Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

Troszkę infantylnie, ale...

...to była jedyna książka przeczytana w kwietniu.
Po dwudziestu dniach prób dokończenia kolejnych przereklamowanych dzieł, wymagających wielkiej uwagi książek, mądrych historii o mądrych ludziach, odłożyłam wszystko na dni spokojniejsze i sięgnęłam po nią.

Była przede wszystkim napisana jednodniowo, bez malowania słowem, bawienia się w ozdobniki i czarowania już samą formą. Jeszcze niektóre zdania zgrzytały, jeszcze nie miały swojego ciężaru, przemykały. Historia... Zaczęła się świetnie, złamała się troszkę w środku, zakończyła dobrze.

Jednak przede wszystkim ta książka była wypełniona główną bohaterką. Najważniejszą, najciekawszą, tą, z którą będę się po części utożsamiać, rozumieć i do której będę wracać. Victoria, bo tak się bowiem nazywa, nie znała swoich rodziców i od najwcześniejszych lat była przenoszona z jednego domu dziecka do drugiego, od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Złośliwa, aspołeczna, nieposłuszna. Jakby nosiła wiele ran nieświadomie zadawanych przez ludzi, ran z którymi większość ludzi chodzi, stara się je odrzucić, zapomnieć, uwierzyć. A ja tylko patrzyłam jak niezdarnie uczy się żyć, jak stara się wyrwać, będąc jednocześnie cały czas zamknięta w potrzasku swoich myśli. I rozumiałam, chociaż na tym herbacianym papierze było widać, że człowiek powinien całkowicie inaczej zachować. Jednak sami wiecie...

Poza tym, te kwiaty. Pamiętacie, jak to jest, gdy każda kolejna książka jest potężną inspiracją? Kwiaty, znaczenia, fotografie, słowniki - aż chce się szukać dalej, przetrząsnąć wiktoriańską poezję, samemu sadzić, komponować, odkrywać kolejne przesłania.

I może jest troszkę niedopracowane. Może historia w pewnym momencie zamiera w martwym punkcie, a autorka ratuje ją jak w każdym amerykańskim bestsellerze, może pióro, lecz sam pomysł, przesłanie, dodatkowy wątek, poruszane po kolei trudne tematy... Może to wszystko nie na tyle, by się zachwycić, jednak dla samej inspiracji, by zacząć szukać dalej, zacząć oddychać...

...warto.

"Sekretny język kwiatów" V.Diffenbauch, wyd. Świat Książki, 2011, tł.M.Miłosz

Biografia powieściowa, czyli świetność taka, że muszę zadzierać głowę ("Na plebanii w Haworth" A.Przedpełska-Trzeciakowska)

Pamiętacie fragment Idy sierpniowej, w którym samotna bohaterka całą noc czyta podniszczony egzemplarz Jane Eyre? Ten obraz działał na mnie przez długi czas. W końcu i ja postanowiłam sobie kupić i przeczytać tę powieść.

Książka mnie, wówczas drobną uczennicę klasy szóstej, zaczarowała, omotała i wprawiła w zachwyt. Z miejsca stała się tą jedyną, ulubioną (do czasu, co prawda). Potem były Wichrowe Wzgórza, Shirley, Lokatorka Wildfell Hall, Agnes Grey – wszystkie w jakiś sposób szczególne, miejscami aż przytłaczające osobowościami poszczególnych postaci.

Jak to zwykle bywa, za zainteresowaniem książką, idzie zainteresowanie autorką. Dlatego też nie wahałam się chwili i pewnego zimowego dnia zakupiłam Na plebani w Haworth – biografię rodzeństwa Bronte.

Sięgnęłam po nią dopiero rok później. Rok odkładania, by mieć większą przyjemność z lektury, rok radosnego oczekiwania, rok by sięgnąć wreszcie po książkę, która miała mnie przenieść w świat XIX-wiecznej Anglii,  w świat genialnej czwórki. 

Przeczytałam, pochłonęłam i odkąd skończyłam siedzę mrucząc do siebie: Świetna książka, wspaniała książka, coś cudownego. Bo człowiek egzystuje marnie na tym świecie, czyta Jane Eyre, umie zachwycić się Shirley, a potem sięga po tę niepozorną książkę i widzi wszystko z całkiem innej strony niż wcześniej.  Wszystkie sploty, wszystkie nawiązania, wszystkie rozwiązania, które przedtem były niejasne, teraz stają się oczywiste. Wszystkie emocje, które targają bohaterkami, targały również autorkami.
I od razu można napisać: nie czytajcie dzieł sióstr bez lektury tej książki! Do niektórych pozycji podchodzimy lekko, bez dystansu, a potem widzimy całą historię jak na dłoni, wszystko co się z nią wiązało. Słowa parzą.  Bo historie zdarzyły się nie tylko na papierze, ale i w życiu (tylko zakończenie nie zawsze takie samo).

Plebania w Haworth [źródło]

Na plebanii w Haworth jest historią tragiczną. Historią tragiczną dziwnej rodziny, genialnych dzieci. Odciętych od świata, nie umiejących ze światem nawiązać kontaktu.
Gdy mówimy Bronte myślimy: Emily. Za chwilę przychodzi nam do głowy Charlotte. Dzięki ostatnim wydaniom również Anne.  Jednak ta książka zaczyna się w zupełnie innym miejscu, w zupełnie innym czasie.  Gdy na scenie nie widać trzech sióstr. Jest wolno toczący się powozik w którym siedzą państwo Bronte. Biedni, ale szczęśliwi. Zaraz pojawiają się kolejne obrazy - narodziny, niespodziewany śmierci wywierające taki wpływ na przyszłe pisarki, odtrącenie, osamotnienie, fascynacje, pisarskie próby, nieumiejętność życia w społeczeństwie, różnice charakterów czy na końcu nawet alkoholizm i narkotyki.

Mimo natłoku informacji biograficznych, książka nie ciągnie się, nie gubi, nie oszołamia nadmiarem informacji. Czyta ją się jak powieść. Ekscentryczną, po trochu straszną, po trochu fascynującą.
Z wiktoriańską Anglią w tle, z wielkimi postaciami na przedzie i ich codziennymi zmaganiami. Z prozaicznymi problemami, z mrożącymi krew w żyłach i wywołującymi łzy w oczach historiami.

Jest świetna, po prostu.

"Na plebanii w Haworth" A.Przedpełska-Trzeciakowska, wyd.Świat Książki, 2010, str. 512

Charlotte: Jane Eyre || Shirley || Vilette || Profesor
Emily: Wichrowe Wzgórza

Stowarzyszenie idealne dla Książkoholika

Chyba większość moli książkowych ma jedno, podstawowe (i czasami uciążliwe dla otoczenia) zboczenie – kocha plotkować, gadać o książkach. O ile po jakimś czasie nudzą nam się wszystkiego typu rozmowy o modzie, sporcie, najnowszych wydarzeniach ze świata (oczywiście nie wszystkim) to o najnowszych powieściach, uznanych klasykach, znanych autorach i dlaczego ludzie tak wielbią ostatnio Trylogię Czasu (oj, do fenomenu daleko jej, daleko…) można mówić, mówić, mówić…


Co prawda, media udanie narzekają na czytelnictwo w Polsce, jednak nie dajmy się zwieść pozorom. Sama, mimo wrodzonej nieśmiałości, bardzo często spotykam ludzi, którzy książki lubią. Zazwyczaj w małych księgarenkach, bardzo często zaczyna się od zagadnienia na linii sprzedawca-ja, potem jakaś osóbka dodaje swoje trzy grosze.  Jednak czasem o to jest ciężko. Wtedy zostaje się uciec do książki. A autorzy bardzo lubią przemycać tytuły, a niektórzy lubią o nich pisać wciskając swoim bohaterom ciekawe pozycje…

Dzisiaj będzie o takiej książce. Książce o której mogłabym mówić i mówić. Książce, której bohaterowie tak bardzo wdarli się do mojego serca. Książce o książkach.  Książce w której pewna pani odkryła siostry Bronte, w której pewien pan czytał Charlesa Lamba, gdy wokół trwała wojenna zawierucha. Książce, w której można znaleźć ciepło i uśmiech, mimo szarego nieba.

Jest rok 1946. Juliet, młoda pisarka, objeżdża zniszczoną Anglię, promując swą książkę i szukając tematu do następnej. Przypadkiem dowiaduje się o małej wyspie, na której istnieje dziwne Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Powołali je podczas wojny rolnicy i gospodynie, by uratować kilka osób przed aresztowaniem. Ale jak się ma literatura do placka z obierek? Zaciekawiona Juliet odwiedza wyspę, co zupełnie zmienia jej życie...

Sam czas akcji może wręcz wywołać dreszcze. 1946? Rok po wojnie, gdy ludzie świeżo w pamięci mają krzyk, płacz, biedę, zgliszcza… Wtedy właśnie. I wtedy też odnalazły się bratnie dusze. A ponad pół wieku później ja ich odnalazłam. I zaraz poczułam, że czegoś takiego mi brakowało. Mam wiele książek o wojnie. Jest o obozach, o zesłaniach, w większości literatura faktu. A tym razem wojna była wpleciona w powieść. Przekaz nie tracił przez to na naturalności, nie starano się zmienić biegu historii. Raczej opisano ją ze znawstwem i  uczuciem jednocześnie.

Czym byłaby jednak powieść bez ulubionych bohaterów? Biorąc książkę do ręki chcemy się z nimi przecież zaprzyjaźnić. A przyjaciela musimy przecież poznać i co najważniejsze – znaleźć z nim wspólny język. W „Stowarzyszeniu Miłośników…” znalazłam właśnie takie osoby. Do polubienia, chociaż zaopatrzone w różne dziwactwa i naszpikowane przeróżnymi cechami charakteru. Jednocześnie posiadające to, co najważniejsze: empatię, czasem pozytywne zakręcenie i poczucie humoru. Czasem  melancholijne, czasem porywcze, jednak zawsze z uśmiechem, chociaż los nie szczędził im cierpienia. Przeżycie okupacji to trauma, którą zapamiętuje się do końca życia i o ile główna bohaterka,  mieszkająca w Anglii tak jej nie odczuła, to osoby z Wysp Normandzkich i owszem.  Szczególną sympatię poczułam do tego nieśmiałego Dawseya. Jejku, przy mojej paplaninie był całkowitym przeciwieństwem, dlatego czytając jego listy uspokajałam się, uśmiechałam, może nawet pokorniałam?...

A, listy! Bo nawet nie wspomniałam. Książka pisana jest w formie listów. Każdy z prawie każdym, w obie strony, prócz tego pana z pięknym uśmiechem (on jakieś telegramo-liściki przesyłał). Czy to dobrze? Nie wiem, ale ja odebrałam to pozytywnie. Nie dość, że coś innego, dawno nie widzianego, to jeszcze świetnie oddawało klimat tamtej epoki. Może w tym czasie nasz ostatnio wspominany Lewis też pisał do Przyjaciela? A może Tolkien siadł ze swoją fajeczką i też bazgrał do kogoś? Można pomarzyć…

Tak mi było tam dobrze, tak przyjemnie i ciepło, że  aż nie chciałam  opuszczać tych miejsc. I cieszę się, że w literaturze jeszcze takie miejsca są. I, że ja mogę tam jeszcze wrócić. I pobawić się z Kid, i odpocząć. Dobrze, że istnieje „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”.

A na koniec jeden z trafnych cytatów tej książki: „Właśnie to uwielbiam w czytaniu - w każdej książce odkrywam jakiś drobiazg, który skłania do przeczytania następnej pozycji, a tam znów jest coś, co prowadzi do kolejnej. I tak w postępie geometrycznym - bez końca i żadnej innej motywacji prócz czystej przyjemności.”


"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek", M.A.Shaffer, A.Barrows, Świat Książki, 2010, tł.J.Puchalska

"Pamiętnik z przyszłości"


Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 352
Ocena: 4/6


Cecelia Ahern. Chyba każdy słyszał o tej pani, córce premiera Irlandii, która sławę zdobyła dzięki jednej książce ”PS. Kocham Cię”. Milionowe nakłady i pełne zaufanie czytelników, którzy sięgali po coraz to nowe powieści wychodzące spod jej pióra – te wiadomości dochodziły z różnych blogów. A ja zachodziłam w głowę, o co chodzi? Co ona takiego napisała, że wszyscy się zachwycają?

Postanowiłam sama się przekonać. Wypożyczyłam  „Pamiętnik z przeszłości”, zaparzyłam herbatkę, włączyłam muzykę i zaczęłam czytać.

Zaczęła się trochę… banalnie. Ojciec się zabił z powodu długów i matka z córką muszą się wyprowadzić z domu. Postanawiają zamieszkać u rodziny, gdzieś daleko na wsi. Tu pojawia się pierwszy problem – kochana Tamarka (córka) rozpuszczona jak dziadowski bicz nie może się pogodzić ze stratą – nie, nie ojca, tylko swoich ukochanych kosmetyków, „przyjaciół”.
„Kolejna płytka lalunia” – ładnie to może nie brzmi, ale tak główna bohaterka nam się zapowiadała. Ich nowe miejsce zamieszkania nie jest tym, o czym marzą księżniczki lub przyzwyczajone do luksusu dziewczyny. Zwykły dom z niezbyt ciekawymi mieszkańcami. Rosaleen – ciotka Tamary, w pierwszej chwili sprawiała wrażenie nierozgarniętej, mało inteligentnej kury domowej, wuj –mrukliwy i … tyle. Dużo więcej nie można było o nim powiedzieć.
Tamara ze swojego świata spada wprost na twardą ziemię. Koniec z imprezami, chłopakami, zakupami. Ogarnia ją rutyna. Zaczyna odkrywać świat inny niż ten w którym dorastała.

Jednocześnie dziewczyna znajduje tajemniczą księgę. Gdy otwiera ją po raz pierwszy jest zaskoczona, bo okazuje się, że wewnątrz nic nie ma. Jednak następnego dnia odkrywa, że na pierwszej stronie pojawił się opis… jutrzejszego dnia! Co więcej, sprawdza się on w 100%.

Zaraz oczywiście pojawiają się komplikacje, akcja zawija nam się, plącze. Tamara zmienia się nie do poznania. Z beztroskiej nastolatki przemienia się w dziewczynę myślącą i bardzo zagubioną. Nie umie sobie wytłumaczyć, dlaczego ojciec odebrał sobie życie, jej matka od pogrzebu praktycznie nie kontaktuje, siedzi sama w pokoju i wygląda przez okno, poza tym dziewczyna zaczyna gubić się we własnej tożsamości. I tutaj po raz pierwszy autorce należą się wielkie brawa za tę przemianę. Dobrze opisana, nie może przejść niezauważona.

Jednak im dalej w las, tym niestety gorzej. Fabuła się rozrasta, dochodzą coraz to nowe wątki całkiem ciekawe jednak troszkę za bardzo rozciągnięte, za bardzo rozwlekłe. Pojawiają się komplikacje rodzinne, zakurzone tajemnice z przeszłości, które są zdecydowanie wielkim atutem.  Jednak ich efekt psują opisy, czasem jakieś zdarzenia, dialogi, które wydaje się, są wciskane tam na siłę.

Autorka zaimponowała mi tworzeniem postaci. Złożone, niebanalne i bardzo ciekawe. Szczególnie Rosaleen i siostra Ignacjusz zasługują na wielka pochwałę. Ta pierwsza – niby cicha kura domowa, jednak kierowana takimi uczuciami, że można się zachłysnąć. Druga – nieskomplikowana i  tajemnicza. Wesoła, lecz pełna melancholii. Wykreowana na zasadzie kontrastu, przez co zdecydowanie nie wtapiająca się w tłum.

Mimo dobrej intrygi i świetnych postaci książce do doskonałości dużo brakowało. Wydawało się, że autorka jest… ograniczona ilością stron, na których chce umieścić bardzo dużo i raczej jej się to nie udaje. Akcja „wypływa” i zostają mało atrakcyjne ubranka, przez co czytelnik ma wrażenie, że  jest… za bardzo rozwlekła. Wiem, może to dziwnie zabrzmiało, jednak tak to odczułam.

Nie mówię, że książka jest zła. Nie ma również takich atutów, żeby opiewać ją pod niebiosa. Jest jedną z tych, co muszę stwierdzić z przykrością, o których szybko zapomnę.
Poza tym, nadal nie wiem, czy wszyscy się tak zachwycają. Myślę więc, że dam kiedyś pani Ahern kolejną szansę. Na razie jednak podziękuję.