BARCELONA


Często wydaje mi się, że jestem typowym człowiekiem północy. Kocham się zamknąć w mieszkaniu z kocem, bo zimno. Trochę nieufnie podchodzę do nowych osób w moim otoczeniu. Jednak po ciągłych mrozach od co najmniej dwóch miesięcy, mam dość. Zabieram Was do cudownej Barcelony.

Wiąże się z nią tak dużo wspomnień, że trudno zacząć w jakikolwiek ułożony sposób. Jednak zaczniemy najprościej. Na Placa Cataluna, skąd kierujemy się w dół La Ramblą. Barcelona nie jest dużym miastem, jednak tłum turystów, wielu kultur, wielu języków, uśmiechów, krzyków sprawia, że czujemy się jak w najbardziej zatłoczonym miejscu na ziemi. Nie mamy nawet ochoty dojść do Casa Batllo, które jest dwa kroki od nas, tylko skręcić dwie uliczki w bok, by znaleźć się w innym świecie.

Dzielnica gotycka, która nas otacza, umie pochłonąć. Katedry, kościoły, klimatyczne kamienice, ciemne zaułki, nasłonecznione place, z palmami, wystawami z własnym rękodziełem, upchnięte pod dachem małe pizzerie. Bary, w których można spokojnie odpocząć, sangria. I muzeum Piccassa, którego niektóre grafiki tak bardzo przypominają mi o moim ukochanym Schiele.


W takiej Barcelonie mogłabym spędzić lata. Jednak te najpopularniejsze miejsca czekają wciąż. Sagrada Familia, pod którą zawsze jest tłum turystów, robi wrażenie za każdym razem. Casa Mila, którą fajnie obejrzeć z zewnątrz, jednak środek jest horrendalnie drogi i odstrasza. Barceloneta byłaby teraz spełnieniem moich marzeń, chociaż to przecież jedna z tych gorszych plaż na wybrzeżu, pełna turystów, śmieci i hałasu. Katalończycy na Barcelonete nie jeżdżą. Pfff.

Gdy myślę o Barcelonie, z największym rozrzewnieniem wspominam parki. Labirynty. Park trochę oddalony od centrum, moje zdecydowanie ukochane miejsce, w którym można się ukryć, pobłądzić, odpocząć, poczuć, że się oddycha. Jakby się weszło do krainy czarów.

W sumie, w Barcelonie nie ma dużo do zwiedzania, chociaż kilka ważnych punktów się tu nie zmieściło. Jednak atmosfera, imprezy, wieczorne rozmowy i spacery, nowi ludzie, tak dużo bardziej otwarci, trochę egzotyki, muzyki i katalońskie jedzenie, to tak bardzo uzależnia. A ja właśnie zaczynam czytać „Miasto cudów” Mendozy, o początkach Barcelony i mam nadzieję, że reszta tej zimy nie będzie taka straszna.

AUTOPORTRET


Herbata z  imbirem i miodem to ostatnio moja miłość. Trzyma mnie przy życiu, jak i spokojne teksty, na blogach, w książkach. Nie potrzebuje głośnych tłumów, wystarczają mi poduszki.

I powoli zaczynam się zastanawiać, jak to się dzieje. Nie chce mi się pisać, nie chce mi się malować, nie chce mi się widzieć innych ludzi. W którymś odcinku Gilmore Girls Rory zostaje sama na cały weekend. Nie chce się spotkać ze swoim chłopakiem, urządzić hucznej imprezy, po prostu marzy, żeby zrobić po swojemu pranie i zamówić ulubione jedzenie. Ja poszłam gdzieś krok dalej, gdzie to zaczyna uwierać, a jednocześnie nie obchodzi mnie to wcale. Jakby przestało mi się nagle chcieć.

Wszystkiego.

Więc gdy wykrzeszę z siebie resztkę sił, próbuje coś nowego. Zdjęcia, sporty, inne książki.
Tak trafiłam na „Wróć, jeśli pamiętasz”. To nie jest jakaś specjalna książka. Tonie w morzu innych, krótka, prosta, banalna. Historia jest kontynuacją tragicznych i wzruszających wydarzeń pierwszej części, do których mnie nawet nie ciągnie. Jednak ta książka urzekła mnie jednym – ma w sobie tak duży spokój. Chociaż główny bohater ma depresję, cały czas przeżywa rozstanie,  a dziewczyna pojawia się i znika, to nie wiem jak to się stało, że ta książka mnie uspokoiła.

Powoli. Małe kroki, nawet nie każdego dnia. Nie planuje tak jak kiedyś.  Nie mam rozpisek, tabelek, staram się sobie nie wyrzucać, że strony z kolejnymi datami zostają puste. Bardzo dużo śpię.
I od nowa próbuje wszystko układać, w całkowicie innym miejscu. W inny sposób.

Ludzie którzy mnie inspirują

Idę zatłoczoną ulicą, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego, śpieszę się, skupiam tylko na tym by jak najszybciej dotrzeć do celu. Jednak w okolicach metra zawsze się zatrzymuje, zwalniam chociaż trochę i rzucam pojedyncze, czasem przeciągnięte spojrzenia. Uwielbiam to, gdy w centrum wysypują się w jednej chwili tłumy, jak z jakiegoś pudełka. Każdy tak bardzo kolorowy, każdy inny, indywidualny, wpadający w przeciętność jednak skupiający na sobie wzrok. Bo oczy jakieś zamglone, bo ubrania kolorowe, bo rozmowy ciekawe.

Gdy pierwszy raz po przeprowadzce, poszłam do księgarni, rzuciła mi się w oczy książka Humans of New York. Prosta budowa, proste założenie, zapoczątkowana przez zwykły album na fejsbuku. Może nawet słyszeliście - autor zamieszkał w Nowym  Jorku i zaczął robić tam zdjęcia przypadkowym przechodniom. Małym, dużym, różnej płci, koloru skóry. Czasem dopisana jest krótka historia, czasem luźna myśl, czasem samo zdjęcie.
Wracałam do niej bardzo często. Znalazłam też cały blog, na którym oparta jest książka. Poza tym, czytałam fragmentami po raz kolejny Doriana Graya:
Krytykiem jest ten, kto swe własne wrażenia piękna umie w odmiennej wyrazić formie, nowy im nadać kształt. Zarówno najwyższa, jak najniższa forma krytyki jest pewnego rodzaju autobiografią.
źródło

Widzę tu tyle zdjęć, tyle historii. Czasem jak na instagramie. Chociaż może trochę bardziej ludzkie i różnorodne to wszystko. Starsza pani nie musi być nawet ubrana z klasą, by stać się moją inspiracją, wystarczy że widzę jej wzrok i lekki uśmiech. Bym nie zobaczyła czegoś, co sama chciałabym mieć. Tal samo jednak dziecko, bezdomny, nastolatek, dojrzały mężczyzna, który chodzi na boso. One zostają mi w głowie. Zmuszają do refleksji, czasem do uśmiechu.

Oswajam tych ludzi. Naprawdę. Myślę sobie o nich często, chociaż jeszcze wszystkich nie znam. W mojej głowie niektóre osobowości są już naprawdę ukształtowane. Umiałabym napisać o nich krótkie opowiadania, czasem gdy mam problem, myślę jak oni by się zachowali. Co wydaje się trochę zgubne, zamknięte w nie wiadomo czy prawidłowym kręgu. Ale myślę tak i już.

To jest album. Zwykłe zdjęcia. Bardzo dobre zdjęcia. Jednak dawno żadna książka nie miała na mnie takiego wpływu. Nie nauczyła aż tak operować maskami. Uwypuklać te moje cechy, które chcę, żeby były zauważone.

Tylko zawsze z tyłu zostaje pytanie, czy to dobra umiejętność i czy dobrze wykorzystana.

"Humans of New York" S.Brandon, wyd.Macmillan Usa