Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

Największa przygoda ostatnich lat.

To był jeden nieuważny krok. Chwiejny, troszkę zmęczony, jeden! A potem był tylko zachwyt, uśmiechy w duchu i troszkę kpiny. BBC pokazało swoim widzom najnowszy serial kostiumowy - Trzech Muszkieterów. Chciało powiedzieć: Nie przejmujcie się tym fiaskiem amerykańskim w którym zagrali wszyscy wasi ulubieni aktorzy! My damy wam coś ładniejszego z nowymi twarzami, które zdążycie pokochać! 

O serialu jeszcze za wcześnie mówić. Widziałam dopiero dwa odcinki. Jednak już po tym pierwszym zaczęłam rozglądać się za moim egzemplarzem "Trzech muszkieterów". Starym, zakurzonym, wyciągniętym z piwnicy. Nie wiem, dlaczego nie czytałam tego w dzieciństwie. Chyba po prostu zagubił się wtedy w piwnicy Babci, więc moją miłość do literatury płaszcza i szpady musiałam przeżywać bez najważniejszej lektury. Zaczęłam jednak niedawno, po latach nieobecności w świecie walk i honoru...

...było dużo krwi, dużo ukochanego tła historycznego, które nigdy nie przekraczało jednak cienkiej granicy, by nie przytłoczyć. Była miłość płomienna, którą odczuwać można jedynie mając szpadę przy boku, były walki, przyjaźń na całe życie, marzenia spełnione i tajemnice. Dużo tajemnic.

Wszystko zamknięte w krainę dzieciństwa, jakby przypadkiem kolejny krok przeniósł nas właśnie tam. Bo to jest jedna z tych książek, które przypominają ci o ukochanych latach twojego życia, nie zmieniają się nigdy, nawet gdy ty dorastasz. Pozwalają ci mimo niewygodnego marszczącego się kostiumu biegać po krętych uliczkach Paryża, zaglądać do komnaty królowej czy chatki chłopa.

Więc biegałam i zaglądałam. Wzruszałam się i denerwowałam, planując kolejne misje. Czasem śmiałam, czasem płakałam, często drżałam ze strachu. Znalazłam wreszcie ukochanego muszkietera, teraz umiem pewnym głosem powiedzieć - uwielbiam Atosa. I gdy zamknęłam książkę jednego byłam pewna - od czasu "Kapitana Fracasse" nie bawiłam się tak dobrze. A nawet, w życiu się nie bawiłam tak dobrze!

"Trzej muszkieterowie" A.Dumas, Iskry, 1987, str.496, tł.J.Guze

Samotność w wielkim mieście ("Ukryte godziny" D. de Vigan)

Dzisiaj musicie zapomnieć o Paryżu, jaki żyje w waszych snach, jakim przepełnione są wszystkie opowieści. Że wieża Eiffla, że belle epoque, że Edith Piaf… Dzisiaj miasto oglądane będzie oczami paryżanina. Żadnego turysty z głową wypełnioną stereotypami. Człowieka, dla którego Paryż to droga dom-metro-praca...

Tym razem czeka na nas opowieść o Mathilde – samotnej matce trzech chłopców, która zaczyna mieć problemy w pracy. Jak to się dokładnie nazywa? Mobbing, bodajże. Szef jednego dnia zaczyna odsuwać ją od kolejnych projektów, pozbawia biura, udaje, że nie dostał jej maili...  Kobieta zostaje wręcz wciągnięta w pułapkę własnych myśli, najpierw starając się zrozumieć, co robi źle. Potem walcząc z tym. Nie wie tylko, że szybkiego, dobrego rozwiązania nie ma.
Równocześnie toczy się historia Thibaulta -samotnego lekarza, który właśnie rozstał się z dziewczyną i aktualnie całkowicie oddaje się pracy.

Troszkę schematyczne, jak to bywa w takim przypadku. Jednak jest coś, co wyróżnia  tę powieść. Normalnie wszystko powinno dążyć do momentu przełomowego, gnając z zawrotną szybkością. Tutaj w ogóle trudno znaleźć jakikolwiek moment przełomowy. Jesteśmy tylko my i bohaterowie, których drogi wiją się na wszystkie strony, nieprawdopodobnie blisko siebie, muskając się czasami.

I schemat się kończy. Zaczyna się dobra proza, niebanalna, o tym na co choruje teraz społeczność, mimo wszechobecnych uśmiechów i Dobrych Wróżek, mówiących: zrobisz to i będziesz szczęśliwy! czy myśl pozytywnie!. Zaczyna się opowieść o samotności, o chęci ucieczki, o strachu. Po prostu. Proza, której zawsze brakuje i  na którą zawsze zapotrzebowanie jest.



Jest też wielkie miasto. Paryż odgrywa niebanalną rolę. Nie w sensie komercyjnym, nie patrząc przez pryzmat zabytków, stereotypów, które wkładane nam są do głowy od małego . Paryż, mógłby być też Londyn, Nowy Jork, Madryt... Paryż, wielki, dudniący, pełen samotnych, mijających się w biegu ludzi.

Dwójka, której się przyglądamy, nadająca się cudownie do komedii romantycznej, odkrywa przed nami swoje drugie oblicze - pełne rozterek, pytań, niepewności, załamań.  Zazwyczaj zrezygnowane, boleśnie doświadczone. Samotne oblicze, które często ludzie chowają gdzieś głęboko przed innymi. Oblicze, które tak na prawdę, nas wszystkich łączy.

Jednak trzeba wspomnieć, czego tej książce zabrakło - duszy. Paradoksalnie, zbudowana jest cała na uczuciach, a uczuć czasem jej brakuje. Pani de Vigan nie posiada jeszcze (albo już?) rozmachu artysty, widać tylko świetnego rzemieślnika, który panuje nad wszystkimi postaciami, myślami, stylami, konstrukcjami. Bo warsztatowo książka jest świetna. Ale to jeszcze nie jest geniusz, i by wdrapać się jeszcze wyżej, potrzeba odrobiny czegoś. Dlatego książka może zginąć, wśród innych.

Mimo to, cały czas to dobra literatura. Takiej, jakiej czasem nam potrzeba. Po jakiej trudno się ruszyć z miejsca. Wstać i iść.

źródło zdjęcia,  źródło drugiego zdjęcia


"Ukryte godziny" D. de Vigan, wyd.Sonia Draga, 2010, tł.S.Kluza

Już się starzeję? Czy to świat podąża w dziwnym kierunku? ("Matylda" R.Dahl)

Klasyka dziecięca, wspaniały francuski pisarz…

Nie wiem, ile razy te słowa rozbrzmiewały w mojej głowie. Nie wiem, ile osób gdzieś mimochodem mi o nim wspominało. Przyznaję ze skruchą, jeśli chodzi o klasykę dziecięcą, jestem osobą strasznie ulegającą wpływom. Więc co miałam robić? Sięgnęłam po „Matyldę”.

Pierwsze wrażenie: szok, dezorientacja. Zachowanie rodziców i  dyrektorki określę jakże popularnym ostatnio słowem masakra. Wychowana na książeczkach w których niektórzy byli mili, inni trochę mniej, w których mama była oparciem, a jak nie, to zawsze był ktoś do kogo można było się zwrócić, czytałam coś co napawało mnie strachem. Taki twór jak dyrektorka szkoły przeraził mnie nie na żarty. Znałam już seryjnych morderców, płatnych zabójców, pedofilów, jednak nic nie wywołało we mnie takich uczuć jako owo monstrum.
Podobne zdanie mam o rodzicach, których brak czasu przyprawiał mnie o przewroty w żołądku.

I wreszcie pojawiło się pytani: Jestem już tak stara? Żadnego poczucia humoru, żadnego przymrużenia oka, żadnego zrozumienia dla książki, która bądź co bądź, jest klasyką?
Nie oszukujmy się, nie zrozumiałam tej książki. Co prawda, przekaz jest dla mnie jasny (dobro wygrywające ze złem), jednak trzeba od razu uciekać się do tak drastycznych środków? Trzeba wszelkie postacie przerysowywać aż do bólu? Czemu ma to służyć?

No i Matylda. Genialne dziecko. Nie polubiłam jej, w dodatku nabawiłam się kompleksów (i tak już nabluzgałam, więc co mi zależy, będę brnęła dalej), bo Hemingwaya zaczęłam czytać jakiej siedem lat później niż ona. Ale nic, powiedzmy, że tę, jak dla mnie niezbyt przekonywującą bohaterkę, wybaczam.

Niestety, najchętniej teraz wystosowałabym kolejne zarzuty, jednak resztką sił się powstrzymam i  przejdę do sedna. Chciałabym zauważyć jedno: zabierając Matyldzie wszelakie zdolności nadprzyrodzone i oznaki geniuszu, a rodzicom oraz dyrektorce chociaż połowę ich negatywnych cech (delikatnie powiedziane), otrzymujemy banalną historię, w której nie znajdziemy  żadnego wątku nam nieznanego. To wszystko w różnych konfiguracjach spotykamy w baśniach, bajkach nie tylko u współczesnych pisarzy, ale i klasyków. Bo, jak wiadomo, motyw walki dobra ze złem jest znany od zarania dziejów.

Dlaczego więc, ta książka jest tak uwielbiana? Czy opakowanie motywu walki dobra i zła w papierek genialności dziecka i nieludzkich uczuć dorosłych wystarcza do miana klasyki? Widocznie tak…

A, że mi zawsze opakowania Andersena, braci Grimm czy Lewisa bardziej do gustu przypadały, to zostanę przy nich.

"Matylda", R.Dahl, wyd. Zysk i S-ka, 2002,
"Klasyka młodego czytelnika"

"Żona piekarza"


Autor: Marcel Pagnol
Wydawnictwo: Esprit
Rok wydania: 2010
Liczba stron:240
Ocena:7/10 (bardzo dobra)


Wokół nas świat budzi się do życia. Wiosna! Wiosna! Z kubkiem jaśminowej herbaty wyglądam przez okno. W powietrzu unosi się zapach charakterystycznie nieokreślony. Coś pomiędzy rześkim porankiem, słodkim przedpołudniem i srebrną nocą. Zapach jednej z czterech najpiękniejszych pór roku. Uchylam szyby, która dzieli mnie od pełni szczęścia. Zamykam oczy…

…  wokół mnie unosi się cudowny zapach. Zapach idealnie wypieczonego chleba mieszający się z zapachem wiosny. „Tak mogłoby być zawsze” – jakaś niesforna myśl przemyka przez głowę i zaraz znika jakby przepędzona. Tylko czym? Zazwyczaj przecież takie myśli zostają trochę dłużej, czasem za długo i człowiek o wszystkim zapomina. A tu proszę, myk, myśli nie ma. Za to w powietrzu unosi się okropny swąd. Chleb nie jest już idealnie wypieczony. On raczej jest okropnie przypalony!

Biegnę pod piekarnię. Zebrał się tam już całkiem spory tłumek (jak to zazwyczaj bywa składa się on  z niezbyt taktownych osób). Przedzieram się by zobaczyć co się stało. W środku przy jednym ze stolików siedzi piekarz mamroczący coś do siebie, a za ladą stoi… nauczyciel. „Ciekawy początek dnia. Nie ma co.” – ta myśl zostaje już na dłużej. Podchodzę do osobnika reprezentującego Oświatę i szeptem pytam co tu się dzieje.
-Żona piekarza uciekła z pasterzem. Aimable powiedział, że nie będzie pieczywa dopóki kobieta do niego nie wróci.
No tak, nie ma to jak złamane męskie serce, honor, duma, albo jeszcze coś innego, dla płci pięknej raczej niepojętego.

Pierwsza myśl jak pojawia się w mojej głowie: „Trzeba się wziąć, zebrać ludzi i znaleźć piekarzową. Przecież nikt nie będzie jeździł kawał drogi po chleb!” Jednak znowu problem. Ten z tym nie będzie szukał, bo już ich ojcowie ze sobą nie rozmawiali, a tamten z tym nie będzie razem się rozglądał, bo pierwszy czyta nie to co drugi. Zwariować można. Nawet ksiądz, niby osoba duchowna będzie zarzucał, że ktoś tam gdzieś się niemoralnie prowadzi.

I tak, po raz  kolejny odkrywam głupie uprzedzenia jakie rządzą światem. Ba, odkrywam z pompą, bo z pomocą klasyka. Pagnol może nie jest znany w Polsce, ale we Francji? Kto go nie zna? Tu Marcel, tam Marcel i ta jego Prowansja…..

Jednak tu nie ważne są tylko uprzedzenia. Ważna jest również miłość. Cudowne uczucie przezwyciężające wszystko i potrafiące prawdziwie wybaczać. Je też odkrywam znów na nowo.

 A to wszystko serwują mi w iście francuskim stylu (jeśli komuś z Francją kojarzy się Molier, gorzej jeśli z tym pięknym krajem kojarzy Wam się na przykład Wiktor Hugo…). Molier, Hugo, już widzę zaskoczenie na waszej twarzy. Rozwiązanie jest banalne, „Żona piekarza” pisana jest w formie dramatu. Tak, teraz widzicie podobieństwo, prawda? Jednak proszę się tym nie zrażać, niech nikt nie próbuje zasugerować, że ta forma jest zdecydowanie uboższa. Pamiętajcie co mówił Szekspir:

„Jeżeli w książkach czyta się tylko to, co zostało napisane, to całe czytanie na nic.”

Tak więc zapominając już o mojej jaśminowej herbatce, pamiętając o Williamie, czytam, podczytuję i jak zawsze ładnie wszystko wychodzi (dobrze, nie jak zawsze, ale wychodzi). Marcel znów przypomina nam co jest najważniejsze, znów jak matka swoim dzieciom wpaja znaną od wieków mądrość, pozwala nam samym odkrywać, że mimo różnic czasowych, kulturowych w ogóle nie różnimy się od bohaterów. Co więcej pozwala nam się zaśmiewać z ich błędów, waśni pokazując, że sami zachowujemy się identycznie. Na koniec to niezbyt miłe uczucie, wierzcie mi.

Jedyne czego brakuje, to te cudowne opisy do jakich mnie autor przyzwyczaił. Brakuje tego zapachu Prowansji. Chociaż, jeśli troszkę się skupimy, można go znaleźć w całej gamie postaci.

„Żona piekarza” – dzieło Pagnola napisane na podstawie opowieści. Dzieło króciutkie, ale pouczające. Dzieło niby proste, ale skomplikowane jak człowiek. Dzieło które spodoba się niektórym, bo niektórzy zobaczą w nim coś więcej niż tylko zwykłą opowieść.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit.

"Czas tajemnic" M.Pagnol

 Premiera: 7 grudnia

Znów wybrałam się do Prowansji. Zaopatrzona w kubek gorącej herbaty, koc i miękką poduszkę wyruszyłam w kolejną wędrówkę za rękę z Marcelem…


Po raz kolejny nasz wybór padł na letni domek w którym cała rodzina zwykła spędzać wakacje. Dźwigając ciężkie plecaki z „niezbędnymi rzeczami” dotarliśmy wreszcie tam, gdzie niecały rok temu spędziliśmy niezapomniane chwile. Jednak teraz nic nie chce przypominać tamtych wydarzeń. Lili nie ma już tak wiele czasu na zabawę, Marcel zaczyna się nudzić. Spotyka jednak na swojej drodze Izabelę, ładniejszą niż dotychczasowe dziewczynki, której tata jest „szlachcicem”. Zaczyna się nowy okres w życiu chłopca, jednak równie szybko się kończy, trzeba zbierać się do miasta, gdzie czeka już nowe liceum…

Kolejny tom „Wspomnień z dzieciństwa” przywitał mnie takim samym ciepłem jak części poprzednie. Z łatwością wciągnęłam się w świat małego chłopca i zatonęłam w nim bez reszty. Tym razem już nie przemierzałam beztrosko pól i lasów. Marcel dorastał, przeżywał pierwsze miłości, szedł do nowej szkoły. Nie interesował się już Indianami, polowania stały się rutyną. 

Była za to Izabela. Od razu wiedziałam, że jej nie polubię. Jedna z tych przebiegłych jędz, które umieją omotać sobie chłopca wokół małego palca. Jednak, jeśli teraz zaczynacie sobie myśleć: „No, tak. Ona złamie mu serce i zrobi się kolejna niestrawna historyjka o dziecięcej miłości” to nic bardziej mylnego!  Skończy się trochę inaczej. Jak? Przekonajcie się sami!

Tym co odróżnia „Czas tajemnic” od swoich poprzedniczek jest przede wszystkim zmiana głównego bohatera. Jak wspomniałam wyżej, Marcel dorasta, już nie mówi wszystkiego rodzicom, poznaje prawdziwe oblicze szkoły. Widzimy zmiany w zachowaniu bohatera, zmiany ciekawe, które ubarwiają kolejne przygody.
Liceum do którego trafia tuż po wakacjach też różni się od dawnej szkoły. Chłopiec, który kiedyś był wzorowym uczniem teraz tonie w przeciętności. Na szczęście tylko ocen, bo jego życia nie można do przeciętnych zaliczyć. Autor po raz kolejny przypomina nam, że w książkach nie musi na co drugiej stronie lać się krew, a akcja pędzić w szaleńczym tempie, by Czytelnik nie mógł się oderwać.

Na uwagę zasługuje łatwość z jaką Pagnol operuje językiem. Wszystko czyta się łatwo i szybko, zatrzymując się na poszczególnych fragmentach, by zastanowić się nad podobieństwami między życiem swoim, a francuskiego pisarza.  Tak jak w pierwszej części, a nawet bardziej Czytelnik z łatwością połyka kolejne strony.

 „Cza tajemnic” to książka nad którą spokojnie można usiąść z kubkiem gorącej herbaty i zatonąć bez reszty. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest lepsza od poprzednich części. Urzeka swoją prostotą, klimatem i humorem, którego autorowi nie brakuje. Idealnie nadaje się zarówno  na zimowe wieczory jak i letnie popołudnia.  Z niej po prostu tchnie ten niepowtarzalny zapach Prowansji, słońca, zabaw, szczęśliwego dzieciństwa…

"Czas tajemnic", Marcel Pagnol, wyd. Esprit, 2011
Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Esprit

"Chwała mego ojca. Zamek mojej matki" M.Pagnol


Tytuł: Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki
Autor: Marcel Pagnol
Wydawnictwo: Espirt
Ilość stron: 410 
Ocena: 5/6

Gdy za oknem szaro, buro, każdy marzy by choć duchowo przenieść się do ciepłych krajów. Co powiedzielibyście na Prowansję?  Tak?  To zapraszam.

Razem z małym Marcelem Pagnolem, mamą Augustyną, tatą Józefem, bratem Pawłem i  siostrzyczką wybierzemy się do słonecznej Francji.  Tam będziemy śledzić  beztroskie dzieciństwo chłopca. Uczestniczyć w polowaniu na kuropatwy, zaśmiewać się z żarcików, poznawać nowe słowa,  czuć smak przyjaźni, przemierzać  kolejne pola, łąki, lasy, podpatrywać życie owadów, uczyć się zastawiać pułapki, odczuwać na własnej skórze co to strach, planować ucieczkę z domu, bawić się w Indian.
Niby nic specjalnego, jednak czy jest coś przyjemniejszego od tak spędzonego czasu?

Książka „Chwała mego ojca. Zamek mojej matki” zaskoczyła mnie pozytywnie swoim ciepłem, komizmem, ironią. Coraz mniej jest dorosłych, którzy przywołując wspomnienia umieją spojrzeć na nie oczyma dziecka, a nie z chłodną wysokością i lekceważeniem. Widać, że Marcel Pagnol do końca życia zachował w sobie tę cząstkę dziecka.

Każda z postaci była opisana po mistrzowsku. Niektóre wprawiały mnie w podziw, inne wywoływały złość, czy onieśmielenie. Pagnol choć niby opisywał życie własnej rodziny przemycał również strzępki z życia społecznego. Mogliśmy poznać mentalność ludzi na początku XX wieku we Francji gdzie niejednokrotnie dochodziło do komicznych sytuacji.

„-Mój Boże, nie kupuję tego do muzeum, ale żeby mi służyło.
Starzec wyglądał na zasmuconego tym wyznaniem.
-A więc nie robi na panu wrażenia, że ten mebel może widział Marię Antoninę w koszuli nocnej? – zapytał.
-Sądząc po jego stanie – rzekł mój tata – nie zdziwiłoby mnie, gdyby widział króla Heroda w kalesonach!”
I jak tu nie wybuchnąć śmiechem? Jednak prócz tego autor wplatał subtelnie swoje dorosłe przemyślenia.

„Życie nauczyło mnie, że ojciec się mylił, bo naprawdę słabi jesteśmy wówczas, gdy jesteśmy uczciwi.”

Z moich niczym nieuzasadnionych wątpliwości, że się wynudzę nie zostało nic już po pierwszych stronach lektury. Klimat Prowansji, dzieciństwa ogarną mnie na początku i urzekał do końca. Przed sobą widziałam pola lawendowe, zielone lasy, co więcej razem z Marcelem i Lili biegałam po nich.


Jedynie zakończenie jest inne. Takie dojrzało – dziecięce. Poruszające trudny temat. Jednak wcale nie gryzie się ono z resztą książki, co więcej, wspaniale ją uzupełnia.

Oczywiście, nie mogłam nie wspomnieć o grafice. Cudowne obrazki Sempego w których zakochałam się gdy po raz pierwszy poznałam Mikołajka zdobią również tę powieść. Dlatego prócz walorów duchowych jest również czym cieszyć oko.

Książka nadaje się idealnie na jesienne wieczory. Myślę jednak, że przypadnie do gustu tym, którzy nie będą od niej oczekiwać nie wiadomo jakiej akcji, tempa, czy przygód. Ot, zwykła opowieść o życiu zawierająca to co w nim najważniejsze. Serdecznie polecam.

Za możliwość
przeczytania serdecznie dziękuję wydawnictwu Esprit

"Niedziela nad Sekwaną" S. Vreeland

  
 Nie mogę powiedzieć, że znam historię sztuki, albo, że uwielbiam francuskich malarzy. Nie. Wiem, o sztuce i malarzach tyle ile przeciętny gimnazjalista. Jednak, gdy zobaczyłam książkę „Niedziela nad Sekwaną” coś mnie zauroczyło. Troszkę jednak obawiałam się ciężkiego, fachowego nazewnictwa i nudnej fabuły. Nic bardziej mylnego.

Dziesięć lat po wojnie  francusko – pruskiej. Auguste Renoir choć ma kryzys uczuciowy i brak zasobów finansowych, po przeczytaniu krytycznej opinii na temat impresjonizmu postanawia pokazać na co stać go i wszystkich impresjonistów, malując  obraz swojego życia. Ma przedstawiać on miłe popołudnie grupy przyjaciół cieszących się letnią porą. Tematyka jest udowodnieniem, że realizm nie musi być taki w jaki sposób przedstawia go „grupa malarzy Degasa”. Renoir musi jednak zmagać się z problemami, nie tylko finansowymi,  ale i takimi, które rozdzierają grupę modeli, a jednocześnie przyjaciół malarza.

Autora przedstawiła nam postać Pierre-Aguste Renoira we wspaniały sposób. Cudowne opisy, realistyczna fabuła wciągają od pierwszych stron. Co prawda nie jest to jakaś świetna książka przygodowa czy fantasty, ale jak na opartą na faktach autentycznych biografie, umie zaskoczyć i wciągnąć czytelnika. Świetnie zarysowane postacie, których życie, nie tylko to związane z malarzem, również poznajemy, są wielkim atutem książki. O większości z nich można by napisać osobną biografie. Jestem pewna, że byłaby ona równie ciekawa jak ta.

Prócz samego Renoira dwie osoby były dla mnie intrygujące. Alphonsine – jedna z modelek i przyjaciółek Renoira, którą malarz obdarzył uczuciem. Była wdową. Nie wiem dlaczego, ale to słowo kojarzy mi się z otyłą kobietą pod sześćdziesiątkę. Nic bardziej mylnego. Alphonsine miała ledwie trzydzieści lat i prócz męża miała kilka miłości w swoim życiu. Głęboko w duszy skrywała też kilka sekretów…  Drugą osobą była Angele. Ta, jakbyśmy powiedzieli teraz prostytutka, zdobyła moją sympatię. Jej humor i wybuchowość od razu przypadły mi do gustu. Poza tym w poważnych sytuacjach umiała się zachować.

Bardzo podobał mi się wątek uczuciowy w tle. I to nie tylko malarza, ale i innych osób. Był to kolejny plus tej książki. Wszystko zgrabnie ubrane w słowa tworzyło ciekawą powieść. Co prawda nie przepadam za tego typu rodzajem literackim, lecz ta spodobała mi się, a postać malarza bardzo polubiłam. Jedyne z czym nie mogłam się pogodzić to wybór żony Renoira. Szczerze kibicowałam tej drugiej osobie (jak przeczytacie będziecie wiedzieć o kogo chodzi). Cóż, jednak się zawiodłam…

Książka jest jednocześnie małą lekcją sztuki. Bardzo przyjemna jak dla mnie. Dlatego polecam ją wszystkim, którzy znużeni deszczową Polską pragną na chwilę przenieść się do słonecznego Paryża i nad Sekwanę. Zapraszam tam wszystkich!

 "Niedziela nad Sekwaną", Susan Vreeland, wyd. Bukowy Las, ocena: 5/6
Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Bukowy Las