Pocztówka z Krainy Andersena




 Znowu przyszedł taki okres, że w naszym życiu zaroi się od uśmiechniętych osób, życzeń, buziaków, kwiatów, pisanek, baranków z cukru. Jednak przecież nie to jest najważniejsze. Zaczęły się Święta Największe w całym roku. Święta Zwycięskie. Poprzedzone 40-dniowym przygotowaniem. Zaczynamy je przeżywać już dzisiaj, dlatego już dzisiaj chciałabym Wam życzyć Zwycięstwa. Najważniejszego przecież. I dużo nadziei oraz wiary.

Mery

Na nocnym stoliku, czyli dzisiaj cały świat czyta Tolkiena

   Wreszcie Gandalf zatrzymał się i skinął na towarzyszy. Przed nimi mgła się rozwiała, świeciło blade słońce. Minęło już południe. Stanęli u bramy Isenegardu. 
Ale brama leżała na ziemi, wyłamana, pogięta. Wszędzie wokół, rozrzucone w szerokim promieniu lub zwalone na bezładne kopce, poniewierały się kamienie, strzaskane i połupane w drzazgi. Ogromny sklepiony łuk trzymał się jeszcze, lecz za nim otwierała się nienakryta już stropem jama; tunel był odsłonięty, a po obu stronach bramy w urwistych ścianach ziały ogromne wyłomy i szerokie szpary. Baszty zmieniły się w kupy gruzu. Gdyby Wielkie Morze uniosło się gniewem i runęło z burzą na ścianę gór, nie dokonałoby większego spustoszenia.   Cały wewnętrzny krąg, zalany bulgocącą wodą, wyglądał jak kocioł pełen wrzątku, w którym kołysały się i miotały przeróżne szczątki, belki, słupy, skrzynie, beczki i rozbite narzędzia. Pogięte, wyłamane filary sterczały rozszczepionymi głowicami z topieli, lecz drogi były pod wodą. Na pół przesłonięta oparami skalista wysepka majaczyła jakby w wielkiej dali. Wciąż jeszcze czarna i smukła wieża Orthank stała nietknięta przez burzę. Jasna fala lizała jej podnóża.
   Król i jego towarzysze patrzyli na to w osłupieniu. Rozumieli już, że potęga Sarumana legła w gruzach, lecz nie mogli pojąć, jak to się stało. Kiedy po chwili odwrócili wzrok ku sklepieniu nad rozbitą bramą, zobaczylu tuż obok olbrzymie rumowisko, a na nim dwie drobne figurki, wyciągnięte w swobodnych pozach, w szarych płaszczach, ledwie widoczne na kamieniach. Przy nich  stały butelki, miski i talerze, jak gdyby dopiero co zjedli obfity posiłek i teraz odpoczywali po trudzie. Jeden, jak się zdawało, spał, drugi, oparty plecami o skalny złom, założywszy nogę na nogę, a ręce pod głowę, wydmuchiwał z ust długie pasma i małe pierścionki lekkiego niebieskiego dymu.

 "Władca Pierścieni" J.R.R.Tolkien, wyd.Muza, 2012, tł.Maria Skibniewska

Światowy dzień czytania Tolkiena.
Przykładny Książkoholik, Czytelnik bądź zwykły Zainteresowany Książkami pamięta o 25 marca. Ja wyciągnęłam mojego "Władcę Pierścieni" by wprowadzić was w jeden ze śmieszniejszych momentów (uwielbiam tę chwilę, która zaraz nadejdzie. Wielki szok wędrowców, ich miny musiały być na prawdę bezcenne. I Pippin z Merrym siedzący na ruinach. Coś wspaniałego!). Sama mam w planach na dzisiejszy wieczór "Listy",  które przybliżam sobie po kawałeczku od dłuższego czasu. Cudowna lektura!
A wy czytacie dzisiaj Tolkiena?

Trajkotanie, czyli co czyta Ćma Makaronowa ("Zrządzenie losu" L.M.Montgomery)

Dwudziesty marca, wreszcie skończyłam pierwszą książkę w tym miesiącu. Wszystko jest zakręcone jak makaron, a ja zamiast jak pulchniutki makaron wyglądam jak ćma. Miotam się między kolejnymi zeszytami, nie wiem w co ręce włożyć. To co na egzaminach próbnych było jedynie formalnością, teraz sprawia mi trudność. To co na egzaminach próbnych zawaliłam, cały czas nie weszło na wyższy poziom wtajemniczenia.  A 23, 24 i 25 zbliżają się. Już słychać ciche kroki. A wraz z 23, 24 i 25 idzie strach. Wielki, włochaty, szary strach. Miejmy tylko nadzieję, że za rękę nie trzyma go ta głupia baba - panika…

Jednak dzisiaj przecież nie o tym. Chociaż makaronowe ćmy nie mają czasu, to jednak coś czytać muszą. I to coś wcale nie powinno wyglądać jak podręcznik do geografii. Coś co jest dobrze znane, ale nowe. Coś co jest leciutkie, ale nie głupie. Dlatego też odrzucając panią Gaskell i Ucztę Wyobraźni sięgnęłam po coś, co nigdy nie zawodzi. Panie i panowie: literatura pensjonarska.
Cały czas staram się  nadrabiać braki jakie mam w lekturze takich książek. Tym razem padło (nie, nie padło, po prostu z półki się wzięło) na panią Montgomery. Nie Ania, nie Emilka, nie Buba (chociaż to  również przy łóżku leży – pomocne), a zbiór opowiadań. „Zrządzenie losu”.

I dalej, jak ruszyłam. Głowa wypełniona siłą Coriolisa i rewolucją francuską to głowa niezbyt chętna do współpracy. Ale problemów większych nie było.  Pierwsze opowiadanie – myk. Drugie – myk. Oj, coś zaczyna schematem trącić. Trudno. Dalej. Trzecie opowiadanie – myk. Nie… Jednak nie tym razem. Na jeden wieczór trzy opowiadania, wystarczą. Kolejny dzień, kolejne przesilenie, tym razem matematyczne. Więc pod koniec dnia, gdy normalny organizm domaga się porządnej dawki literatury, kolejne opowiadanie.
Tak, stopniowo, przeszła cała książka.

Zbiór opowiadań słodziutkich, przyjemniutkich, milutkich i innych –utkich, od których normalnie zrobiło by się niezbyt dobrze. Biedna panna X. jest już stara, nie ma kawalera, zapewne zostanie sama do końca życia, a tu bach. Wychodzi sąsiad, dawna szkolna miłość, inny taki podobny, o którym w życiu nie pomyślelibyśmy, że w ogóle on to powinien być. Ale jest. Miłość wielka i dozgonna. I tak przeszło kilkanaście opowiadanek.

Normalnie człowieka coś by, kolokwialnie mówiąc, trafiło. Jednak to jest pani Montgomery. A Maud miała ten dar, że tu coś wtrąci, jakiś malutki szczególik gdzieś wpadnie, jakieś poboczne wydarzenie dostanie szansę zaistnienia, od razu wszystko wydaje się być na o wiele lepszym poziomie, jakby pośród tej miłości latała jeszcze Jedyna w Swoim Rodzaju Wróżka z Wyspy Księcia Edwarda, dla której moglibyśmy wszystko przetrzymać.
Poziom podtrzymuje jeszcze humor do spółki z bystrym okiem autorki.  Trochę uprzedzonych ojców, trochę skwaśniałych starszych panien, trochę ciekawych miejsc akcji, trochę zgorzkniałych plotkarek, trochę smutnych panienek.

Niestety, nawet Wróżka do spółki ze zmąconym umysłem Makaronowej Ćmy nie są w stanie zatuszować schematów i lukru, który leje się tonami. Sprawę po części ratują opowiadania w których to nie miłość kobiety i mężczyzny jest na pierwszym planie, a marzenia, czasem urazy. Niestety, takie historie to niewielki procent całego zbiorku.

Jak się jednak okazuje, Ludzie Przedegzaminacyjni (inaczej: Makaronowe Ćmy) tylko takie treści są zdolni przyjmować. Dlatego Ludziom Przedegzaminacyjnym (czyli inaczej wiadomo komu) polecam. Polecam również fanom autorki. I młodym marzycielkom. I starszym marzycielkom (co chyba jest synonimem do fana autorki…). Zbiorek może trochę za słodki, trochę przez tę słodkość niestrawny, ale całkiem przyjemny. Z duchem Montgomery. 

"Zrządzenie losu" L.M.Montgomery, wyd. Novus Orbis, 2000, tł.J. Kazimierczyk, J. Wnuk