrusia Pana, w dodatku tak przekonująco, że gdybym miała możliwość, rzuciłabym wszystko i sama tam się znalazła.

Jednak żeby tak różowo nie było, nie zapomnę, zrobię się trochę wredna i wytknę kawałek. Kawałeczek. Bo pani reżyser, Louis w ogóle mi się nie podoba. Za bardzo hollywoodzki, za bardzo odpicowany, za bardzo przystojny i do filmów sensacyjnych. Chociaż nie przeczę, głos ma miły.

Cały czas mogę mieć dużo zastrzeżeń, mogę wynaleźć coś z kosmosu. Lecz po co? To jest film, który naprawdę warto obejrzeć. Warto wygospodarować tę chwilkę, by zachłystnąć się muzyką, by poznać Augusta i zaprzyjaźnić się z nim i do końca się bać (mimo podszeptom rozumu), że to się skończy inaczej, że jednak muzyka nie wystarczy. Bo to jest film, który po prostu się lubi, który nas czaruje i hipnotyzuje, sprawia, że znajdujemy się bliżej księżyca…





A teraz zapominając już co świat sądzi na temat Olivera Twista, wychodzę mu na spotkanie...

*opis podparty notką z serwisu stopklatka.pl, bo osobiście nie cierpię pisać streszczeń fabuły….

Na południe od granicy, na zachód od słońca.


Nie wiem, jakie miałam wymagania wobec tej książki. Zresztą, czy w ogóle jakieś istniały? Chyba nie… Ta opowieść po prostu czekała na mnie. Czekała, bym poznała nie tylko techniczną stronę, bym otworzyła się na wszystko, co mogę w niej znaleźć i co ona może znaleźć we mnie.

Gdy zaczyna się przygodę z nią, nie patrzy się na nic. Pierwszy raz, to poznanie  historii. Ot, techniczna strona, zapoznanie z bohaterami, spojrzenie i szacunek, który już wtedy jawi się w maleńkich zdaniach. Ja za pierwszym razem nie wiedziałam, co o niej powiedzieć.  Nie napisałam nic. I po roku wróciła ona do mnie. To już jest dobry znak. Jak wraca, chociaż fragmentami, to znaczy, że ważna, że trzeba dać jej drugą szansę.

Dałam więc drugą szansę. Szansę wielu szans. Historia jest krótka, ja cierpliwa i spragniona takiej literatury. O dorastaniu, dojrzewaniu, drogach, które się przecinają, ale nie łączą. Wyrzuciłam więc wszystko, co psuło ten obraz, wszelakie wkładki erotyczne (panie Murakami, nie przesadzajmy!), niektóre wydarzenia , historię znaną wszystkim (on-żona-ktoś z przeszłości), zatrzymując to, co najlepsze: język, ukochane fragmenty, muzykę, sposób przedstawienia opowieści i migawki z życia Hajime. Powstało coś bliskiego temu, czego szukałam. Powstało coś bliskiego ideałowi. Coś, dzięki czemu, nie powstrzymałam się, zakreślałam  wszystko na kartach powieści, dopisywałam komentarze. Coś, co sprawiło już rok temu, że ostatnio sięgnęłam po tę książkę i co sprawia, że sięgnę po nią po raz kolejny.

Jednak nie zaryzykuję, nie powiem: idźcie, przeczytajcie tę książkę. Jeszcze nie jestem jej pewna. Jeszcze do tego nie dojrzałam. A wy? Jeśli złapiecie ją w tak odpowiednim okresie, jak ja złapałam, większość może wam zazdrościć. Znajdziecie się na południe od granicy. Jeśli nie wyjdzie, będzie za wcześnie, będzie za późno, będzie za wiele oczekiwań – pożegnajcie się z tą historią… Patrząc na nią obiektywnie (tak w ogóle można?) trochę jej brakuje. Nie zmienia to faktu, że Murakami jest świetnym pisarzem i jemu szansę dać trzeba.

Wybaczając wszelkie potknięcia, trzeba docenić muzykę, w jakiej takt grają jego powieści, pióro, którym operuje mistrzowsko, prostotę i przepych. Wszystko, co sprawia, że jego książek się nie zapomina.

"Na południe od granicy, na zachód od słońca" H.Murakami, wyd.Muza, 2010, z angielskiego przełożyła Aldona Możdżyńska.

The Versatile Blogger, czyli trochę o autorce bloga

Zazwyczaj bronię się rękami i nogami przed łańcuszkami, jakoś pewniej czuję się, opowiadając o książkach. Lecz tym razem zmiana, nominowana przez Nikę (za nic nie nauczę się twojego nowego nicku) opowiem coś o sobie.

Zasady:
Każdy nominowany Blogger powinien:
-podziękować każdemu nominującemu Bloggerowi u niego na blogu
-pokazać nagrodę Versatile Blogger u siebie na blogu
-ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie
-nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują
-poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów

* * *

1. Jestem osobą, która uwielbia się kłócić i stawiać na swoim. Z tego powodu od dawna nie widziałam wzorowego zachowania na świadectwie (z nauczycielami też się nigdy nie dogaduję), a kiedyś nawet byłam straszona psychologiem za namawianie koleżanek do złego zachowania (czyt. buntowania się przeciwko wychowawcy) i zaniechania nauki.

2.Uwielbiam oglądać wszelakie mecze siatkarskie i sport ogólnie. Z tego też wzięło się marzenie o zostaniu komentatorem sportowy i na fali tego zainteresowania  w piątej klasie nauczyłam się najważniejszych wyników w historii Igrzysk Olimpijskich, wszystkich polskich medalistów i przeróżnych rekordów. Niestety, teraz tego tak dokładnie nie pamiętam, ale kto by trzymał w głowie czas z jakim w 1908 roku faceci biegali na 100m...

3. Od zawsze byłam osobą towarzyską, jednak ostatnio, chyba na fali przerażenia, chowam się trochę częściej w domu.Czasem trudno odnaleźć mi się wśród rówieśników, którzy zazwyczaj dążą ku dorosłości. Jestem typowym marzycielem i dlatego też nie zawsze znajduję z nimi wspólny język, bo marzenia cały czas mam dziecięce (przepraszam, ale mi zostało) i okropnie naiwne (nie jest miło, gdy cię z tego wszystkiego obdzierają, wprowadzając w dorosłość). Jednak te godziny samotności nie przeszkadzają mi zbytnio, raczej odprężają.

4.  Uwielbiam księżyc. I drzewa. Dwa czynniki, które mnie uspokajają, pojawiają się w każdym moim rysunku. No i pełnia. W wampiry i inne dziwy nie wierzę, jednak pełnia nastraja mnie optymistycznie (najbliższa 27 stycznia - pełnia Wilczego Księżyca), dzięki czemu mam o wiele lepszy nastrój.

5. W drugiej klasie podstawówki miałam okres, gdy bawiłam się w ulubione postacie książkowe. Ze strychu ściągnęłam stare spódnice i bluzki w których chodziłam z koleżanką, czasem nawet po ulicy. Któregoś dnia stanęłyśmy na balkonie i przez kilka godzin krzyczałyśmy do każdego przechodnia, by uratował dwie księżniczki...

6.Pisanie to już część mojego życia. Najpierw kroniki sportowe i sprawozdania z meczów, potem pamiętniki, teraz blog i przeróżne notatki... Zawsze gdy jestem roztrzęsiona i zdenerwowana, piszę co mi ślina na język przyniesie, co uspokaja mnie do kwadratu.

7. Jestem osobą strasznie zapominalską, nieodpowiedzialną i zasypiającą. Zapominam o wszystkim (zazwyczaj do szkoły), dlatego też czasem aż strach mi coś powierzyć. Śpię wszędzie. To moja pasja. Nawet książki jej nie przebiją (a koleżanka do dziś wypomina mi jak zasnęłam na matematyce i zostałam wywołana do tablicy...). Co za spaniem idzie, spóźniam się gdzie popadnie. Niektórzy nawet nie mówią mi prawdziwej godziny spotkania, a 15 minut wcześniejszą, bo wiadomo, że i tak będę po czasie...
* * *
A sama z chęcią dowiedziałabym się kilku faktów na temat: Black, Kingi, Oli123, Blueberry  i Snajperka.

O ulubionej... ("Władca Pierścieni" J.R.R.Tolkien)

Tej książki, tego postu, tych słów, tych myśli nagromadzonych nie powinno tutaj być. Są bowiem dzieła o których na blogach już się nie pisze, o których recenzje kusili się tylko ci pierwsi, zaraz na samym początku, nie wiedząc co ich czeka, czego mogą się spodziewać. Ja wiedziałam, że mierzę się z czymś co pozyskało serca milionów, co przytłacza swoją objętością i w tych zabieganych czasach jest wielkim wyzwaniem.

"Władca pierścieni". Czy jest jeszcze jakiś mól książkowy, który nie zna tej książki? Co ja mówię, raczej księgi, wielkiej, epickiej, oszołamiającej stylem, bohaterami i akcją? Zapewne. Jednak ze swojej strony chciałabym teraz do tych niepewnych, niezdecydowanych, wiecznie zabieganych, zaczytanych w innych książkach szepnąć słówko: Nie czekajcie, nie zwlekajcie. Ta wspaniała książka. A jeśli jeszcze się wahacie... Cóż, wierzę, że ta księga na was poczeka.

Lecz co ona robi tutaj? W skromnej Krainie Andersena, trochę speszonej wizytą takiego gościa? Chciałam po prostu by pozostał jakiś ślad po mojej pierwszej wyprawie do Śródziemia. Po przeprawach przez góry i doliny, błądzeniach w Mordorze, wizytach w Rivendell.

Jest to bowiem jedna z tych książek, których już się nie zapomina, do których teraz się wraca, odwiedza i czerpie z nich wszystkiego co najlepsze. Pełna przepychu słownego, misternie utkanego obrazu świata, wspaniałych postaci i przygód.
Dziękuję za tak piękną książkę, za ulubionego Pippina i wspaniałego Aragorna. Za ukochanego Gandalfa i Froda. Za całą Drużynę pierścienia. Za entów, których wielbię chyba nawet bardziej niż elfów (a na pewno wielbię inaczej i za co innego), piosenki i najeżoną niebezpieczeństwami drogę.

Dobrze, że był ktoś taki jak Tolkien.
Dobrze, że istnieje takie miejsce jak Shire i Lórien.
Dobrze, że istnieje Śródziemie.
Dobrze, że historia Jedynego Pierścienia ze wszystkimi pieśniami, opisami, bohaterami i przygodami czeka na mnie cały czas i wciąż mogę odkrywać ją na nowo...

Bo...
"Dla nas, żyjących w paskudnym, zmaterializowanym i pozbawionym romantyzmu świecie  możliwość powrotu do czasów heroicznych przygód, barwnych, przepysznych i wręcz bezwstydnie pięknych opowieści jest czymś niezwykle ważnym" 
C.S.Lewis

"Władca Pierścieni" J.R.R.Tolkien, wyd.Muza (wydanie trzytomowe), 2002, tł.Maria Skibniewska

Po co biegniesz, chłopcze? ("Atlas chmur" D.Mitchell)



Szum, zamęt, wszechobecny hałas. A było tak pięknie! Uczta wyobraźni – jedna z niewielu odmian fantastyki, po jaką sięgam, jaką cenię, trawię, jakiej się nie boję – moja Uczta Wyobraźni na ekranie? Stało się! Ludzie ruszyli do sklepów, księgarni, empików i matrasów żeby mieć tę jedną książkę: Atlas chmur. Bo jak wiadomo,  za ekranizacją idą nowe nakłady, filmowe okładki, wszechobecna promocja. Potem jest uśmiech: podobało mi się, tak, dobre było, chyba najbardziej jak klonowali. Tylko czasem trochę zagmatwane. Ale nie, dobre było. Gdzieś tam, pośród rozemocjonowanego tłumu również ja. Z moim, również filmowym, Atlasem chmur, z kilkoma uprzedzeniami i obawami. Nawet nie zauważyłam, jak włączyłam się w ten bieg, kto przeczyta, kto się bardziej zachwyci, kto więcej dostrzeże.


Uspokój się jednak, wycisz, zapomnij, że ma ci się ta książka spodobać. Gdzieś ci się śpieszy? Daj się zaczarować Davidowi Mitchellowi, nie reklamom.

Historia zaczyna się w XIX wieku. Z kolejnych kart Dziennika Pacyficznego  poznajemy kolejne postacie – doktora Henry’ego, tubylców, wreszcie pana Ewinga. Historia jak każda inna, stylizowana na daną epokę, całkiem oryginalna, jednak fanom starszych powieści klimat dobrze znany(Cooper, May, coś z Durrella czy Szklarskiego). W pewnej chwili koniec, film się urywa w połowie dziennika.

Trafiamy w przestrzeń jednostronnych listów płynących obficie z domu w Belgii, opatrzonych datą 1931 roku, pełnych muzyki, nie muzyki, młodości, starości, pokręconości. Pyk! Obraz znów znika, zaczyna się nowa historia, poznajemy Luisę  Rey, XXI wiek.

Gdzieś właśnie w tym miejscu zaczynamy dostrzegać powiązania między urwanymi, zostawiającymi nas bez żadnej puenty, historiami. Znamiona, nazwiska, literacka gra nas wciąga, już nie ma odwrotu. Wchodzimy, czasem mozolnie, czasem z błyskiem zainteresowania, czasem oczarowani na tę górę, pnąc się, przez różniaste opowieści, lata, epoki i dzieje.

Stop!
Zatrzymaj się!
Człowieku, cały czas biegniesz? Nawet na samym czubku, pośród duchów przeszłości, ludzi z Dolin? Równie dobrze możesz teraz zamknąć tę książkę. Ona nie jest stworzona do tego, by przez nią biec, by jak najszybciej przeczytać, zachwycić się i zapomnieć. Spokojnych wędrowców przepraszam za to wtrącenie, wiem jak ważnym jest ten odcinek naszej drogi. Chodźmy dalej…

Jednak chwila, schodzimy.  Doszyliśmy najdalej, na sam szczyt, do dalekiej przyszłości, przypominającej kształtem przeszłość. Widząc ten obraz, możemy dostrzec co spowodowało takie a nie inne wydarzenia. Wracamy, wszystko staje się jaśniejsze, bardziej przejrzyste.

Koniec.

Znów wiek XIX, Dziennik Pacyficzny i szukana puenta. Teraz dopiero u celu widzimy wszystko jak na dłoni. Droga nie była bezowocna. Chyba, że biegłeś…

Wszystko się skończyło. Chociaż, czy na pewno… Cały czas tkwi gdzieś w nas okropny obraz ludzkości wyrysowany w Atlasie chmur. Tkwi również szacunek dla tego, który tę historię uprządł. Davidzie Mitchell – jestem pełna podziwu. Gdyby nie fakt, że Orwella mam w wydaniu kieszonkowym, w pełnym ścisku – postawiłabym Twój Atlas Chmur tuż obok Roku 1984. Za wspaniałą grę literacką, za żonglowanie słowami, sytuacjami, osobami, gatunkami, za wciągnięcie mnie w świat tak brutalny i piękny za razem, tak groteskowy i smutny, tak odległy i bliski.

Nie biegnij, chłopcze, uspokój się, czytaj, to jest ważne.

"Atlas chmur" D.Mitchell, wyd.MAG, 2012, tł. J.Gardzińska
Za książkę dziękuję wydawnictwu MAG.

Inspiratorzy 2013

Nowy 2013 zegar już tyka, wybija kolejne dni, więc by jeszcze zmieścić się w tym iluzorycznym początku  roku z planami, zapraszam na wpis wybiegający w przyszłość. Otóż, w planach mam wyzwanie, jeśli tak to można nazwać. Wyzwanie, które mam zamiar kontynuować w następnych latach i które będzie polegało na bliższym poznaniu sylwetek i dzieł dwóch wybranych postaci. Najbliższe dwanaście miesięcy będzie oczywiście książkowe, z notatkami, tekstami, komentarzami, cytatami, lecz również upłynie na krótkich, długich spotkaniach z pewną, diametralnie się różniącą parą (oczywiście, nie razem, każdego oddzielnie poznamy...)

* * *

Pierwszym inspiratorem (a może nawet respiratorem?) będzie Vincent van Gogh. Jeden z moich ulubionych malarzy, przykład artysty doskonałego, postać owiana tajemnicą. Praktycznie nie do skopiowania, nie do podrobienia, pełen pasji tworzenia. Pochylony nad sztalugą, szybkimi ruchami chwyta znikającą chwilę... Tak jego osoba maluje mi się teraz przed oczami dzisiaj.
Jak będę go widziała pod koniec roku? Czy obraz bardzo się zmieni? Czy zostanie w mojej głowie, jako artysta pełen pasji, dopełni się tylko obraz geniuszu? Czy może przeważać będzie postać chora psychicznie, bez ucha, samobójca? Czas pokaże...

* * *

Drugim inspiratorem, całkowicie książkowym, pełnym dziecięcego czaru i wdzięku będzie ukochana pisarka - Astrid Lindgren.
W jej przypadku nie mam wątpliwości - obraz babci, która skacze po drzewach się nie zmieni. To będzie raczej swoisty powrót do nie tak odległych czasów dzieciństwa, uśmiechu, rodzinnego ciepła i bezpieczeństwa. Będzie wiele baśni przez nią opowiadanych, o małych chłopcach i małych dziewczynkach, o samotnikach, introwertykach, urwisach i przyjaciołach. W ten sposób sama sobie wynajęłam najlepszą łódź do krainy marzeń, a Was chcę na nią zaprosić. Bo czytanie książek dla dzieci i wracanie do nich raz po raz ma swoją moc.

* * *
Mam nadzieję, że te dwie potężne osobowości w tym roku popchną mnie gdzieś dalej w cudowny świat marzeń, baśni (Lindgren),  ulotnych chwil złapanych kolorem, pasji, która daje i zabiera (van Gogh), a dzięki temu zostawią spuściznę w mojej głowie, zainspirują i pokażą nowe ścieżki. Może przysłużą się również Wam, pokazując to czego nie znacie, przypominając to, co zostawiliście w dzieciństwie... Tylko dajmy im szansę!

Najprzyjemniejsze jest oczekiwanie...

Czekałam, czekałam, czekałam długo...
Najpierw było długie zastanawianie się: "naprawdę chcesz? nie lepiej coś innego? może jednak Kapelusz cały w czereśniach? przemyśl to jeszcze!". Jednak jak to zwykle bywa, gdy biednej jak mysz kościelna osobie przybędzie gotówki, to długo raczej jej nie utrzyma przy sobie. Szczególnie, że tyle ciekawych książek owa mysz ma do kupienia. Więc wreszcie kupiła:
"Poniedziałkowe dzieci" Patti Smith
O pięknych dwudziestoletnich, Nowym Jorku, muzyce, zdjęciach, barwnych latach sześćdziesiątych, sztuce. Tak przynajmniej piszą. A co ja znajdę jeszcze w tej książce? Chciałabym dużo, oczekiwania są, jest i to cudowne uczucie - wiesz, że książka już leży obok ciebie, zaraz po nią sięgniesz, zatopisz się w niej. I chcesz jeszcze przedłużyć tę wspaniałą chwilę...
"Mio, mój Mio" Astrid Lindgren
Do czytania z Najmłodszym, do wracania o każdej porze dnia i nocy, do spokoju, do cudów, do... dzieciństwa? Nie, raczej do marzeń...

* * *

Jednak zalega na razie inny stos, który oczekuje.
Oczekuje mnie Drużyna Pierścienia Tolkiena, która od tak dawna była w planach.
Oczekuje Traktat o łuskaniu fasoli. Chociaż jestem już w połowie, on cały czas oczekuje. Oczekuje więcej zrozumienia, więcej czytania, powrotów do niego i kolejnych notatek na bokach, czy w pośpiechu zaznaczanych fragmentów.
Oczekuje Tango Mrożka, zwinięte licealistom z półki zatytułowanej 'lektury' i spoglądające na mnie z nocnego stolika.
Oczekuje Agnes Grey, już nie romansowa a wspaniale kobieca ze świetnymi postaciami.
Oczekuje Ramus i włóczęga, bo autorka bloga na włóczędze spokojnej i wesołej dawno nie była, a opowieści babci kocha.
Oczekuje i Pasja życia bez ucha, za to z talentem mistrzowskim, uwielbianym przez niektórych...
I ja na te książki oczekuję, bo zestawienie doborowe. Nie widać pozycji na której można się zawieść. I wszystkie przywracające spokój, kawał dobrej literatury.
Mery

Jak młodzież o młodzieżówce pisała... ("Atrofia" L.de Stefano)

Z moim pisaniem o książkach młodzieżowych to taka śmieszna sprawa. Wypowiadają się o nich wszyscy, 12-letnie fanki paranormal romance, 16-letnie dziewczyny lubiące książki o wampirach, 22-letnie studentki uważające je za miłe przerywniki czasu, 30, 40-letnie kobiety mówiące o nich "głupoty" i chłonące je w tempie światła, grupka bezwiekowa, która takowych nie czyta lub czyta i w obydwu przypadkach krytykuje, a następnie sięga po ostatnio u nas wydanego Henry'ego Jamesa (też bym sięgnęła, gdyby nie ta horrendalna cena).  Z racji, że mi ledwo i niedawno 15 stuknęła, powinnam sobie krążyć gdzieś wokół fanek paranormal romance i dziewczyn lubiących książki o wampirach (co na jedno wychodzi). Uświadamiam to sobie średnio trzy razy do roku i w wyrzutach sumienia, by aż tak nie wyróżniać się spośród grona rówieśników, sięgam po to, co aktualnie czytają nastolatki.

Tym razem padło na Atrofię. Och tu, ach tam, cóż i ja spróbuję. Siadłam, przeczytałam i gdyby pomnożyć przez dwa moją ocenę, byłabym bliska podzielenia uwielbienia tysięcy osób. Co więcej, na mojej osobistej liście młodzieżówek 2012 o pierwsze miejsce spiera się z Igrzyskami Śmierci, w tyle zostawiając zarówno Nevermore jak i Czerwień Rubinu (bezsprzecznie miejsce ostatnie).

Najmocniejszym atutem tej pięknie opakowanej książki jest pomysł.
Dzieci poczęte naturalnie są niedoskonałe. Dlatego – żeby stworzyć idealnych ludzi – ruszyła produkcja embrionów bez najmniejszych wad genetycznych. Ale tylko pierwsze pokolenie to okazy zdrowia; potomkowie perfekcyjnych ludzi umierają w wieku dwudziestu paru lat. W tym ponurym świecie dziewczęta zmuszane są do poligamicznych małżeństw, by zapewnić przetrwanie gatunku. Rhine, Jenna i Cecily trafiają do ekskluzywnej rezydencji w gaju pomarańczowym, gdzie wszystkie poślubia młody syn właściciela.

Z wykonaniem gorzej? Jak zwykle. Mimo wszystko, bohaterkę da się znieść, Cecily dodaje smaczku (chociaż to za duże słowo), a Jennę można nawet polubić! Jest dobrze. Język kuleje, jednak to chyba normalność w tego typu książkach, co więcej i tak nie spadł do poziomu Igrzysk Śmierci.

Czego  więc brakuje? W subiektywnej ocenie, praktycznie wszystkiego. W ocenie młodzieżowej (moim okiem): akcji. Irytująca książka wręcz prosiła się o motor napędowy. A tymczasem cały czas szamoczemy się z Rhine (główną bohaterką), która ma zamiar uciekać i ucieka przez pół książki. Gdzieś wokół tego śmierć w oparach luksusu, uśmiechnięte maski pod zapłakanymi twarzami, rozczarowanie, prosektorium... Miało powiać grozą. Niestety. Tutaj trzeba dodać, że mnie bardzo łatwo przestraszyć. Pani de Stefano to się jednak nie udało...

Dlaczego więc pierwsze miejsce? Pierwsze miejsce, bo na tle młodzieżówek aż tak nie odstawała językowo, do gustu przypadły mi fragmenty o rodzicach i rysunki Zamkniętego Księcia (bo tak go nazywałam). Zapewne moje rówieśniczki dopatrzą się wielu innych plusów, ja nie umiem, a książki nie polecam. Chyba... chyba, że lubicie Igrzyska śmierci, Czerwień rubinu bądź Nevermore...

"Atrofia" L. de Stefano, wyd.Prószyński i S-ka, 2011, tł.M. Rychlik

Na koniec i na początek

Winter - Claude Monet
Witam już w 2013 roku, Witam na zimowym szlaku, zawsze w drodze, by dojść do celu. Jednak zanim jeszcze wkroczę pewnym krokiem (tylko nieśmiały błysk w oku będzie wyrażał moją obawę) w kolejne 365 dni, to przydałoby się rzucić okiem wstecz. Już i tak w tej blogosferze balansuję na skraju przepaści (nie ma mnie ciągle, poziom tekstów nie jest taki jakbym sobie życzyła, nie nadążam z komentowaniem i czytaniem, nie biorę udziału w łańcuszkach i zabawach - staję się staroświecka!), więc może raz zrobię coś jak wszyscy i podsumuję te dwanaście miesięcy.

Podsumowanie.
Otóż, rok 2012 był za leniwy, za egoistyczny, całkowicie książkowy (ponad sto na liczniku), pełen błędów, sukcesów i porażek, płaczu na Final Four (uśmiech przez łzy do snajperka), cudownych chwil nakanapie (Gran Drebi oglądane z Black i Paulą to w ogóle odjazd), godzin na gg z Olą123, maili z Kingą, pełen uśmiechów i cudownych chwil w Bieszczadach, krzyku na Euro, śmiechu na przerwach, komentarzy od których serce rosło... Słowem, chaos taki, że ten z Mitologii to przy nim maleństwo.

Książki w 2012 
(zaczynając od końca stawki)
5. Opowiadania wszystkie L.Tyrmand [pisałam o niej tutaj]
4.Śmierć pięknych saren O.Pavel [pisałam o niej tutaj]
3. Rok 1984 G.Orwell [pisałam o niej tutaj]
2. Portret Doriana Graya O.Wilde [pisałam o niej tutaj]
1. Przeminęło z wiatrem [pisałam o niej tutaj]

Filmy w 2012
5.Marzyciel [pisałam o nim tutaj]
4.Służące [pisałam o nim tutaj]
3.Edward Nożycoręki - jeden z ulubionych filmów, groteskowy, bajkowy, po prostu mój.
2.Pianista - nie wiem, dlaczego oglądałam go po raz pierwszy dopiero w tym roku, jednak przejął mnie do głębi. Niezapomniany moment, gdy Szpilman gra przed gestapowcem. Nie wiem, czego tym razem uczepili się krytycy i znawcy, dla mnie film jest idealny.
1.Deszczowa piosenka - wygrała zdecydowanie, chociaż Pianista to wspaniały film. Jednak z tymi piosenkami, z tą historią i moją miłością do starego kina nie miał szans. Jak obiecałam pod koniec listopada, opowiem wam w najbliższym czasie, jak to z tą Deszczową piosenką było.

Sport w 2012
5.Igrzyska - nie wyszły nam, to prawda. Nie wyszło siatkarzom, nie wyszło pływakom, nie wyszło lekkoatletom. Jednak same w sobie igrzyska były cudowne. I nic już tego nie zmieni.
4. Euro - mecz Polska-Grecja i ten narodowy szał - wspaniałe uczucie. Potem nie było tak pięknie. Ten pamiętny gol Czechów i załamana Blueberry, wspaniały półfinał Włochów z Niemcami i ten okropny finał (byłam za Italią). I Torres...
3.Liga Światowa - pierwsze po latach wygrane z Brazylią, pierwszy finał, pierwsze złoto, pierwszy stracony ząb Michała Winiarskiego, rozbita (w emocjach) doniczka, Stanley który przestrzelił...
2.Gran Derbi - pamiętny wieczór nakanapie. Paula podrzucała filmiki, Black krzyczała, ja krzyczałam, goli dla Realu było więcej, zaczęło się jak marzenie, wywalili kogoś z boiska, końcówkę oglądałam na stojąco cała się trzęsąc. To w skrócie. [przepraszam tutaj wszystkich sąsiadów i domowników, których obudziłam oraz wszystkich znajomych do których napisałam  w środku nocy, że Real wygrał]
1.Final Four - straszne przeżycie. A najważniejsze dlatego, że ja tam wtedy byłam. Ubrana na żółto, z gorączką 38 i coś, pośród żółtych kibiców, wygwizdałam Rosjan, wypłakałam się za wszystkie czasy (bo z zasady nie płaczę) i przywiozłam niezapomniane wspomnienia...

Women Reading By A Window - Gari Melchers

Postanowienia, plany i podziękowania.
Postanowienia są, ale objęte tajemnicą. Tylko z jednym się deklaruję. Otóż, na moich półkach zalega 106 nieprzeczytanych książek (dwóch półek nie liczyłam i nie zamierzam, bo zawrotu głowy dostanę), ale postanawiam sobie, że w 2013 będzie ich mniej.
Plany są, ale objęte tajemnicą jeszcze większą.
Dziękuję wszystkim, za to, że są tutaj ze mną, że zaglądają, że komentują, chociaż nie zawsze mogą liczyć na wzajemność. Przepraszam, że nie zawsze do was zaglądam, że nie zostawiam tylu komentarzy ile wy. Mam nadzieję, że to się choć w małym stopniu zmieni w tym 2013.
I życzę tego Szczęśliwego Nowego Roku.

Mery