Wszyscy czytają, ja oglądam, czyli ekranizacja Jane Eyre.

Obejrzałam, napisałam, tekst wpada w ton wszechwiedzący. Jednak ten ton wszechwiedzący proszę traktować jako spojrzenie laika, bo jednocześnie ten ton opiera się jedynie na spostrzeżeniach subiektywnych. Dlatego jeśli ktoś nie zgadza się nawet w kwestii "Na czym stoi książkowa Jane" to można się kłócić i zalecane jest branie zdań brzmiących jak pewniak, jako prywatnych odczuć Mery. 

Boję się oglądać ekranizacje książek. Szczególnie, gdy pierwowzór kocham, uwielbiam albo chociaż nienawidzę. Jane Eyre zaliczała się do tej pierwszej grupy i przez długi czas w ogóle nie patrzyłam na filmy z jedną z ulubionych bohaterek w roli głównej. Po co psuć własne wyobrażenia?
Jednak ciekawość często zwycięża, szczególnie, że to dobry pretekst, by po raz kolejny wrócić do danej historii...
źródło: filmweb.pl
Książka Charlotte oparta jest na bohaterach i ich emocjach. Kolejna żona, pożar czy chociażby wszystkie sceny z udziałem Helenki wydają się istnieć tylko po to, by Jane mogła dać upust swoim myślom, uczuciom, sprzeciwom, a miejscami poprzeć to czynem. Oczywiście, wszystko inne jest dopasowane, włożone w ramy historii miłosnej, jednak przede wszystkim w tej książce wszystko krzyczy, chociaż krzyku tam w ogóle nie ma. Za każdym razem więc scenarzysta, reżyser, aktorzy stają przed trudnym zadaniem.



Mogą zrobić z tą historią wszystko - skupić się na melodramatycznej części, wewnętrznym życiu Jane, ładnych widokach, muzyce, łączyć to wszystko razem, dodawać coś od siebie. Film z 2011 roku nie miał chyba wyraźnie zarysowanego planu, jak to będzie wyglądać. Ma się książkę, ma się praktycznie film.

Tylko ten film nie zawsze musi być zachwycający. W tym brakuje przede wszystkim życia. Niby w dwie godziny opowiedziano to, co BBC opowiada przez kilka razy dłuższy okres czasu, wprowadzono retrospekcję, dano lubianych aktorów, jednak ten film płynie przed siebie, dusząc w zarodku wszelkie zrywy, jakie w fabule umieściła Charlotte. Moglibyśmy przez przypadek zasnąć, obudzić się, i chociaż teoretycznie jesteśmy dużo dalej, to jednak nic się nie zmienia. Jednocześnie zaskakujące jest, że film zahacza o praktycznie wszystkie wątki zmaterializowane w powieści. Wydawałoby się, że trzeba by więcej wyciąć, jednak nie, mamy praktycznie wszystko.

Może w ten sposób chciano podkreślić poetyckość tej opowieści, bo prócz owego braku akcji mamy strasznie dużo cudownych krajobrazów, strojów, zbliżeń - film wydaje się płynąć, układać falami, przypomina wręcz Into the wild czy Nothing personal*. Niestety, ukryty czytelnik wręcz wrzeszczy: Nie o to tu chodziło! Historia! Historia! I chociaż docenia angielskie krajobrazy, to marudzi.

Główna aktorka - Mia. Miło, bo Mia jest miła, eteryczna i wydaje się świetnie pasować do roli Jane, nawet jeśli ma tak dziwną fryzurę przez cały film. W dodatku są próby pokazania, jak Mia toczy jakieś wewnętrzne wojny bez zmieniania miny, jak przepływa przez cały film i chociaż strasznie jej zależy, to jej nie zależy. Jako Jane, oczywiście. W stylu panny Eyre przeprowadza tylko jedną rozmowę, na samym początku, robi wrażenie dobre. A potem wygląda, jakby oczekiwała, że my się domyślimy, co jej nie odpowiada, a co odpowiada.
Mimo wszystko, ona nie gra źle. Raczej idealnie wpasowywuje się w film, nic nie mówiąc, czekając, patrząc w obiektyw, czekając...

Rzecz z Michaelem ma się całkowicie inaczej. Owy aktor do którego wszyscy mają jakąś słabość ginie w tym filmie i wcale nie jestem pewna, czy to dlatego, że nie wygląda jak pan Rochester czy dlatego, że postanowił się wpasować w nurt całego filmu. W każdym razie, nie ma go. Do oka fana filmowego mi daleko, może dlatego też nie zwróciłam na niego takiej uwagi w innych produkcjach, jednak po przejrzeniu jego filmografii mogłam krzyknąć: Pamiętam, tak, tam, z kartką na głowie! czy po prostu: Magneto! W tym przypadku jest inaczej, przystojny, całkiem miły, jednak... To nie pan Rochester, przepraszam! Więc nikt nie będzie pamiętał o tej jego roli, raczej od czasu do czasu zastanawiał się: kto mógł tam grać Rochestera...

Świetna jest w tym filmie Judi, tylko jej rola jest znikoma, więc trudno lubić film dla jednej drugoplanowej aktorki. Świetna jest też muzyka, jednak muzykę można słuchać bez filmu, więc...

Sam film wbrew pozorom zły nie jest. Ładny, na pierwszy rzut oka dobrze nakręcony, spójny, jakiegoś tam ducha ma. Tylko kompletnie nie jest stworzony do tego, by dać coś do myślenia, by pokazać chociaż kawałek ekspresji książki, wzbudzić emocje, zachwycić, polubić. Podobno z miłości do Jane Eyre się wyrasta. Wydaje się, że reżyser wyrósł z tego filmu i przy okazji przestał zauważać atuty, jakie ma ta książka, nawet gdy jej się uczuciem nie darzy...

*Obydwa filmy (żeby nie było porozumień) mają jedynie klimat podobny do Jane, są jednocześnie o wiele lepsze w mojej opinii, szczególnie ten drugi.

29 komentarzy:

  1. Nie poznałam jeszcze losów Jane, ale wiem, że muszę i zrobię to, gdy nadaży sie okazja. Z ekranizacjami trzeba uważać, bo czasem sprawiają, że kochasz jeszcze bardziej historię znaną z książki, a czasem masz ochotę wyrzucić laptopa przez okno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio dochodzę w ogóle do wniosku, że lepiej bym wyszła, gdybym najpierw oglądała ekranizacje, a dopiero potem czytała pierwowzór. Chociaż nie wiem, czy w tym przypadku by to zadziałało... ;-)

      Usuń
    2. Coś w tym jest ;)
      A przy okazji i ja sobie obejrzę. Ponoć "Igrzyska śmierci" będą 1 marca. I chyba nie zdążę przeczytać książki...

      Usuń
    3. Igrzyska czyta się błyskawicznie, więc z tym problemu mieć nie powinnaś. Chociaż ja najpierw oglądałam i przyznam, że emocje były podczas seansu. Przy drugiej części dużo mniejsze, gdy już znałam pierwowzór. Więc tym razem możesz na tym naprawdę dobrze wyjść... ;)

      Usuń
    4. Wszystkie książki są wypożyczone, ale jestem pierwsza w kolejce oczekujących.
      Jestem chora, więc nie odmówię sobie przyjemności obejrzenia filmu.

      Jeśli najpierw przeczytam (jakąkolwiek) książkę, to później czasem mam ochotę udusić reżysera ;)

      Usuń
    5. Słowem, tym razem nic nie będzie groziło reżyserowi. Chociaż w wypadku Igrzysk zarówno jednemu jak i drugiemu daleko do doskonałości, więc gdy już przeczytasz wszystkie trzy części, będziesz mogła bez szwanku oglądać drugą część. ;)

      Usuń
  2. oglądałam inną wersję, z roku 1996 o ile dobrze pamiętam. nie była zła, ale wg mnie nie była też jakaś specjalnie dobra... ale to chyba wina tego, że jestem uprzedzona do ekranizacji - i filmów w ogóle. co innego papierowy oryginał, który przeczytałam na jednym wydechu. taak, raczej nie mam zamiaru oglądać kolejnej wersji, tym bardziej jeśli nie jest szczególnie udana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta z 1996 jeszcze przede mną i zapewne kiedyś, po raz kolejny, z ciekawości sięgnę. Jednak najpierw ta z 2006 - już zaczęłam i zapowiada się dużo ciekawiej.
      A samo oglądnie ekranizacji - ryzyko, jednak zdarza się tak, że coś ładnego wychodzi. Duma i uprzedzenie jest świetna, podobnie zresztą jak Dzieci z Bullerbyn. ;)

      Usuń
  3. Film mi się nie podobał i dlatego nie ciągnęło mnie do książki... ale teraz widzę, że nie ma co się filmem sugerować i jeżeli jest jakieś życie w tej książce, coś barwnego (nie ważne w jakim kolorze), to jestem na tak. A Tobie wierzę, więc może jednak kiedyś sięgnę po Jane Eyre. Może nie jest taka znowu straszna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że opinie o tej książce w blogosferze z reguły omijam, więc nie wiem jak inni, lecz ja z początkiem Jane Eyre miałam straszny problem - dwa razy co najmniej zaczynałam. A potem jak się wciągnęłam, to nie mogłam przerwać. Chociaż uwaga - za długo nie czekaj, bo ci potem zniknie coś w stylu miłości do takich historii, to Ci się nie spodoba. Słowem, jak zauważysz, że żaden z siatkarzy w tym Twoim Rzeszowie (niech żyje JW!!!) czy reprezentacji nie sprawia, że serce szybciej bije, to znak, że i na Jane Eyre za stara jesteś. :p

      Usuń
  4. Serio, nie wiem co Ci tu napisać, moje zdanie na temat papierowej JE znasz, miałam wracać w ferie, ale skończyło się na tym, że czytam sobie Prousta, więc ten tego, ta jego książka wymaga myślenia, cierpliwości i spokoju zatem nie ma nawet możliwości, abym wyrobiła się w mniej niż tydzień (prawie 500 stron). Wracając do samej Jane (bo pewnie nie chce Ci się czytać moich wywodów :P) to nie wiem czy chcę oglądać tę ekranizację, biorąc pod uwagę, że jest taka jak mówisz - bez życia. Prawdopodobnie bym usnęła, wiesz jak rzadko cośkolwiek oglądam. :D A jeszcze większe poza tym jest takie, że muszę najpierw należycie docenić pierwowzór, albo nie, czekaj... Ja go doceniam! Ale stwierdzam, że główna bohaterka jest stanowczo za dobra, tylko nie zrozum mnie źle, dobrze, że ludzie są dobrzy i w ogóle, ale coś mi w Jane nie pasuje, jest za bardzo przykładna, uporządkowana, miła, po prostu za dobra jak dla mnie... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proust na razie wzbudza ogromny respekt, nie patrzę na niego nawet. Zresztą, tyle innego ciekawego czeka! A Prousta sobie kiedyś na starość poczytam ;)
      Jane jest specyficzna. Wiadomo, taka Scarlett jak postanowiła to zaraz robiła coś szalonego. Podobnie Lizzy (chociaż wiadomo, w mniejszym stopniu). A Jane? Mogłaby się ubiegać o nagrodę dla najgrzeczniejszej, najbardziej irytującej i najbardziej niezależnej bohaterki równocześnie. Trzymała się konwenansów i biernie czekała, a jednocześnie miała ukryty wewnętrzny ogień i umiała się przeciwstawić. Zapewne kłóciła się gdzieś w środku sama autorka.;)
      Ja na razie testuję serial z 2006, w którym główną rolę dostała Ruth (uwielbiam ją jako psychopatkę!) i dla której był to debiut. Coś jednak wygląda na to, że BBC znowu będzie górą...

      Usuń
  5. Ja nie czytałam Jane i nie oglądałam ekranizacji. Choć książka od kilku lat stoi na półce. Warto byłoby się wreszcie zmobilizować i przeczytać... Bo wiadomo - najpierw książka, potem film :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eeee tam, gadanie z tą kolejnością! :p
      Chociaż wiadomo, Jane Eyre czytać można, nawet się zaleca. Bo fajna jest! I nie lubi nieczytana stać na półce!

      Usuń
  6. Nie czytałam i zebrać się do tego nie mogę... Ale oglądałam i jakoś miałam mieszane uczucia. Niby coś w tym filmie było, klimat itd., lecz mimo wszystko - filmowej Jane Eyre nie pokochałam. Może kiedyś sprawdzę jak będzie z wersją papierową :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oglądałam z W, która też o książce nic nie wiedziała i której może nie zachwyciło, lecz podobało jej się. Szczególnie Jane. Ale ona w zadziwiający sposób umie wyciągać niuanse z filmów. ;)

      Usuń
  7. Jak przeczytam książkę, to obejrzę ekranizację i wtedy sama się wypowiem, co sądzę o filmie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To polecam książkę, z całego serca. :)

      Usuń
  8. Książkę przeczytałam przed kilkoma laty - prawie jednym tchem! A film... podobnie jak Ciebie trochę mnie rozczarował. Gdy myślę o Jane Eyre, nadal mam przed oczami obrazy z książki, a nie z filmu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film nie udał się, jeśli chodzi o oczarowanie odbiorcy. Albo chociaż jakiekolwiek wpisanie się w jego serce, jak w moim przypadku rzecz miała się z Dumą i uprzedzeniem. Ale pocieszam się, że to nie jedyna ekranizacja - może nie znajdzie się coś przypominającego książkę, jednak czekam na coś magicznego. :)

      Usuń
  9. Droga Mery, nie wiem czy czytasz komentarze do starszych postów, więc napiszę pod tym. Gdyby nie Twój tekst o twórczości pani Romy Ligockiej, taki piękny, szczery i urzekający (jak zresztą wszystkie Twoje teksty), nigdy nie trafiłabym pewnie na „Dobre dziecko”, bo do polskich księgarni nie mam okazji zaglądać. Dużo było różnych uczuć przy lekturze, trochę łez, ale przede wszystkim, oczarowanie mądrością tego od zawsze dorosłego dziecka. I wrażenie, że chyba ją rozumiem oraz poczucie, że ona by mnie też zrozumiała… Dziękuję Ci za zwrócenie uwagi na tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Tekstem na temat „Shirley” Charlotte Brontë też mnie oczarowałaś, więc książka już leży na półce i czeka. A „Jane Eyre” uwielbiam bardziej niż wypada lubić książkę, wiec od wszelakich ekranizacji trzymam się z daleka ;)

      Usuń
    2. Dziękuję za tak miłe słowa, jednak przede wszystkim cieszę się. Że też odkryłaś tę książkę i autorkę, przede wszystkim.
      Na tekst o Shirley patrzę trochę sceptycznie, na całą książkę zresztą również. Wtedy mnie oczarowała, teraz mam do niej odrobinę mniej ciepłych uczuć (zapewne dlatego, że ogólnie ostatnio trudno mi zachwycić się książkami z tego okresu... jednak mam nadzieję, że mimo wszystko i Shirley się Tobie spodoba :))

      Usuń
  10. Zgadzam się, ta ekranizacja zachwycająca nie jest, ale ja ją lubię. W ogóle raczej lubię ekranizacje, nawet jeśli są wkurzające i niezgodne. Choćby ostatnio Złodziejka książek - trochę jej brakowało, ale oglądałam cała zapłakana i podobało mi się bardzo.
    A w Jane Eyre są te bardzo ładne zdjęcia, retrospekcja była ładna, aktorzy w porządku. Wasikowską lubię, choć nie jest wybitną aktorką, do Fassbendera mam słabość jak większość (nawet ostatnio oglądałam film specjalnie dla niego, ale nie wytrwałam do końca). Ogółem całkiem przyjemny film. I muzyka jest cudowna, często puszczam sobie soundtrack.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Złodziejki cały czas nie widziałam, cały czas zatrzymuję się na momencie, gdy pojawia się Rudy, a Lisel wysiada z auta - zaraz mi smutno i jednocześnie jeszcze trochę chcę poczekać na ten film...
      A Jane... wiesz, ja tego filmu po prostu nie lubię. Tak o.

      Usuń
  11. Ani nie czytałam, ani nie oglądałam. Czasami przeraża mnie to, jak wielki mam luki. :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybyś takich luk nie miała, to dopiero było by przerażające i nudne za razem... :p

      Usuń
    2. Grunt to umieć spojrzeć na sprawę z dobrej, tej optymistyczniejszej, strony. :D

      Usuń
  12. Chciałbym Cię serdecznie zaprosić do wyzwania książkowego. Szczegóły znajdziesz pod tym linkiem. http://przeczytane-slowa.blogspot.com/2014/03/gatunkowy-miesiecznik.html
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń